Igor Klishchyk przyjechał do Polski w 2016 roku, od razu do naszego regionu, w którym mieszka i pracuje do dzisiaj
O ataku Rosji na Ukrainę mówiło się od kilku tygodni.
I. Klishchyk: Z jednej strony można było się tego spodziewać, ale z drugiej dopóki nie wybuchła wojna, wszystko było możliwe.
Rozmawiamy zaledwie kilka godzin po ataku. Jakie emocje ci towarzyszą?
- Sytuacja jest nadzwyczajna, nie wiem jak ją opisać. Nie mogłem sobie wyobrazić, że Rosja zaatakuje Ukrainę na taką skalę. Emocje są różne. Na razie to tyle mogę powiedzieć na ten temat.
Z jakiego regionu pochodzisz?
- Z Maksymowic w rejonie samborskim.
W okolicy twojej miejscowości trwają już walki?
- Niedaleko mojej rodzinnej miejscowości została zaatakowana jednostka wojskowa sił powietrznych. Rosjanie wystrzelili w nią pięć pocisków manewrujących. Moja rodzina mieszka w odległości 7-10 kilometrów od tego miejsca. To rejon położony około 35 kilometrów od granicy z Polską.
Masz kontakt z bliskimi, którzy pozostają na terenie Ukrainy?
- Mam stały kontakt z rodziną, łącza nie zostały jeszcze zerwane. Matka jest zszokowana tym co się wydarzyło. Staram się ją uspokoić.
Planujesz ściągnąć bliskich do gminy Gryfino, a może zamierzasz wrócić do ojczyzny i walczyć?
- Odnośnie tego, czy planuję ściągnąć rodzinę do Polski, to nie podjęliśmy jeszcze decyzji. Wojna trwa dopiero od kilku godzin. Tak jak mówiłem, sytuacja jest nadzwyczajna i trudno powiedzieć jak sprawy będą wyglądały za kilka dni. Wtedy zadecydujemy.
Jakie nastroje panują u twoich rodaków mieszkających w Polsce?
- Jesteśmy w stałym kontakcie. Wszyscy moi znajomi z Ukrainy, którzy mieszkają w okolicy Gryfina, są zdruzgotani tą sytuację. Na bieżąco śledzimy doniesienia z ojczyzny. Zobaczymy jak będzie się rozwijać, ale nie wygląda to zbyt dobrze.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze