Reklama

Wolontariat misyjny Madagaskar - historia i potrzeba wsparcia | Gazeta Gryfińska grudzień 2023 - Milena, wolontariat, Salezjański Ośrodek Misyjny - sprawdź szczegóły na Facebooku: [link]

- Najbardziej dobijającym widokiem były półnagie dzieci, które nurkowały w śmieciach i wylizywały papierki, wygrzebywały jakieś resztki jedzenia. Wiedziałam, że jedziemy do biednego kraju, ale nie byłam w stanie wyobrazić sobie tak ogromnej i powszechnej biedy – mówiła na naszych łamach Milena Kowalik, mieszkanka Wirowa, która w czerwcu 2023 roku udała się z misją do Afryki

W tekście, który ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej w grudniu 2023 roku, mówiła że w przyszłości zamierza jeszcze raz pojechać na wolontariat misyjny.

Żeby było to możliwe potrzebuje wsparcia.

Gorąco zachęcamy, przypominając reportaż sprzed kilku miesięcy.

------------------------------------------------

Od mojego powrotu do Polski minęły prawie cztery miesiące. Kiedy jeszcze na Madagaskarze pakowałam walizki, czekałam na wydrukowanie biletów, szukałam w plecaku swojego paszportu, to najbardziej się bałam, że… zapomnę ich imion. Że wrócę, spojrzę na zdjęcia i nie będę potrafiła nazwać dzieci, które się na nim znajdują. Na Madagaskarze wiele dzieci nie ma aktów urodzenia, co za tym idzie - żadnych dokumentów identyfikujących ich tożsamość. Wygnani przez rodziców z domu na ulicę, tak naprawdę nie istnieją.  

Reklama

Nie istnieją dla państwa, dla nikogo... Bałam się, że przestaną istnieć również dla mnie. Ze praca, studia, obowiązki tak bardzo zajmą moją głowę, że nie znajdzie się ani jedna wolna „szufladka” dla moich dzieci z Fianarantsoa.

Na szczęście jest jeszcze serce. Dzięki niemu nie zapomniałam. Myślę o nich każdego dnia. Zastanawiam się czy Therry (chłopiec z domu Magone) nadal boi się zasnąć, czy Cristina - 10-letnia dziewczynka z oratorium - wciąż każdego wieczoru szuka miejsca do spania dla swojego 1,5-rocznego braciszka Mikaela i 3-letniej siostrzyczki Anity, którymi opiekuje się całkiem sama. Czy Andżi przełamał swoją nieśmiałość i ma z kim zagrać w szachy w oratorium, kiedy mnie nie ma. Czy księża w końcu mają dostęp do wody i mogą się umyć. I czy chłopaki z Magone radzą sobie w szkole i wierzą, że będą w życiu kimś. Że ich los nie jest skreślony.

Reklama

 

„Milena, uspokój się”

Od ósmego roku życia należę do Oazy Salezjańskiej, działam w Ruchu Światło Życie. To zasługa moich bliskich. Wujek był moderatorem oazy w Gryfinie, mama chodziła na spotkania. Wciągnęła mnie i moje rodzeństwo, a wujek swoje dzieci. W wakacje jeździliśmy na  rekolekcje oazowe. Są stopniowane. Dla najmłodszych są „Dzieci Boże”, później „Zerówka”, „Jedynka”, „Dwójka”, „Trójka”, po której jest kurs na animatora. Polega na tym, że zwiedza się zakony i wspólnoty. Odwiedza się małżeństwa, ludzi z różnych stowarzyszeń i środowisk. To proces, podczas którego szuka się swojego miejsca w kościele i wspólnocie. Nie jest tak, że ktoś musi być zakonnicą, ktoś księdzem. Powołanie można realizować na wiele sposobów.

Reklama

W 2021 r. byłam na rekolekcjach trzeciego stopnia w Krakowie. W sanatorium przy ul. Tynieckiej znajduje się wioska misyjna, obok wolontariatu misyjnego. Poszliśmy, by posłuchać świadectw osób, które przebywały na misjach. Pomagaliśmy im w porządkach, wysyłaniu paczek do darczyńców. Dwie dziewczyny, które się nami opiekowały, opowiadały o misjach w Boliwii, gdzie posługiwały w domach dziecka.

Słuchałam i pomyślałam, że bardzo chciałabym udać się na taki wolontariat. Powiedziałam o tym księdzu, który z nami pojechał. W zasadzie, nie planowałam tego. On zaczął rozmowę.

Reklama

 

- I co, znalazłaś swoje powołanie? - zapytał dla żartów.

- Jadę na misję.

- Dobra. Milena, uspokój się.

 

Jestem taką osobą, że nie trzeba dużo, żebym się zaangażowała. W swoich wyborach nie kieruję się emocjami, ale szybko zapalam się do działania. Kiedy coś mi się spodoba, gdy przez chwilę poczuję w sercu, że „to jest coś mojego”, to często w to idę. Gdy opowiadam o tym moim znajomym, to się ze mnie śmieją. „O, Milenie znów coś się podoba” (śmiech). Nikt nie bierze tego na poważnie, normalka.

Dlatego ksiądz Łukasz powiedział wtedy: „Milena, uspokój się”. Był moim kierownikiem duchowym. Spowiednikiem, ale nie tylko, bo przychodziłam do niego również, by porozmawiać o życiu, swoich planach. Miałam też pytania dotyczące powołania. Dużo zastanawiałam się nad przyszłością, studiami, które mam wybrać. Nawet nie radziłam się go, ale po prostu rozmawialiśmy, również o tym co mam robić po maturze. Kazał mi się uspokoić, bo wiedział, że mam przed sobą ważny czas. Dwie ostatnie klasy liceum i egzamin maturalny. Podszedł do sprawy racjonalnie, ale też nie chciał ugasić mojego zapału. Powiedział, bym rozeznała to powołanie. Miała je w sercu, po prostu.

Reklama

Wyjazd poskutkował tym, że bardzo zaangażowałam się w wolontariat szkolny. Byłam w Bractwie Małych Stópek, odwiedzałam siostry zakonne, by zobaczyć jak wygląda ich codzienność. Z jednej strony chciałabym takiego życia, ale nie wiem, czy bym podołała. Dlatego cały czas myślałam o misji i czekałam na 18 urodziny. Bez tego nikt nie wysłałby mnie na misję.

Pełnoletniość uzyskałam w maju 2022 r., a w sierpniu zapisałam się na wolontariat. Byłam pewna. Powiedziałam to ks. Łukaszowi. Zapewnił o dalszym wsparciu duchowym, powiedział, że będzie mi kibicował. Kolejne dziesięć miesięcy spędziłam na przygotowaniach.

Reklama

 

Mama uwierzyła, gdy zobaczyła walizki

Powiedzenie głośno i wyraźnie: „Chcę na misję!”, nie załatwia sprawy. Żeby wyjechać trzeba odbyć dziewięciomiesięczną formację w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym. Nasza inspektoria salezjańska podlega pod Warszawę, więc od października jeździłam raz w miesiącu do stolicy. Nie więcej, bo wszyscy powtarzali: „Masz klasę maturalną, musisz się uczyć”.

Wcześniej musiałam złożyć podanie do dyrektora ośrodka i określić jaki wolontariat mnie interesuje. Krótki (1-4 miesiące), czy długi termin (5-12 miesięcy). Trzeba przejść testy psychologiczne, które składają się z 540 pytań zamkniętych, 40 otwartych. Do tego dochodzi test z kolorów od psychologów, później rozmowy z nimi. W lutym przychodzą wyniki. Decyzja, czy możemy jechać, czy nadajemy się do tego. Czasami bywa tak, że ktoś chce jechać na długi termin, ale otrzymuje zgodę na 3-4 miesiące. Od początku celowałam w krótki, bo jesienią chciałam podjąć studia.

Reklama

W sierpniu 2022 r., gdy zgłosiłam się na wolontariat, powiedziałam o tym mojej siostrze i cioci. Poprosiłam, żeby jeszcze nie mówiły o tym mamie, obawiałam się, że będzie się zamartwiać. Mama dowiedziała się o wszystkim w październiku, gdy po raz pierwszy wyjechałam do Warszawy.

- Dobrze – powiedziała krótko.

Nie wiązały się z tym większe emocje. Wszystko na luzie, neutralnie. Pojawiły się w marcu, gdy zadzwoniłam w marcu i cała szczęśliwa powiedziałam, że mam przydział, że lecę na Madagaskar.

Po każdym powrocie ze stolicy mama zadawała dużo pytań. Interesowała się kogo poznałam, co robiłam. Wiedziała, że piszę testy, znała moje plany i placówkę, do której mnie przydzielono, ale to że wyjeżdżam, tak naprawdę dotarło do mamy chyba dopiero, gdy zobaczyła walizki.

Reklama

- Nie myślałam, że to na poważnie – przyznała podczas pakowania.

Uważała, że przez prawie cały rok jeżdżę do Warszawy, bo spotykam interesujących ludzi i jest tam ciekawa duchowa formacja. Nie spodziewała się, że naprawdę wyjadę.

- Sądziłam, że nie zdasz tych testów.

- Dlaczego?

- Myślałam, że jak oni cię zobaczą, to powiedzą, że gdzie taka kruszynka na misję...

 

Mam 155 cm wzrostu i jestem drobna. Strasznie mnie to rozśmieszyło. Po chwili dodała, że bardzo się cieszy, chociaż – jak to mama – martwi się o mnie. To samo babcia. Płakała, ale nie ze strachu. Jest bardzo wierzącą osobą. Była wzruszona, że jej wnuczka leci do Afryki, by pomagać ludziom.

Reklama

 

6700 złotych za bilety

Ostatnie spotkanie wolontariatu jest zorganizowane dla bliskich nam osób. Przedstawiamy wszystko, co robiliśmy przez dziewięć miesięcy. Koordynatorzy i dyrektor uspokajają rodziców, że nie wysyłają nas w niebezpieczne miejsca, że nic nam nie grozi.

W ogóle się nie bałam, bo wiedziałam, że nie będę tam sama. Na misję przeważnie jeździ się dwójkami. Zanim dobrali mi placówkę mogłam powiedzieć z kim nie chciałabym zostać sparowana. Byłam najmłodsza w ośrodku, pełnoletnia dopiero od kilku miesięcy. Trudniej było mi się dogadać z 35-letnimi dziewczynami. Inny etap życia, spojrzenie na świat, inne doświadczenia. Połączono mnie z Alicją. Pochodzi z Warszawy, studiuje w Krakowie. Była nieco starsza ode mnie, ale różnica nie była duża. Polubiłyśmy się. Miałyśmy powiedziane, że jedziemy na placówkę, w której będziemy uczyły dzieci języka angielskiego, co oznacza dużo czasu na świeżym powietrzu. Przyłożyłyśmy się. Jeszcze w Polsce podzieliłyśmy zadania, przygotowywałyśmy materiały, konspekty. Otrzymałyśmy kontakt do księdza, który znajdował się na miejscu. Ks. Tomasz Łukaszuk przebywa na Madagaskarze od jedenastu lat. Założyliśmy grupę na WhatsAppie. Opowiedział nam, co zastaniemy na miejscu, co będziemy robiły, wysyłał fotografie. Nie chciałyśmy lecieć z pustymi rękoma. Zaczęłyśmy zbierać pieniądze dla dzieci, przy których miałyśmy posługiwać. Część środków wydałyśmy na ubrania, buty, piłki. Pozostałe pieniądze, bo byłyśmy ograniczone dwiema walizkami, wzięłyśmy ze sobą. To nie jest warunek. Po prostu wiedząc, że udajemy się do biednego kraju, chciałyśmy dołożyć coś ekstra od siebie.

Reklama

Same musiałyśmy zapłacić też za transport. Ośrodek załatwia wizy, ale koszty przelotu są po stronie wolontariuszy. Moje bilety na Madagaskar kosztowały 6 700 zł. Bardzo pomogli parafianie. 4 tysiące uzbierałam praktycznie w jedną niedzielę, po mszach w kościele NNMP w Gryfinie.

Do kosztów własnych doliczyć można też szczepienia. W całej Afryce jest obowiązkowe na żółtą febrę. Niektórzy wolontariusze szczepią się również przeciwko malarii i na milion innych chorób. Madagaskar jest wyspą, oddzieloną od „czarnego kontynentu”, wobec czego władze nie wymagają nawet szczepionki przed febrą. Ks. Tomasz mówił, że jest na Madagaskarze już naście lat, nie jest na nic zaszczepiony i nigdy nie zachorował, ale jeśli chcemy, dla komfortu psychicznego, to możemy. Jestem z rodziny, która stosuje różne suplementy, witaminy, elektrolity. Bardziej naturalnie. Nie martwiłam o choroby. Nie szczepiłam się na nic, nie zachorowałam.

W zasadzie miałam jedną obawę. Przed wyjazdem przeszło mi przez głowę, że boję się węży i pająków, a w Afryce można jest spotkać na każdym kroku (śmiech). Ale nie myślałam o tym długo. Czułam wielką radość. Przez cały rok zasypiałam i budziłam się z tą myślą. To było ogromne pragnienie serca. Marzenie w końcu miało się spełnić.

 

Kąpiele w zimnej wodzie

Wyleciałyśmy z Warszawy 30 czerwca, do miejscowości Fianarantsoa. Znajduje się w środkowym Madagaskarze. Daleko od wody, niestety. Placówka salezjańska jest w dzielnicy Ankofafa. Spędziłam w niej niemal równe dwa miesiące.

W lipcu zaczęły się tam półkolonie salezjańskie. Nasz dzień był dokładnie rozplanowany.

Na godz. 6.30 wstawałyśmy na mszę, potem śniadanie ze wspólnotą zakonną, a następnie szłyśmy na spotkanie dla animatorów. Było ich 107.

Dzieci przychodziły o godz. 8.00. Pierwszego dnia pojawił się mały szok. Podczas rekolekcji w Polsce grupy składają się z 50 osób, na większych wyjazdach jest może 80. A tam przyszło 970 dzieci! Ksiądz jeszcze się śmiał, że w tym roku jest niska frekwencja. Populacja Fianarantsoa to około 190 000 osób.

Zajęcia odbywały się na podwórku, albo w oratorium, takim budynku z blachy. Dzień rozpoczynaliśmy modlitwą, animatorzy robili scenki z biblii dla dzieci. Nic nie rozumiałyśmy, bo wszystko było w języku malgaskim, ale animatorzy wykazywali się takim talentem komediowym, że cały czas się śmiałyśmy. Dzieci też były zachwycone.  Później dzieliliśmy je na grupy, ze względu na zajęcia, które wybrały. Języki obce, taniec, sport.  Około godz. 11.00 odmawialiśmy modlitwę przed obiadem i dzieci rozchodziły się do domów. Przynajmniej te, które miały gdzie iść na obiad.

Po posiłku odpoczynek, sjesta i o godz. 13.00 dzieci wracały. Organizowaliśmy im zajęcia: katechezy, zabawy, śpiewanie, gry, animacje, taniec. Zajęcia trwały do godz. 16.30 i tak przez cały miesiąc. Na początku sierpnia czułyśmy się już bardzo zmęczone. To był intensywny czas, bo po zajęciach musiałyśmy jeszcze wszystko posprzątać, przygotować na jutro. W Madagaskarze panowała zima, więc o godz. 17.40 robiło się ciemno. Tak ciemno, że nie było nic widać. Doba wydawała się o wiele krótsza, co potęgowało zmęczenie.

Przez pierwszy miesiąc byłyśmy pełne życia. Prawdziwy szał, by dać jak najwięcej bliźniemu. W takiej sytuacji człowiek zapomina o sobie, o tym, by się wyspać i odpowiednio zregenerować organizm. Cały czas mówiłam. Bolało mnie gardło. Drugi miesiąc przebiegł już inaczej. Mądrzej, bo trzeba było oszczędzać energię, żeby podczas zajęć mieć siłę. Po obiedzie kładłam się spać na godzinkę, co było bardzo pożyteczne.

 W naszej placówce znajdowały się dwie wspólnoty salezjańskie. W tej na dole mieszkali księża, z którymi pracowaliśmy na co dzień. Aby dostać się do drugiej, trzeba było iść pod górkę. Tam właśnie mieszkaliśmy, w seminarium.

Księża chcieli, byśmy mieli lepsze warunki. Normalny pokój, z drzwiami, oknami i toaletą, co jest tam bardzo rzadkie.

Najgorszym momentem dnia był wieczór, gdy trzeba było się… wykąpać. Woda lodowata, jak ze studni. Uznałyśmy z Alą, że tak jest i koniec. Nie przyjechałyśmy tu dla luksusów, tylko żeby pomagać. Nie narzekałyśmy, bo wiedziałyśmy, że i tak żyjemy w komfortowych warunkach, jak na miejsce, w którym się znajdujemy. Na dole, gdzie mieszkali księżą, w ogóle nie było wody, więc zagryzałyśmy zęby. Cieszyłyśmy się, że chociaż mamy tę lodowatą. Ale jak tylko sobie przypomnę, tragedia była (śmiech).

Po miesiącu przyjechała wolontariuszka z Włoch. Któregoś poranka powiedział, że nie miała wieczorem sił, by się wykąpać.

- No, jeszcze ta zimna woda… - skomentowałam.

Zrobiła duże oczy, odpowiedziała, że u niej woda jest wręcz gorąca. Mieszkała w budynku obok.

Okazało się, że w naszym były wyłączone bezpieczniki i dlatego bojler nie grzał wody. Opadły nam ręce. „Ale głupie jesteśmy”.

- Po to was wysłałem „na górę”, żebyście miały normalne warunki – śmiał się ksiądz, gdy usłyszał naszą historię.

Pierwszą kąpiel w ciepłej wodzie zapamiętam chyba na zawsze.

 

Zaczepiane przez mężczyzn

Miałyśmy świadomość, że jesteśmy białe i będziemy budzić zainteresowanie, ale nie byłam przygotowana na to, co działo się na miejscu. Białego człowieka w Madagaskarze traktuje się jak Boga, albo totalnego kosmitę. Gdy pierwszy raz szłyśmy księdzem do miasta, to podeszło do nas od razu z trzydzieści osób. Do widoku księdza są już przyzwyczajeni. Wiedzą, że mają w parafii kapłana z Polski, ale że dziewczyny... Do tego dwie niebieskookie blondynki. Słyszeliśmy od miejscowych, że nigdy nie widziały człowieka z całą „jasną głową”. Dzieci dotykały wszystkiego, ale nie byłam przygotowana, że tak samo zareagują dorośli. Kobiety i mężczyźni. Nie dotykali mnie z żadnym podtekstem, ale potrafili podciągnąć nam nogawki, żeby sprawdzić, czy mamy włosy na nogach, bo oni nie mają, ani na nogach, ani rękach. Potrafili otworzyć nam buzie, by spojrzeć, jakie mamy zęby. Czy takie same jak oni. To było dość szokujące, zwłaszcza gdy otoczyli mnie mężczyźni. Ksiądz szybko ich jednak odgonił. To był jedyny moment, gdy poczułam się niekomfortowo. Wiedziałam, że ci ludzie nie zrobią mi krzywdy, ale podczas każdego naszego wyjścia do miasta musiał nam ktoś towarzyszyć. Byłyśmy dla miejscowych tak dużą atrakcją, że same nie dałybyśmy rady opędzić się od otaczającego nas tłumu.

Dzieci w oratorium też były nami zaintrygowane. Najintensywniej reagowali najmłodsi. Dwu i trzyletnie dzieci bardzo płakały, gdy nas widziały. Potrzebowały czasu, by przyzwyczaić się do naszej obecności. Nieustannie nas dotykały, nie mogły uwierzyć, że mamy długie i czyste paznokcie. Pewnego razu głaskały nas po włoskach na rękach i mówiły po malgasku „kotek, kotek” (śmiech). Wyrywały nam też te z głowy. Każde dziecko chciało mieć własny blond włos. Nie przeszkadzało nam to, ale gdy 40 dzieci podchodziło do nas w tym celu, to trochę bolało. Śmiałyśmy się, że wrócimy do Polski łyse.

Na Madagaskarze bywa tak, że widząc białego człowieka, miejscowe dzieci mówią „waza”. Te spoza oratorium, które nie znały naszych imion, witały się: „bonjour waza”. Pytaliśmy księdza dlaczego tak jest. Powiedział, że biały człowiek kojarzy się Malgaszom z porcelaną. Czymś cennym. Ludzie, którzy do nas podchodzili, wyciągali ręce po jedzenie i pieniądze. Mają przeświadczenie, że każdy biały człowiek jest bogaty i może im pomóc. W ustach dzieci „waza” nie brzmi obraźliwie. Po raz pierwszy widzą człowieka innej rasy. Jeśli jednak to słowo padnie podczas rozmowy z dorosłym, to jest to pejoratywne. Nikt starszy jednak tak do nas nie powiedział.

Co do tego „bonjour”, Madagaskar jest dawną kolonią francuską, ale dziś mało kto posługuje się tym językiem. Obowiązkowy jest malgaski, którego używa się też w urzędach. Jedynie księża i bardzo wykształcone osoby znają ten,  jak mówią, „język wroga”.

 

Ryżu naszego powszedniego

Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób uczestniczy we mszach świętych. Tysiąc, czy dwa tysiące wiernych nie robi na nikim wrażenia. No, może poza wolontariuszkami z odległej Polski.

Na Madagaskarze nie ma chleba. Gdy odmawia się „Ojcze nasz”, to zamiast „chleba naszego powszedniego”, mówi się: „ryżu naszego powszedniego”. Chodzi o dopasowanie. Modlitwa byłaby bez sensu, gdyby mówili o chlebie, którego nie znają. Tam wszędzie są ryżowiska. Ryż je się na śniadanie (rozgotowany), na obiad i kolację. Do tego są owoce, albo warzywa. Czasami jakieś mięsko, ale średnio nam smakowało. Tamtejsze kury są bardzo chude, wyglądały jak jakieś patyki. Bo, gdy ludzie nie mają co jeść, to zwierzęta tym bardziej. Mięsem była de facto kość owinięta skórą. Dlatego zostałyśmy przy ryżu i owocach. Miałyśmy awokado, pełno mandarynek, różnych odmian bananów. Rzadziej papaje, bo kończył się chyba sezon i były za drogie. Czasami ksiądz zdobył dla nas pieczywo. Wyglądało jak bagietka, ale w środku była pusta. Taka skorupka. Raz znalazł dla nas czekoladę. Gdy miałyśmy gorszy dzień, to jadłyśmy bagietkę z czekoladą.

Tam też nie pije się zwykłej wody, tylko tę, w której gotowano ryż. Po pierwsze, jest to oszczędność, bo nie ma dużo wody i w ciągu dnia są przerwy w dostawach. Po drugie, taka woda jest zdrowa. Tylko trzeba uważać, bo czasami można połknąć kamyk.

Przez pierwsze dwa tygodnie nie ruszałam „wody ryżowej”. Piłam butelkowaną, którą ksiądz dla nas załatwił. Później odkryłam jednak, że ta po ryżu jest naprawdę smaczna. Poza tym było zimno, więc fajnie ogrzewała organizm.

Gdy było nam bardzo zimno, to piłyśmy jeszcze wrzątek z cynamonem, albo z imbirem. Na Madagaskarze panowała zima. Najcieplejszego dnia było 25 stopni Celsjusza, ale zwykle, w ciągu dnia, około 16 stopni. Do tego ogromna wilgoć i mgła przez cały czas. W nocy temperatura spadała do 6-8 stopni. Nie było oczywiście ogrzewania.

Na początku drugiego miesiąca, codziennie od rana, po śniadaniu, miałam zajęcia z chłopakami z domu Magone. To grupa 40 dzieci zebranych z ulicy. Mieliśmy po dwie lekcje dziennie, każda po półtorej godziny. Od rana z najmłodszymi, a później z grupą od 9 do 21 lat. Duży przekrój. 

Po zajęciach braliśmy ich z księdzem na boisko i graliśmy w koszykówkę, zbijaka, szachy, gry integracyjne. Próbowaliśmy nawet rugby. Wymyślaliśmy konkurencje na bieżąco, by zająć im czas. Ksiądz nie chciał, by rozeszli się po mieście i robili jakieś głupoty.

Chłopaki z domu ulicy, codziennie po angielskim i sportach, ustawiali się w kolejce do kuchni. Jako przekąskę dostawali po łyżce jogurtu, bo tylko tyle było dla każdego. Gdy na początku to zobaczyłam, miałam bardzo mieszane uczucia, bo to byki, często 18/20-latkowie, a otwierali buzię, jak małe dzieci, czekając na to, aż ksiądz da im ich porcję. Nie wiedziałam wtedy jak mam się zachować. Z jednej strony budziło to u mnie pozytywne odczucia, widziałam więź jaką chłopaki zbudowali z księdzem, który dał im dom. Tę prostotę ich relacji i jednocześnie to, że traktują go jak ojca. A z drugiej strony było to dla mnie jakieś takie niepojęte.

Chłopaki wiedzieli, że mają dla siebie zawsze tylko jedną łyżkę, a mimo to wpuszczali mnie i Alę przed siebie w kolejkę. Miejscowi przyjęli nas bardzo dobrze. Z dużą ciekawością, ale szacunkiem. Na Madagaskarze ludzie są bardzo serdeczni. Dzieci chciały podzielić się z nami wszystkim, tylko nie swoją biedą. Dostały ciastko na sześć osób, a potrafiły oderwać jego większą część i dać mi w prezencie, wiedząc że dla nich zostanie bardzo mały kawałek do podziału. Każdemu przypadłyby jakieś okruszki, ale chcieli, żebym była szczęśliwa. Oni prawie nic nie mają, a dają bardzo wiele.

Wiedziałam, że dzieci nie chodzą w czapkach, bo ich nie posiadają. Dlatego odruchowo sama ściągałam swoją, gdy już trochę się ogrzałam. Widziałem jak patrzą, jak bardzo by chciały mieć własną czapkę, nie marznąć. Obdarowałabym je wszystkie, ale miałam tylko jedną. Gdy ją ściągałam, dzieci reagowały, pokazywały, żebym nałożyła z powrotem.  Cieszyły się, że jesteśmy obok i robimy to co one, ale nie chciały, byśmy dzieliły z nimi „ich los”.

 

Ogromna bieda

Żadna formacja nie przygotuje człowieka z Europy psychicznie, na rzeczywistość, którą zastanie na misji. Szok przyszedł już na samym początku. Wylądowałyśmy w Antananarywie, stolicy kraju, skąd do naszej placówki jest 14 godzin samochodem. To co zobaczyłyśmy po drodze… Piękne widoki, góry, dżungla, rzeki, a obok niesamowita bieda na ulicach. Odór, jakiego nigdy wcześniej nie czułam.

Pierwszy raz myślałam, że zwymiotuję przez jakiś zapach. Połączenie potu, brudu, moczu. Ciągnął się jeszcze długo po wyjeździe ze stolicy, miałam wrażenie, że przesiąknął nim samochód i my również.

Po ulicach dzieci chodziły w porwanych, nawet nie ubraniach, bo to przypominało szmaty. Przepaski, by nie było widać miejsc intymnych. Dziurawe buty, choć przeważnie bez obuwia. Gdy nasz samochód stanął, podbiegły i uderzały swoimi malutkimi, chudymi rączkami w okna. Nie wiedziałyśmy o co im chodzi. Ksiądz powiedział, że zauważyły wodę w butelce.  

Najbardziej dobijającym widokiem były właśnie te półnagie dzieci, które nurkowały w śmieciach i wylizywały papierki, wygrzebywały jakieś resztki jedzenia. To były trudne doświadczenia. Wiedziałam, że jedziemy do biednego kraju, ale nie byłam w stanie wyobrazić sobie tak ogromnej i powszechnej biedy. Największe ubóstwo, które możemy zaobserwować w naszym kraju, to i tak o poziom wyżej, niż to co zastałam na Madagaskarze.

Już wtedy, przejeżdżając przez stolicę, poczułyśmy, że jesteśmy na misji i co to może oznaczać.

W Fianarantsoa było nieco lepiej, dzieci mogą liczyć na dary z Caritasu, albo od darczyńców,

ale też dostrzegałyśmy codzienną biedę. Warunki, w których mieszkają nasi podopieczni, jak wyglądają ich rodzice. Miałam jeszcze jedną sytuację, która mnie przeraziła. Czułam się w naszej dzielnicy bardzo dobrze. Miałam poczucie, że znalazłam się we właściwym miejscu i właściwym czasie swojego życia. Po trzech tygodniach pojawił się kryzys. Soboty były luźniejsze. Spałyśmy do 11, robiłyśmy z Alą pranie i na godz. 12.00 szłyśmy na obiad. Tego dnia, w naszej parafii odbywały się śluby. Zwyczajne, wszystkie do siebie podobne, ale tej soboty coś mi nie grało. Podjechali samochodem, europejskim. Wszędzie latały drony. Nie widziałam takiego ślubu w Polsce. Panna młoda miała dwadzieścia druhen, wszystkie w identycznych sukienkach. Pan młody taką samą liczbę drużbów, w szytych na miarę, zielonych garniturach. Nasz ksiądz nie krył zdenerwowania z powodu  tego przepychu bijącego po oczach. Zwłaszcza oczach naszych ubogich podopiecznych.

To był ślub ludzi z bogatej dzielnicy. Dopiero wtedy zrozumiałyśmy, że w Madagaskarze również są podziały klasowe. Może to naiwne, ale myślałyśmy, że wszyscy ludzie są tam biedni. Bieda może mieć różne oblicza, o czym też się przekonałyśmy.  W weekend do naszego oratorium przychodziły bowiem najbiedniejsze dzieciaki. Takie, które w tygodniu musiały pracować, dopiero w sobotę mogły nieco odpocząć. Przychodziły w najgorszych szmatach, niektóre kompletnie nagie. Brudne, głodne.

Gdy do naszej parafii przyjechali miejscowi bogacze, trudno było nie dostrzec tej dysproporcji. Pełen przepych i kontrastujące z nimi skrajne ubóstwo naszych dzieci.

Poszłyśmy na obiad w milczeniu, prawie nic nie zjadłyśmy, zresztą niewiele mówiliśmy. Gdy wróciłyśmy do pokoju, Ala zadzwoniła do chłopaka, by się wyżalić. Była roztrzęsiona, nie mogła się uspokoić. Nie chciałam pokazać jej, że też dotknęła mnie ta sytuacja. Zamierzałam być dla niej oparciem, bo gdybym się rozbeczała, to nikt by nas dwóch już nie uspokoił. Dlatego nie zadzwoniłam do domu, również, by nie niepokoić swoich bliskich. Gdy byłam w łazience wybrałam numer przyjaciółki. Nic nie mówiłam, aż się zaniepokoiła, czy coś się nie stało.

- Dzwonię, by przez chwilę popłakać – powiedziałam.

To był kryzysowy moment, gdy wszystkie emocje, które się we mnie kumulowały, w końcu wyszły na zewnątrz. Zbierane w głowie obrazy codziennej nędzy, widok dziewczyn w moim wieku, a nawet młodszych, które stały pod murami, czekając na klientów. To rodzice wystawiali je na ulice.

Ten dzień był trudny, tyle skrajnych emocji. Zrobiłyśmy sobie wolne.

 

„Do zobaczenia, mój biedny Madagaskarze”

Do Polski wróciłam pod koniec sierpnia, w październiku rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Szczecińskim. Jako kierunek wybrałam italianistykę z elementami studiów nad chrześcijaństwem. Zapisałam się też na formację, właśnie wróciłam ze spotkania w Warszawie.

Bardzo chciałabym wrócić do Fianarantsoa. Gdy starałam się wytłumaczyć znajomym, jak jest na misji, mówiłam: „Znalazłam, znalazłam”. Wszyscy dopytywali, co znalazłam, a ja nie byłam w stanie im odpowiedzieć. Nie wiem, czy powołanie, czy swoje miejsce na ziemi, ale wiem, że nigdy nie byłam taka szczęśliwa, jak tam. Pierwszego, albo drugiego dnia, gdy wszystko poznawałam, szłam pod górkę, po kamieniach, i mówiłam sama do siebie: „Panie Boże, całe życie tego szukałam i w końcu znalazłam”. Mam wrażenie, że gdy opowiadam o tym ludziom, to krzywo na mnie patrzą. Myślą, że gadam jakieś głupoty, ale naprawdę czuję, że odnalazłam w tej biedzie coś bogatego, pięknego.

Bałam się, że nie będę potrafiła nazwać dzieci ze zdjęć, a dziś

bardzo, naprawdę bardzo za nimi tęsknię. Ale jest to rodzaj słodkiej tęsknoty. Nie czuję bólu, lecz ogrom wdzięczności, bo nigdy wcześniej nie byłam w swoim życiu tak szczęśliwa, jak tam. Nigdy wcześniej nie potrafiłam cieszyć się z tak drobnych rzeczy, nigdy wcześniej tak nie ufałam w boże prowadzenie i nigdy nie czułam takiego pokoju serca. W tym brudzie, nędzy i nieustającym wołaniu „nuona” – głodny - Bóg wylał tyle łask, że usta bez lęku w głosie mówią: „Do zobaczenia, mój biedny Madagaskarze”.

 

Wysłuchał: Grzegorz Racinowski

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/06/2024 13:19
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama