Reklama

To był (niemal) zwyczajny dzień

13 grudnia minie czterdzieści lat od wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Tego dnia do obozów internowania wysłano 29-letniego Jana Witkowskiego i jego 26-letniego brata Mirosława oraz 43-letniego Zdzisława Podolskiego. Całą trójkę uznano za wrogów systemu. Gdy przemówił generał Jaruzelski, wśród gryfinian zapanował niepokój. Obawiano się wybuchu wojny i bratobójczego przelewu krwi. Z dala od centrum życie zawsze płynęło jednak innym tempem. Dziś nie brak takich, którzy twierdzą, że stan wojenny panował w Gryfinie tylko z nazwy

Ogłoszenie stanu wojennego przypadło na niedzielę. Mimo że był to jedyny dzień wolny od pracy, nie każdy wylegiwał się do późnych godzin w łóżku.

- Wstałem bardzo wcześnie, by o godzinie 6.00 otworzyć kościół i przygotować wszystko na poranną mszę – opowiada kościelny z parafii na Starym Mieście.

Gdy szedł samotnie przez pustą ulicę Niepodległości, podjechała do niego milicyjna „nyska”.

- Z samochodu wysiadł milicjant, zatrzymał mnie i poprosił o dokumenty, których przy sobie nie miałem. Zapytał, gdzie tak wcześnie idę i zaproponował, że mnie podwiozą. Opierałem się, mówiąc, że to niedaleko. Milicyjna „nyska” nie kojarzyła się dobrze, miałem pewne obawy, ale nie było dyskusji. W środku znajdowało się pięciu zomowców. To od nich dowiedziałem się, że w Polsce wprowadzono stan wojenny – przyznaje Wiesław Żebiełowicz.

Reklama

Funkcjonariusze wysadzili go przy kościele od strony zakrystii, mówiąc, by od teraz zawsze nosił dokumenty. Gdy otworzył kościół, przy plebanii dostrzegł drugi radiowóz.

- Chciałem wejść do budynku, ale przy drzwiach stało dwóch zomowców. Zagrodzili mi drogę bronią. Powiedzieli, że w środku znajduje się komisarz i odbywa ważną rozmowę z proboszczem – relacjonuje Żebiełowicz.

Dziekana regularnie wzywano na przesłuchania do „białego domu” przy Grunwaldzkiej.  Tym razem sytuacja była o tyle niezwykła, że funkcjonariusze postanowili sami pofatygować się do prałata. Bronisław Kozłowski często wspominał poranną wizytę z 13 grudnia 1981 r.

Reklama

- W tym dniu, o godzinie piątej rano obudziło mnie przerażające walenie do drzwi. Stał w nich komisarz, tak mi się przedstawił, podając też nazwisko, którego już nie pamiętam. Był w towarzystwie sekretarza partii i pięciu żołnierzy uzbrojonych w kałasznikowy. Komisarz ów przekazał mi, co mam mówić na dzisiejszym kazaniu i jak wyjaśnić parafianom przyczynę ogłoszenia stanu wojennego. Odpowiedziałem mu na to: „Komisarz, to brzmi brzydko, przypomina mi rosyjską rewolucję i zbrodnie”. Oznajmiłem również, że: „To, co ja mam mówić na kazaniu – to ja wiem. A moim przełożonym jest ks. biskup Kazimierz Majdański. Nikt inny nie może dawać mi poleceń”. Zwróciłem się także do żołnierzy: „Chłopaki, opuśćcie broń, wasze matki płaczą, martwią się o was, a kościół i kapłani są wam przyjaźni”. Udzieliłem im błogosławieństwa i przyniosłem opłatek, który żołnierze przyjęli, natomiast komisarz odmówił i powtórzył wcześniejsze polecenie – zapisał w niepublikowanych dotąd wspomnieniach śp. ksiądz Bronisław Kozłowski.

Dziekan niewiele zrobił sobie z sugestii funkcjonariuszy służb.

Reklama

 

Cały reportaż znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama