Reklama

Tak wyglądały początki WOŚP w Gryfinie. O historii imprezy opowiada Adam Lewiński

Przypominamy archiwalną rozmowę z Adamem Lewińskim, założycielem gryfińskiego sztabu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy podczas 1. Finału w 1993 roku. Do dziś aktywnie działającego podczas tej zbiórki

Kiedy pierwszy raz dowiedziałeś się o WOŚP?

A. Lewiński: To było przed pierwszym finałem. Był rok 1993. Miałem wtedy 27 lat i prowadziłem założoną przez siebie drużynę gryfińską harcerską o nazwie: 66. Obronna Drużyna Starsza Harcerska Czerwone Berety. Wspólnie postanowiliśmy przyłączyć się do WOŚP.

 

Mówisz o pierwszej edycji?

- Tak, wtedy nie zgłaszało się sztabów, tylko po prostu zbierało się pieniądze. Było mniej formalności.

 

OK, ale skąd mieliście informację o WOŚP. Wszakże przed pierwszą edycją mało kto w Polsce wiedział o tej akcji.

Reklama

- Lata lecą, dziś nie pamiętam czy dowiedzieliśmy się o tym z telewizji czy z innego źródła.

 

Trochę zaufaliście idei, skoro dołączyliście do niej przed pierwszą edycją.

- Dlatego właśnie zaangażowało się wielu harcerzy z całej Polski, którzy mieli duży wpływ na początki WOŚP. Jeśli pada hasło „zbieramy pieniądze na chore dzieci”, to kto jak kto, ale opierający się na młodzieży harcerze musieli się w to włączyć.

 

A jak przekonaliście do WOŚP ludzi w Gryfinie?

- Nie mieliśmy wygórowanych oczekiwań, planowaliście zagrać przy kilku gitarach i zebrać trochę datków do puszek na szczytny cel. Były jednak problemy natury technicznej. Nie było namiotu w GDK, nikt też nie myślał wtedy o scenie, którą można byłoby wypożyczyć. Władze GDK ostatecznie nam zaufały. Nie pamiętam już szczegółów, bo było to 31 lat temu, ale wszystko się udało. Ogólnie to było trochę improwizacji, nie było też tylu formalności jak obecnie.

Reklama

 

Nie mogliście wiedzieć jeszcze, że akcja nabierze takiego rozpędu i okaże się tak istotna dla służby zdrowia. Traktowaliście to więc bardziej jako zabawę?

- Oczywiście, że nie mieliśmy świadomości o tym, jak bardzo to się rozrośnie. Nikt nie przepuszczał, że będzie trwało tyle lat.

 

Kiedy dotarło do ciebie, że zostanie to na lata?

- Nie pamiętam dokładnie, był to może czwarty lub piąty finał, gdy zaczęliśmy robić długie łańcuchy rąk, nawet chyba między miejscowościami. Dużo ludzi się w to zaczęło angażować. Dotarło do nas, że to zostanie na dłużej. Może Jurek w swojej wizji już wcześniej widział to, ale my na początku byliśmy skromni, na początku to było naprawdę malutkie wydarzenie.

Reklama

 

Kto najwięcej tobie pomagał?

- W pierwszych edycjach najbardziej zaangażował się mój kolega z drużyny Mariusz Woroszczak. Ja biegałem załatwiać wszystko po instytucjach, ale z czasem mocno w organizację włączył się Krzysztof i dwie Irenki z GDK. Oni pisali pisma, ewentualnie konsultowali sprawy przez telefon z większymi instytucjami. Po kilku latach miałem otwartych w Gryfinie wiele drzwi, o sprawną organizację było coraz łatwiej. Siłą rzeczy impreza nabierała rozpędu. Umówmy się, bez pomocy Urzędu Miasta mało bym tutaj zorganizował. Pamiętam, że w pewnym momencie nawet sztab znajdował się w magistracie.

Reklama

 

Wiele instytucji wówczas włączało się w organizację, jakby ponad podziałami.

- To prawda. Pamiętam, że był rok, gdy policjanci wystawiali mandaty, chyba koloru żółtego i należało je opłacić u nas, w sztabie, który mieścił się wówczas właśnie w urzędzie. Wszystko szło do puszki.

 

Ludzie płacili z radością?

- Tak, choć pamiętam taką sytuację, gdy wychodziłem z urzędu z grupą młodych wolontariuszy, może do 12. roku życia i wchodzi pan do urzędu bluzgając w żywy kamień. Więc wystawiłem wolontariuszy na zewnątrz i pytam się go o co chodzi. A ten wkurzony dalej klnąc głośno mówi o tym mandacie, który musi opłacić w urzędzie. Wyjaśniłem mu o co chodzi, jaki to jest mandat i na jaki cel idą pieniądze. Przy stole, gdzie była skarbonka zrozumiał swój błąd i zamiast bodajże 20 zł za mandat wrzucił 50 zł, przyznając, że był bardzo niegrzeczny. Było mu głupio. Policjanci czy strażacy do dziś są z nami, zawsze angażując się w finał.

Reklama

 

Ale już wtedy byli ludzie, którzy nie wierzyli w szczerość idei?

- Tak. Mieliśmy i zwolenników i przeciwników, z tym, że nie było to, aż tak widoczne jak obecnie. Były sygnały, że ktoś rzucił hasło „złodzieje”, albo komentarz, że pasiemy jakiegoś kolesia z Warszawy. To był jednak margines. Bywało wówczas tak, że ludzie mieli wręcz do nas pretensje, że tak mało jest wolontariuszy, bo nie mogą wrzucić datków do puszki. Faktycznie w pierwszych edycjach było dziesięciu, może piętnastu wolontariuszy, gdyż zgodnie z regulaminem WOŚP ich liczba była ograniczona i mogła sukcesywnie rosnąć, bodajże o 10% rocznie.

Reklama

 

Rekordem było aż 180 wolontariuszy w gryfińskim sztabie.

- Tak, choć nie pamiętam, który to był rok.

 

Orkiestra, albo rozwód

Rozwój WOŚP to dla mnie nowatorskie podejście telewizji, która łącząc się nawet z najmniejszymi miejscowościami w całej Polsce budowała siłę pokazując dużą skalę przedsięwzięcia. To było coś nowego w naszym kraju w latach 90-tych.

- Zgadza się, ale ja to jednak dzielę w takie sposób, że Warszawa robi dla Warszawy i to jest ich sztab, ale Fundacja robi to na całą Polskę. Każdy sztab ma dowolność w organizacji i to też jest siła tej akcji.

Reklama

 

Nie było jednak internetu, mediów społecznościowych, czyli narzędzi, bez których dzisiaj młodzi nie wyobrażają sobie organizacji wielu imprez. Jak sobie radziliście?

- Było przy tym dużo chodzenia. Telefony komórkowe już się pojawiały, ale nie było to tanie, bo jak pamiętasz mowa o płatnych minutach.

 

W pewnym momencie odpuściłeś.

- Musiałem. Niestety, w 2004 wyjechałem w celach zarobkowych do Anglii. Pracowałem jako kierowca pojazdu ciężarowego rozwożąc jedzenie po różnych marketach. To żaden wstyd. Musiałem wyjechać, aby utrzymać rodzinę. Tam nie było urlopu, więc przez kilka lat nie byłem obecny podczas WOŚP.

Reklama

 

Kiedy wróciłeś z Anglii i czy od razu znowu zaangażowałeś się w WOŚP?

- Wróciłem w 2008 roku. Gdy mnie nie było szefem sztabu był wspomniany już Krzysztof Rudnicki. Poszedłem z nim porozmawiać o mojej wizji, nie negując jego roli w sztabie. Zachował się bardzo fair, mówiąc, że ma swoje zajęcia i dla mnie będzie zapleczem, czyli tak jak wcześniej.

 

Po kilku latach znowu odszedłeś.

- Udzieliłem kiedyś wywiadu w waszej gazecie, którego tytuł już dziś jest nieaktualny, bo miałem w domu postawione ultimatum – albo orkiestra, albo rozwód. Więc wtedy była orkiestra, a później nastąpił rozwód. Przygotowywałem jednak swojego zastępcę, aż w końcu zszedłem ze sceny. Nie było mnie dwa, może trzy lata…

Reklama

 

Gryfiński sztab miał wtedy trudne chwile. W 2020 roku doszło do małego kryzysu. Nie dopilnowano terminów podczas zgłaszaniu sztabu. O mały włos, a WOŚP w ogóle nie zagrałby w Gryfinie.

- Faktycznie w Gryfinie ktoś czegoś nie dopilnował i nie miało być w ogóle sztabu. Nałożyło się na to wiele czynników. Nie działałem wtedy już aktywnie, ale przyszła do mnie Monika Drabik z GDK mówiąc, Adam ratuj, bo w Gryfinie musi być WOŚP. Dzięki temu, że ktoś jeszcze mnie pamiętał w fundacji, dostaliśmy taką wskazówkę, aby skorzystać z identyfikatorów innego sztabu. Ostatecznie uratowała nas Chojna, której wysłano dodatkowe 20 identyfikatorów dla nas. To była mała zapaść kliniczna.

Reklama

 

Co dalej?

Potem dość szybko przyszło odrodzenie. Rok temu 30. Finał zgromadził ogromną publikę na terenie Pałacyku pod Lwami.

- Nowa grupa ludzi, to nowe pomysły, oczywiście przy dużym nakładzie pracy wielu osób.

 

Ty jednak nie grasz już pierwszych skrzypiec.

- Słuchaj, dużo się zmieniło przez te 31 lat. Na początku pandemii trzeba było stawiać na elektroniczne rozwiązania, jakieś streamy, aukcje na Allegro, wirtualne skarbonki itp. To już nie moja era. Młodzi lepiej w tym się odnajdują. W sztabie jestem jednak znowu od dwóch lat. Pomagam im jak potrafię, mam swoją działkę, ale to młodzi głównie to ciągną. W tym roku szefem sztabu został Mateusz Woźniakowski.

 

Na gryfińskiej aukcji licytowane są też złote serduszka. Przekazuje je WOŚP?

- No właśnie, nie. Zawsze mnie to drażniło, że jako Gryfino nie dostawaliśmy złotego serduszka WOŚP na licytację z centrali. Wiadomo, wysyłano je do tylko do największych miast. Big Love. Ale całe złoto i srebro, które uzbieraliśmy w puszkach panie w banku wysyłały razem z kasą do Warszawy. Więc powiedziałem nie - niech złoto i srebro zostanie. Sporządzamy dokumentację, idziemy z nim do złotnika, mamy wagę i cenę, a złotnik przerabia je na serduszka, które licytujemy podczas naszych aukcji za rok. Wszystko jest udokumentowane. Dlatego mamy złote serduszka, inaczej by ich nie było. A licytowałem je kiedyś za 10, a nawet 15 tys. zł! W tym roku też będą.

 

Znajomość z Jurkiem

Poznałeś Jurka Owsiaka osobiście?

- Dwukrotnie się spotkaliśmy. Pojechałem zawieźć gadżety na gryfińską licytację, aby Jurek złożył na nich swój podpis. Wpadł do fundacji, staliśmy razem z kilkoma szefami sztabów, przywitał się w wejściu, ale jak to on, na chwilę przed finałem zabiegany. Zostawiłem im przedmiot do podpisu i go odesłali, był to chyba witraż Eli Narzekalak, ale dotarł do nas ze stłuczoną jedną szybką. Przy drugim spotkaniu miałem okazję trochę z nim porozmawiać. Pojechałem wtedy do fundacji znowu po podpis Jurka na jakimś gadżecie na naszą aukcję. Czekałem na niego, ludzie mówili mi zostaw to, Jurek podpisze się i odeślemy. Ale pomny tego, co wydarzyło się wcześniej nie odpuściłem i swoje wyczekałem. Gdy Jurek przyjechał do siedziby, akurat z nim dotarł transport choppera w wielkiej skrzyni, który trafił na aukcję WOŚP ze Stanów Zjednoczonych. Od razu zacząłem pomagać chłopakom przy rozładunku. Mam zdjęcie nawet z tego momentu, oczywiście ja w koszulce, a Jurek w czerwonych spodniach. Razem z kilkoma osobami wnieśliśmy go do garażu fundacji. Wyszedłem stamtąd, ale podszedł do mnie Jurek i klepnął mnie w ramię, mówiąc „Adam, bardzo nam pomogłeś, chodź ze mną”. Weszliśmy znowu do garażu, gdzie stał już odpakowany motor. Jestem wielkim pasjonatem motoryzacji, więc chciałem zrobić sobie zdjęcie z pięknym chopperem, ale Jurek powiedział „Sorry Adam, nie możesz zrobić zdjęć przed finałem”. Porozmawialiśmy chwilę. Tam nikt sobie nie „panuje”, więc gdy się przedstawiłem od razu byliśmy na ty.

 

Często przy okazji WOŚP słychać słowo rekord. Czy was, jako wolontariuszy mobilizuje ustanawianie nowego rekordu uzbieranych pieniędzy?

- Nie bijemy rekordów. Może, gdzieś, kiedyś mi się to wyrwało, ale po rozmowach i obserwacjach wiem, że wygląda to, jakbyśmy co roku się ścigali, ale my się nie ścigamy. Zbieramy pieniądze dla dzieci, dorosłych, zależy od celu finału, ale nie bijemy rekordów.

 

Cel jest jednak szczytny, więc bicie rekordu nie jest czymś złym.

- Można użyć innego słowa, ale mi rekord nie pasuje. Zresztą, nasze czyny też o tym świadczą. Jako przykład – Ania Wlazińska z Bań kiedyś organizowała finał pod gryfińskim sztabem, wpłacając pieniądze jako gryfiński sztab. Sam ją namówiłem, aby założyła własny sztab w Baniach. I to nie jest dla mnie problemem, że Gryfino zebrało wtedy przez to trochę mniej. Ważne, że akcja się rozrasta, że pomoc trafiła do większej liczby ludzi.

 

Pieniądze

Wy, jako ludzie z lokalnego sztabu nie macie żadnych gratyfikacji finansowych, telefonów służbowych itp. Oczywiście, pytanie jest retoryczne, ale chciałbym, aby wybrzmiała jednoznaczna odpowiedź, bo niektórzy zakładają, że takie sztaby są finansowane.

- Kiedyś kupiłem samochód, Fiata 1300, a był to marzec lub kwiecień, więc poszło po Gryfinie, że kupiłem go z tego, co rąbnąłem z WOŚP, czyli ze skarbonek.

 

To zawiść, której niestety w Gryfinie jest całkiem sporo.

- Nie tylko w Gryfinie są takie komentarze, każdy szef sztabu jest na nie narażony. Nikomu do głowy nie przychodziło jednak, jakie koszty ponosimy. Wiesz jakie kiedyś płaciło się rachunki za telefony komórkowe, a w czasie organizacji WOŚP zawsze miałem je dwukrotnie większe. Oczywiście musiałem to opłacić z własnych środków. Nie mówiąc o benzynie, bo jak np. o godz. 22 miałem telefon z Borzymia, że dotarła do nich puszka i proszą o pomoc przy jej złożeniu, aby czegoś nie zepsuć, to wsiadałem w auto i jechałem. Dlatego takie zawistne głosy są słabe.

 

Pieniędzy w sztabie nie liczycie?

- Absolutnie. Wszystkie puszki trafiają do banku, gdzie panie w grupie przeliczają datki i wysyłają do centrali. Nikt z nas nie ma prawa otworzyć żadnej puszki. Nikt nie dotyka pieniędzy.

 

Jak już jednak mówiłeś, jest sporo osób przeciwnych tej akcji, przeciwnych działaniom fundacji, którzy delikatnie mówiąc, źle reagują na Jurka Owsiaka.

- Mam w Gryfinie cichego wielbiciela, pewnego roku nawet chciałem ruszyć sprawę sądową, ale wtedy Marysia Zalewska mi to odradziła. Napisał mi kiedyś, że jeśli w tym roku podejdzie do niego wolontariusz z puszką, to on mnie zgłosi do sądu, że dzieci żebrzą dla mnie. Podobne sytuacje zdarzyły się kilka razy.

 

Nie on jedyny jest pewnie przeciwny WOŚP, będąc przy tym mocno ordynarny. Skąd się to bierze? Przecież nikt nie każe wrzucać pieniędzy, jeśli ktoś tego nie popiera, wystarczy, że przejdzie obojętnie obok akcji.

- Z niewiary. Chociaż ja sam jestem niewierzący, ale chodzi o to, że gdzieś funkcjonuje w części społeczeństwa, że  np. Fundacja Złoty Melon to pieniądze kradzione z WOŚP i idą na niecne cele. To nastawienie jest dziwne, bo rozliczenia są jawne, a efekt zbiórki widać przecież w szpitalach. Oczywiście, wolontariusze robią za darmo, „za hej”, jak to Jurek określa, ale są też sytuacje, w których trzeba zapłacić, więc nie dociera do tych ludzi to, że gryfiński sztab WOŚP nie pobierał i nie będzie pobierał żadnych pieniędzy, nawet w formie zlecenia, ale są osoby zatrudnione w centrali fundacji przez cały rok, trudno, aby tego nie robiły, które muszą otrzymać wynagrodzenie. To przecież ich miejsce pracy. Każda fundacja tak działa. Tak jak powiedziałeś - nie chcesz, nie wspieraj, ale nie hejtuj. Niektórzy zapominają o tym, że my zbieramy dla dzieciaków, dla chorych, nie dla siebie.

 

Wdała się w to polityka, nie ma co do tego wątpliwości. Tak jak podzieleni zostali Polacy, tak podzielony został front wobec WOŚP.

- Pełna zgoda. Od pewnego czasu, wiemy od którego, zostały wprowadzone tak restrykcyjne obostrzenia dla fundacji, gdzie to spływa ostatecznie na sztaby lokalne, a my musimy się z tym zmagać. Takie są tego podziału konsekwencje.

 

Ale błąd popełnił chyba sam Owsiak, jasno określając się swego czasu politycznie po jednej ze stron. To mogło zaszkodzić całej idei. Rozumiem, że mamy wolność słowa, ale lider tak potężnej akcji powinien czasami ugryźć się w język i być ponad tym, bo to nie pomoże WOŚP, a jak sam mówisz, chodzi o zbiórkę na rzecz dzieci, a nie rozgrywkę polityczną.

- Zgadzam się z tobą w pełnej rozciągłości. Nie chcę tłumaczyć Jurka, ale uwzględnij jednak ile czasu dopiekano jemu i fundacji. Puściło mu ciśnienie. Chciałbym podkreślić, że w Gryfinie tego jednak nigdy nie było. Bywało różnie, ale do nikogo nie mogę mieć pretensji. Wiadomo, że są pewne opcje polityczne, ale nikt nam nie przeszkadza, pomagając na tyle, na ile może.

 

Znam kilka osób, którym bliżej do grupy politycznej krytykującej WOŚP, jednak popierają akcję, bo gdy ich dzieci trafiły do szpitali, to widzieli jak wiele sprzętu ratującego życie najmłodszym ma naklejki WOŚP.

- Pamiętam jak kiedyś drukowaliście informację o tym, co zyskało samo Gryfino. Podawaliście informację jak wiele sprzętu dzięki WOŚP trafiło do naszego szpitala. To było wymowne. Ci którzy tak hejtują, powinni to przeczytać.

Rozm. Kamil Miler

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama