Olena Turkina była tytanem treningu, niczym przodownicy pracy wykonującym 300% normy. Podobnego etosu wymagała od najbliższego otoczenia, w tym młodziutkich podopiecznych z sekcji gimnastycznej Hermesa. „Krew, pot i łzy” – mówią wspólnym głosem zawodniczki, w artykule Gazety Gryfińskiej
Wiktoria Żurowska: Pani Lena sprawiła, że w Polsce zrobiło się głośno o naszym klubie.
Justyna Wójcikowska: Gimnastyczki osiągały wiele tylko wtedy, gdy Olena Turkina była trenerką grupy wyczynowej.
Julia Jakowczyk: Szczególnie widoczne było to w 2011 roku, gdy wyjechała pracować do Norwegii.
Żurowska: Pamiętam, że było to po Klubowym Pucharze Polski w Łodzi. Wracając z zawodów żegnałyśmy się z nią w pociągu.
Wójcikowska: Po jej wyjeździe nie było już takich sukcesów. Ja i kilka dziewczyn przeszłyśmy do innych klubów w Szczecinie, a niektóre zrezygnowały.
Jakowczyk: Sekcja podupadła i długo nie było żadnego trenera.
Katarzyna Żołnowska: To dlatego, że sama prowadziła sekcję wyczynową, będąc jednocześnie sędzią na zawodach, co w tym sporcie jest bardzo ważne. Odpowiadała za nasze choreografie, opisy, nasze przygotowanie do zawodów. Pochodziła z Ukrainy i stosowała metody zza wschodniej granicy. „Boli? To znaczy, że żyjesz”. Wprowadziła taką dyscyplinę, że na Sali panowała idealna cisza, a my chodziłyśmy jak w zegarku. Gdy coś mi nie wychodziło i wydawało się niemożliwe do wykonania, słyszałam „Zrób to sto razy i wtedy porozmawiamy” albo „Da się! Wszystko się da!”.
Ola Kubiak: Była bardzo wymagająca, krzyczała i dociskała. Nie przestawała nawet, gdy już płakałam. Kazała dalej ćwiczyć, bo znała moje możliwości. Wiedziała jak nas zmotywować do pracy.
Więcej w Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze