Tatiana Kukcenko (42 l.) do Polski przyjechała niecałe trzy lata temu, od sześciu miesięcy mieszka w Gryfinie. Pracuje jako salowa w szpitalu przy Unii Lubelskiej w Szczecinie. Kilkanaście dni temu odwiedziła ją córka, Katarina. Ponieważ dziewczynie skończył się urlop wróciła do Charkowa, gdzie przebywają również bracia Tatiany. Obie nie wiedziały jeszcze, że Katarina wraca do piekła. Pani Tatiana opowiadając o córce, co chwilę ociera łzy. Kobieta nie mówi o swoim lęku. Stara się być silna. Z wyrazu twarzy trudno cokolwiek wyczytać. Tylko tłumiony płacz zdradza, że się boi
Była sama w domu. Bała się. Widziała w oknach rozbłyski od eksplozji. Od razu ubrała się i poszła do mojego brata, który mieszka w pobliżu. Transportu już nie było. Szła pieszo. Charków był już oblężony przez czołgi. Wybuchów było coraz więcej, więc wszyscy mieszkańcy budynku schowali się w piwnicy. To jest jedno duże pomieszczenie pod domem. W sumie znalazło się tam 40 osób. Wszyscy liczyli, że to tylko na chwilę, a okazało się, że musieli pozostać tam do następnego dnia. Dopiero, gdy wszystko ucichło, wyszli na świeże powietrze. Każdy był głodny. Sklepy były jednak zniszczone. Córka udała się do domu, żeby coś zjeść. Zaczęła gotować makaron, kiedy na nowo rozległy się odgłosy bombardowania. Spakowała niedogotowane jedzenie i jeszcze kilka rzeczy, po czym wróciła do piwnicy w budynku brata. Siedzą tam kolejną dobę. Już nie mają prądu. Kończy się woda, a ostrzały i wybuchy nie ustają. Zaczynają się konflikty między zgromadzonymi tam osobami. Każdy jest głodny i każdy zaczyna się bać. To miało trwać chwilę…
Katarina nie może teraz wrócić. Nie może wyjechać z Charkowa. Miasto obstawione jest czołgami z jednej strony rosyjskimi z drugiej ukraińskimi. Nie ma tam teraz żadnej komunikacji. Jeśli byłaby ewakuacja od ukraińskiej władzy, to by wróciła.
Cały artykuł w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze