Reklama

Jak bawiono się w powojennym Gryfinie?

Przypominamy jak bawiono się w Gryfinie przed laty. A dokładniej, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Poniższy artykuł ukazał się w Gazecie Gryfińskiej w styczniu 2017 roku

Śledząc strukturę przedwojennego, a więc niemieckiego Gryfina, można dojść do wniosku, iż miało przemysłowy charakter. Na jego terenie znajdowała się spora ilość zakładów rzemieślniczych oraz przemysłowych. Przy rozwoju i rozbudowie miasta zadbano jednak także o aspekt kulturalno-towarzyski.

Gryfinianie mogli iść po pracy do piwiarni, restauracji przy Bramie Bańskiej lub do któregoś z dwóch funkcjonujących kin. Pierwsze z nich znajdowało się przy dzisiejszej ulicy 1 Maja, zaś kolejne naprzeciwko stacji benzynowej, w miejscu obecnej restauracji Zalipie. Co oczywiste, ze względu na położenie miasta, korzystali również z kąpielisk, o czym świadczy infrastruktura i wodne zaplecze nad Regalicą.

Reklama

Rozrywki naszych przodków, po tym jak Gryfin został włączony w granice odbudowującej się Polski, nie różniły się znacząco od zabaw, jakim oddawali się poprzedni gospodarze tych ziem. Ze względu na zbrojny konflikt, doszło za to do zmiany adresów towarzyskich spotkań. Gryfino, podobnie jak wiele innych miast województwa szczecińskiego, doznało bowiem wojennych zniszczeń. Na ich skutek, w największym stopniu ucierpiało śródmieście, a dokładniej obecne ulice Piastów i Niepodległości. Potwierdzają to przedwojenne widokówki.

- Najprościej mówiąc do „Pałacyku pod Lwami” miasto było całe, a dalej w kierunku centrum to była już ruina. Ostały się jedynie w całości kościół i baszta – potwierdza Stanisław Pielechowski, który w styczniu 1946 roku przybył w transporcie do powiatu gryfińskiego. Ze względu na rozmieszczenie zniszczeń, do dalszego użytku adaptowano niemal jedynie zakłady i restauracje ulokowane przy ul. Szczecińskiej, Pomorskiej oraz Pionierów.

Reklama

I to właśnie w tej części toczyło się życie miasta.

 

Brakowało mięsa i tłuszczu

Rozrywki polskich osadników, w porównaniu z ich niemieckimi poprzednikami, różniły się nie tylko lokalizacją, ale również intensywnością. W pierwszych miesiącach po wojnie były dużo ważniejsze kwestie niż czysto towarzyskie. Co oczywiste, ludzie spotykali się ze sobą na gruncie prywatnym, wspólnie uczestniczyli w uroczystościach, czy dożynkach, lecz gros czasu zajmowała im praca nad odbudową gospodarstw domowych i życia rodzinnego. W „korzystaniu z uroków miasta” przeszkadzała nie tylko brak czasu, ale też kwestie finansowe. W pierwszych powojennych latach osadnicy mieli jedynie to, co udało im się zmieścić w (często bydlęcym) wagonie, wiozącym ich na tzw. „Ziemie Odzyskane”.

Reklama

Chociaż Gryfinianie otrzymywali pomoc z Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego, którego siedziba mieściła się przy ul. Piastów, Czerwonego Krzyża oraz UNRRY (jej stołówka znajdowała się w miejscu Urzędu Skarbowego), przydziały żywnościowe nie zaspakajały potrzeb osadników. Aprowizacyjne problemy sprawiły, że warunki do życia w Gryfinie określano jako bardzo złe, o czym w piśmie do wojewody Leonarda Borkowicza pisał kierownik Aprowizacji i Handlu Urzędu Pełnomocnika Rządu RP na Obwód Gryfin, Adam Wasiewicz.

- Jeżeli chodzi o ogólną sytuację aprowizacyjną naszego obwodu, to tak jak 2 miesiące temu i dzisiaj również nie można być w nastroju zupełnie optymistycznym, bo chociaż ludność bezrolna naszego powiatu zaopatrywana jest dotychczas na ogół prawie że regularnie w przysługujące racje chleba […] to jednak do zadowolenia zupełnego brak jest rzeczy, o które ciągle województwo atakujemy […], a to jest mięso i tłuszcz – pisał w swoim sprawozdaniu za okres od 15 sierpnia do 15 października 1945 roku. Jednocześnie opisywał on osadników, którzy decydowali się wypuścić na spacer w zagruzowane miasto, za posiadających niemałą odwagę.

Reklama

 

Przemówienia, odznaczenie, a potem tańce

Zatem jakie rozrywki, pośród gruzów i zgliszczy zajmowały osadników przed 70-cioma laty?

W pierwszym okresie dostarczały ich przede wszystkim uroczystości państwowe, kościelne i zawody sportowe. Już 22 lipca 1945 roku doszło do pierwszego piłkarskiego pojedynku i to od razu o randze międzynarodowej. Prekursorzy gryfińskiego sportu zmierzyli się bowiem z żołnierzami radzieckimi, stacjonującymi na lotnisku w Chojnie. Wkrótce mecze sportowe stały się nieodłącznym elementem życia społecznego, a nie tylko okresową atrakcją, zorganizowaną „przy wolnej niedzieli”.

Reklama

To samo tyczyło się imprez tanecznych, organizowanych tak niezależnie od uroczystości państwowych, jak i w ich ramach. Należy jednak pamiętać, iż takie spotkanie miały sztywno określone zasady i harmonogram. Zanim doszło więc do części artystycznej, uczestnicy musieli przebrnąć przez szereg patetycznych przemówień, odznaczeń i gratulacji. Sama występy również miały charakterystyczny wydźwięk, gdyż składały się z patriotycznych wieści, bądź deklamowania wzniosłych poematów o władzy ludowej i „powrocie do Macierzy”. W ten sposób, na przestrzeni kolejnych czterech dekad PRL czczono m.in. obchody świąt 1 Maja, 22 Lipca, rocznicę „wyzwolenia” Gryfina, Rewolucji Październikowej oraz powstanie służb mundurowych, w ramach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a po jego likwidacji, Służbie Bezpieczeństwa MSW. 

Pierwszą imprezą w historii, zorganizowano w polskim Gryfinie, były dożynki. Odbyły się 17 września 1945 roku i zostały zwieńczone taneczną zabawą, do której doszło przy ul. Rybackiej (1 Maja) w budynku poniemieckiego kina „Gryf”. Jakiś czas później z doszło do zabawy tanecznej z bufetem. Obowiązywały na niej płatne bilety wstępu, a zebrane w tym sposób środki przekazano na działalność Towarzystwa Muzyczno-Literackiego „Promień” pierwszego ogniska kulturalno-oświatowego w rzeczonym okręgu.

Reklama

 

Smaczny posiłek przy MO

Wolny czas mieszkańcy miasta mogli spędzać również w barach i miejscowych knajpach. Z materiałów archiwalnych i relacji wynika, iż w tym czasie na terenie Gryfina funkcjonowało pięć lokali towarzysko-gastronomicznych. Chociaż mowa o restauracjach, wzorem przedwojennych zwyczajów, istniała w nich możliwość porwania partnerki do tańca. Praktykowano to przede wszystkim w KaKaDu, w zgodnej opinii osadników, najdroższej i najbardziej ekskluzywnej restauracji w całym mieście.

- Tam spotykali się dorośli na tańce. Jako dziewczynka chodziłem, by im się przyglądać. Pięknie tam grali i ludzie świetnie się bawili – w rozmowie z Kubą Kasprzykiem w marcu 2012 roku wspominała Teofilia Pawlak.

Reklama

Największym minusem KaKaDu wydaje się lokalizacja. Mieściło się bowiem przy ul. Szczecińskiej, w miejscu, gdzie przez wiele lat znajdował się sklep sportowy. Dla mieszkańców była to feralna okolica, gdyż w niedalekiej odległości znajdował się Komitet Powiatowy Polskiej Partii Robotniczej, a od grudnia 1948 roku, Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (Grunwaldzka 7) oraz Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego i siedziba Milicji Obywatelskiej.

Jak wspominał na naszych łamach Władysław Obrzanowski, przechodząc przez Szczecińską, często można było słyszeć dochodzące z piwnic krzyki i jęki przesłuchiwanych „wrogów ojczyzny”. Przeszkadzały one w towarzyskich spotkaniach oraz w konsumpcji, w nie mniejszym stopniu niż ceny dań. Ich wysokość powodowała, że na wypad do KaKaDu pozwolić sobie mogli wyłącznie najzamożniejsi, w tym działacze partyjnego szczebla.

Reklama

Potwierdza to Irena Muniak. Jej rodzice, Albina i Edward Kucharscy byli właścicielami „Pod Altaną”, restauracji, która także znajdywała się w sąsiedztwie budynków MBP, a dokładniej, naprzeciwko MO (Grunwaldzka).

- Pewnego razu jeden z milicjantów przyszedł do nas umyć sobie ręce, bo na komendzie zabrakło wody. Miał całe zakrwawione dłonie – wspomina, dodając, że rodzinna knajpka prosperowała dobrze, ale jej najbliższym doskwierała bliskość wspomnianej komendy MO. Władze miasta dały się zresztą we znaki jej rodzinie, po kilku latach wymawiając pomieszczenia gospodarcze i mieszkanie. Z tego względu, w 1952 roku „Pod Altaną” zostało zamknięte, a Kucharscy musieli zamieszkać w domu przy ul. Reymonta.

Reklama

- Tato został potem kierownikiem „Gospody”, czyli restauracji w miejscu dzisiejszego „Zalipia”. Pracował tam do śmierci – dodaje.

 

Najlepiej było u Molskiego

Poza KaKaDu, której właścicielem był Krzemysł Kuraczewski i „Pod Altaną” małżeństwa Kucharskich, w Gryfinie znajdowało się jeszcze kilka restauracji. Dolata, który razem z żoną działał przy ulicy Bolesława Chrobrego, obok fryzjera Podleśnego, właściciela masarni Łopatko oraz rzeźnika Taubera był jednym ze stałych sponsorów Polonii Gryfino.

- W Gryfinie często czekał na nas obiad w restauracji u Dolaty na Chrobrego, tam gdzie stoi 1001 drobiazgów. To było dla nas ważne – informował Władysław Obrzanowski, były piłkarz, dodając, że ciepły posiłek często oferował też E. Kucharski. 

Reklama

Zdaje się jednak, że największą popularnością cieszyła się knajpa Leona Molskiego, znajdująca się przy Mostowej 9. Jak przyznał Bronisław Poręba (w rozmowie z Maciejem Lisieckim, prowadzącym badania do swojej pracy dyplomowej – przyp. red.):

- Do Molskiego nieraz zachodziło się wypić piwo czy oranżadę – zdradzał, dodając, że serwowano tam dania smaczne, a dodatkowo ich cena była przystępna.

Warto wspomnieć również o lokalu Mariana Gacy przy ul. Ciesielskiej, pasztecikarni zlokalizowanej w miejscu obecnej stacji benzynowej „Orlen” oraz baru przy nabrzeżu czy słynnym „Orczyku”, który mieścił się obok ruin domu handlowego Radefelda. Jak wspominał na naszych łamach przedstawiciel nieco młodszego pokolenia, Leopold Kemmling, jego bywalcami byli gospodarze okolicznych wsi, którzy szukali ukojenia po całodniowym handlu na Placu Barnima.

Wielu z tych miejsc nie ma już od dawna na mapie naszego miasta. Jest to tym bardziej smutne, iż wspomniane lokale pomagały naszym przodkom w procesie adaptacji na obcych Ziemiach Zachodnich.  Stanowiły miejsca powstawania więzi międzyludzkich i przyjaźni między osadnikami z różnych części kraju, którzy przy kuflu piwa, lub oranżady zacierali kulturowe różnice, wynikające z rozmaitych miejsc pochodzenia.

 

Pod „grzybek” albo na „dechy”

To, w jaki sposób mieszkańcy Gryfina spędzali wolny czas w dużej mierze zależało od finansów. Powojenne lata cechowała przede wszystkim ogromna bieda, wobec czego nie wszyscy pozwalali sobie na to, by stołować się na mieście.

- My tam mało chodziliśmy, bo to wszystko kosztowało i nie było nas stać – przyznał Franciszek Łajdziak. Pokazuje to, że sytuacja materialna często nie pozwalała mieszkańcom uczestniczyć życiu towarzysko-kulturalnym miasta. Organizując plan dnia, radzono więc sobie w inny sposób.

- Często chodziliśmy pływać nad Regalicę, przepływając aż na drugi brzeg – komentuje Czesława Spychalska z domu Kucharska. Okolica, o której opowiada repatriantka prezentowała się wówczas zgoła odmiennie. Na terenie stadionu stała drewniana szatnia z umywalniami. W okolicy plaży znajdował się zaś popularny „Grzybek”, przedwojenny budynek, w którym znajdowała się przebieralnia, sala restauracyjno-balowa i wypożyczalnia sprzętu.

- Po wojnie większość spłonęła i została tylko scena do tańca, która stała się popularnym miejscem spotkań – potwierdza Kemmling, gryfiński regionalista. Całkowite zniszczenie nastąpiło jednak dopiero w okresie Polski Ludowej.

- Wraz z zanieczyszczeniem rzeki plaża przestała istnieć, a razem z nią nasze miejsce spotkań – opowiada w książce „Pionierzy Gryfina” Stanisław Pielechowski.

Na analogicznej zasadzie w parku miejskim funkcjonowały „dechy”.

- Chodziliśmy tam, gdy tylko usłyszeliśmy muzykę. Szczególnie modne były wtedy majówki – zdradza Władysław Szarpanowski.

Bawiono się ponadto w Domu Ludowym przy ul. Łużyckiej, którego budynek do dziś można zobaczyć, nieopodal Szkoły Podstawowej nr 1 (stanowi obecnie jej salę gimnastyczną). Koszt wynajmu wynosił 2000 złotych, lecz należy pamiętać, że składało się na to więcej osób. Inwestycje w wynajem często spłacały się z nawiązką, gdyż to właśnie w niewielkiej salce, podczas tańców i rozmów, dziewczęta poznawały przyszłych mężów i ojców swoich dzieci.

Do przygrywania bawiącej się młodzieży zatrudniano lokalnych muzykantów amatorów. Warto odnotować, że na terenie miasta działała także orkiestra złożona z osadników wojskowych, która dała  poznać się szerszej publiczności w czasie pierwszych jasełek. Tańszą formą rozrywki, niż obiady w KaKaDu było też kino, zarówno to stacjonarne, nieopodal obecnego Urzędu Miasta, jak i objazdowe. Ponadto, od 1948 roku mieszkańcy mogli korzystać z udostępnionych zbiorów Biblioteki Miejskiej, liczącą w swoich zbiorach 379 książek.

Ważnym wydarzeniem dla Gryfina była bez wątpienia wizyta Marii Dąbrowskiej. Autorka „Nocy i dni” wygłosiła prelekcję 27 września 1948 roku, odnotowując ją w swoich „Dziennikach”. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, że w Gryfinie strasznie dokuczał jej… komary, które pogryzły pisarkę w czasie jej odczytu.

 

Przewaga miasta nad wsią

Choć mogłoby wydawać się, że nasi przodkowie mieli znacznie mniej rozrywek, niż my obecnie, w praktyce nie narzekali na brak zajęć. Znajdowali się przy tym w znacznie lepszym położeniu od sąsiadów z środowisk wiejskich, gdzie poza okolicznościowymi imprezami, objazdowym kinem i sportem brakowało urozmaiceń.

Warto zaznaczyć, że nie każdy chciał uczestniczyć w zabawach.

- W latach czterdziestych czy na początku pięćdziesiątych młodzież nie była skora do zabaw. Wszyscy byliśmy wtedy jeszcze roztrzęsieni po wojnie – komentuje Stefan Mleczko.

Analizując jego słowa warto zwrócić uwagę na specyfikę czasów. Jak każdorazowo zaznaczamy, odnosząc się do wydarzeń sprzed 70-lat, były one zarówno czasem smutku, jak i radości. Okres ten cechował  niepokój, łączący się z nadzieją na to, że kolejne lata będą dużo spokojniejsze i pozwolą zapomnieć o koszmarze okupacji. Chociaż propaganda Polski Ludowej miała pomóc polskim rodzinom zaadaptować się w nowych warunkach, ich działania oraz okoliczności nie zawsze działały uspakajająco. Pomimo ustania działań wojennych oraz podpisania traktatów pokojowych, od Bałtyku po Tatry w dalszym ciągu panował wszechobecny głód i ubóstwo. Kwestie te nie zostały zresztą uregulowane jeszcze przez ponad dekadę. Dopiero lata 60-te XX wieku nazywane, niesłusznie zresztą, okresem tzw. „małej stabilizacji”, przyniosły nieznaczną odmianę w poziomie życia Polaków.

Lata pięćdziesiąte prezentowały się jednak pod tym względem tragicznie, o czym poświadczają zarówno relacje repatriantów, jak i sprawozdania sytuacyjne, dotyczące okręgu. Nie zmienia to faktu, że po 1945 roku, w kameralnym Gryfinie znalazło się wielu młodych ludzi, chcących po prostu żyć, radować się, kochać i zapomnieć o wojnie. Tym bardziej, że wbrew temu co przekazują ogólnokrajowe media, na przestrzeni minionych dziesięcioleci ludzie nie zmienili się aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.

 

Grzegorz Racinowski

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/12/2025 23:59
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama