Pięciu gryfinian wybrało się na dość spontaniczną podróż po Gruzji. Siedem dni dostarczyło im tak wielu doznań, że mogliby nimi obłożyć wiele innych wypadów.
Jak mówią, Gruzja jest pełna kontrastów. Taka też była ich wyprawa. Od zakupów na „kreskę”, do stołowania się w świetnych restauracjach. Od do jazdy po górach na wysokości 2100 m w sześciometrowych tunelach śnieżnych, do pobytu w słonecznym kurorcie Batumi. Największą przygodę przeżyli ostatniego dnia, gdy w ciągu kilku godzin ze zwykłych turystów zamienili się w vipów, z którymi spotkał się mer Batumi, zjedli obiad z dyrektorem telewizji, a w międzyczasie nagrano z nimi program do gruzińskiej telewizji. Obecnie mają szansę stać się łącznikiem w relacjach polsko – gruzińskich, a szczególnie Szczecina z Batumi. Cała piątka to osoby w średnim wieku, znające się od wielu lat: Paweł Studenny, Marek Minkwitz, Sebastian Korczyński, Wojciech Strzelczyk i Jacek Janaszkiewicz. Oto ich opowieść:
Pomysł
Marek Minkwitz: Skąd pomysł na taką podróż? Zmotywował mnie Marek Klonowski, potem Włóczykij. Zaraziliśmy się od tych ludzi, którzy przyjeżdżali do Gryfina na Włóczykija i opowiadali o swoich podróżach. Decyzja o wyjeździe do Gruzji zapadła po obejrzeniu internetowych wstawek o tym kraju. Gruzja była trochę dzika. I w sumie słusznie.
Jacek Janaszkiewicz: Ale wbrew pozorom Gruzja jest bezpiecznym i otwartym krajem, w którym mieszkają ludzie naprawdę przyjaźnie nastawieni do Polaków.
M.M.: Było nas pięciu. Spośród nas Paweł najlepiej przygotowywał się w Polsce do wyjazdu.
Wojciech Strzelczyk: Koszt biletów lotniczych w obie strony wyniósł nas 400 złotych, co jest generalnie śmieszne. Założeniem naszej grupy, było pojechać w trip jak najtaniej.
Sebastian Korczyński: Nie nastawiliśmy się zbyt specjalnie na zwiedzanie. Zwiedzaliśmy to, co mijaliśmy po drodze. Np. w Kutaisi jaskinie Prometeusza. W Vardzi skalne miasto, gdzie w 1100 roku mieszkało ok. 50 tysięcy ludzi.
J.J.: Było spontanicznie, ale mieliśmy wyznaczone swoje strategiczne punkty, których staraliśmy się trzymać. Gdybyśmy poszli całkiem na żywioł, to myślę, że moglibyśmy nie wyjechać z Kutaisi.
Kutaisi
W.S.: Ale od początku… Przylatujemy w nocy do Kutaisi. Udajemy się do pierwszego, jedynego, zarezerwowanego hostelu. Ku naszemu zdziwieniu jest otwarty, nie ma recepcji. Lodówka, dodajmy, pełna, także otwarta. Rano – wprowadzenie w świat Gruzji – mówcie, że mieszkacie w hotelu Cote i wszystko jest open. Idź do sklepu, kup na krechę, potem wrócisz i oddasz. Gruzja wygląda tak jak Polska w latach 70., choć miasto miastu nierówne, o czym później. Lodówki raczej nie działają. Do wyboru jest jedno masło, czy jedna kiełbasa.
M.M.: Mieliśmy zarezerwowaną tylko pierwszą noc. W Kutaisi, jednym z trzech największych miast w Gruzji. Tak, by się z tym oswoić. Reszta miała być spontaniczna. Oczywiście Paweł miał wszystko przygotowane, ale decyzją większości, głosowaliśmy zawsze za spontanicznymi pomysłami. Mnie zadziwiło zderzenie z ruchem samochodowym, jako że najczęściej byłem kierowcą wynajętego samochodu. Tam nie ma żadnych reguł. Na drogach pełno zwierząt. Często używa się klaksonów. Ale kosmicznym kontrastem jest policja. Wyglądają jak z amerykańskich futurystycznych filmów.
Cały artykuł w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze