Reklama

Bartosz Pajor. Z gwizdkiem przez świat lokalnej piłki

- Kiedyś przerysowany samochód, czy przebite opony były dość częstym zjawiskiem. Ale na przestrzeni lat widać, że świadomość zarówno kibiców, jak i samych zawodników zmienia się na lepsze – mówi Bartosz Pajor. 38-letni gryfinianin uchodzi za jednego z najbardziej lubianych sędziów w naszym regionie. Takiego, który częściej niż „Znów dali go w obsadzie…”, słyszy: „Fajnie że nam sędziujesz”. Po nieudanym meczu potrafi bowiem przeprosić za popełniony błąd. - W wielu drużynach ma kolegów i najważniejsze, by po ostatnim gwizdku nadal tymi kolegami pozostali – tłumaczy swoją filozofię. W ramach inauguracji rundy wiosennej porozmawialiśmy o specyfice pracy piłkarskiego arbitra. O tym, jak zachować się, gdy zrobi się groźnie, a w jaki sposób, gdy w trakcie meczu rolnik… przeprowadza krowy przez środek boiska

Jesteś w stanie podać liczbę meczów, które gwizdałeś?

B. Pajor: Sądzę, że będę dobijał do 700, bo trzy lata temu dostałem list gratulacyjny z okazji meczu numer 500.

 

Pewnie pamiętasz swój pierwszy raz.

- Pamiętam nawet, gdy świeżo po kursie, który skończył w kwietniu 2009 r., czekałem na pierwszą obsadę! Odpaliłem stronę, pobrałem plik, przewinąłem dokument i znalazłem siebie w rubryce „asystent nr 1”.

 

Serce mocniej zabiło?

- Oczywiście. Mimo, że był to mecz juniorów, stres niesamowity. Chyba nawet większy niż przed maturą. Egzamin dojrzałości zawsze można powtórzyć, a pierwsze dobre wrażenie podczas meczu możesz zrobić tylko raz. Juniorzy Pogoni Barlinek grali z Hutnikiem Szczecin, a na środku stanął niezwykle doświadczony sędzia Andrzej Świderski. Po meczu powiedział do mnie i kolegi, który również debiutował jako asystent: „Dajcie delegację, to przekaże kierownikowi, żeby się rozliczył. Patrzymy na siebie i pytamy: „Jakie delegacje?”, na co on: „No, pieniądze za mecz dla was”. „To oni jeszcze za to płacą?! Myślałem, że za paliwo tylko oddają”.  Więc tym bardziej zaczęło mi się podobać (śmiech).

Reklama

 

A pierwszy raz jako główny?

- To było jakoś chwilę po debiucie. Maj albo czerwiec 2009 r. W czasach, gdy przed meczem seniorów rozgrywano spotkanie juniorów. Często jeździło się po województwie we dwóch, bo brakowało sędziów do pełnej obsady. Sędziowałem na środku właśnie mecz juniorów. Nie obyło się bez komplikacji, bo asystent nie dojechał, więc nie miałem nikogo na boku.

 

Debiut jako „one men show”?

- Nie była to komfortowa sytuacja. Musiałem poradzić sobie sam, a przy okazji nie „zepsuć meczu”. Uspokajałem się w myślach, że to tylko juniorzy. Na szczęście pojedynek był jednostronny. Skończył się dwucyfrowym wynikiem, zero pretensji. Gorzej, że ten asystent miał być sędzią głównym u seniorów. Człowiek w stresie, pierwszy mecz, A- klasa, cała wioska wokół boiska, szatnia w remizie tuż przy boisku. Zadzwoniłem do referenta obsady, z pytaniem co robić. „Gwizdek masz? Kartki masz? No to na środek i jedziesz młody z nimi”. I jakoś poszło. Kilka kartek się posypało, ale wrażenia pozytywne.

Reklama

Cały wywiad (strony 28-29) znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej. Kupisz ja również TUTAJ

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama