Pan Tadeusz, dla przyjaciół znany jest również ze swojej ksywki „Dwieście Dwadzieścia”. To zrozumiałe, zważywszy, że z prądem jest za pan brat od 1973 r. Spełniony przedsiębiorca, fachowiec, jak przystało na byłego żołnierza elitarnych czerwonych beretów, niezmiennie wzrusza się trzepotem biało-czerwonej. Efektem niezobowiązującej wizyty w naszej redakcji jest ten wywiad, który z przyjemnością wam przedstawiamy
Poniższy wywiad ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej 16 listopada 2021 r.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Skąd pan pochodzi?
- Z urodzenia jestem gorzowianinem. Po służbie wojskowej osiadłem w okolicach Pyrzyc. Pierwszą pracę wykonałem w Gryfinie zaraz po szkole, w 1978 r. Mieszkałem wtedy w Szczecinie, w hotelu robotniczym. Do Gryfina jeździł jeszcze pociąg z lokomotywą na węgiel. Tego samego roku, w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża [16 października 1978 r. – przyp. red.] miało miejsce wydarzenie, które mocno odcisnęło się na moim życiu.
EMZETKA
To znaczy?
- Straciłem ojca w wypadku… (tu nastąpiła dłuższa cisza). A tak się cieszył, że syn idzie do czerwonych beretów [potoczna nazwa żołnierzy elitarnych, polskich wojsk powietrznodesantowych – przyp. red.]. Powołanie otrzymałem chwilę wcześniej… Bardzo z tego się cieszyłem, w końcu nie każdy mógł do czerwonych beretów trafić.
Co to był za wypadek?
- Grałem wtedy w piłkę w lokalnych rozgrywkach. Wracaliśmy z mojego meczu, szliśmy razem z ojcem na przystanek autobusowy. Po 16.00 było już ciemno, gdy uderzyła w nas „emzetka” [MZ ETZ 250 – marka popularnego w czasach PRL motocykla – przyp. red.]. Gdy trafiliśmy do szpitala, lekarze na samym początku mówili, że to z tego młodego nic nie będzie. Bardziej oznaki życia dawał tato. Po trzech dniach stało się jednak to, co się stało.
Straszne, współczuję.
- Z datą moich urodzin, na 27 października miałem wystawiony bilet do wojska. Byłem rozdarty tym, co się stało. Biłem się z myślami, co robić… Brat przekonał mnie jednak, żeby nie rezygnować. Dwa lata, które spędziłem w desancie, wspominam bardzo miło, choć przez pierwszy rok tylko dwa razy byłem w domu. Młodych nie puszczali wtedy na przepustki. Po kursie w Krośnie, docelowo służyłem w kompanii specjalnej na Ku Słońcu w Szczecinie.
Czyli był pan regularnym komandosem.
- Nie patyczkowali się z nami. Pełniłem funkcję radiotelegrafisty. Do tej pory bliskie mojemu sercu są patriotyczne sprawy. Byłem w Warszawie 1 sierpnia na obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. To co przeżyłem, gdy w godzinę „W” zaczynają wyć syreny… aż ciarki przechodzą. Spotkałem się wtedy z innymi weteranami czerwonych beretów. W stolicy byłem również trzy lata temu, z okazji stulecia odzyskania niepodległości. Przywitałem się nawet wtedy z prezydentem.
TRZYDZIEŚCI TRZY
Zanim trafił pan do wojska, wspomniał o pierwszej pracy w Gryfinie. Co to było?
- Powstawała nasza przychodnia w centrum. Chodziło o wyposażenie jej w instalacje, osprzęt, lampy. Ostatecznie do Gryfina przeprowadziłem się w 1986 r. Pracowałem wtedy w Szczecińskim Przedsiębiorstwie Instalacji Sanitarnych i Elektrycznych. Byliśmy podwykonawcą dla SPBO 2, która to firma realizowała w Gryfinie duże zlecenie. W budynku elektrownianym, sponsorowanym przez Dolną Odrę, pewna liczba mieszkań przypadała dla podwykonawców. Każdemu mieszkań tą drogą nie dawano. Mnie się udało, mimo że nie należałem do żadnej organizacji. Tą wiodącą wiadomo, jaka była…
PCK (śmiech).
- W każdym razie nie byłem pewny, czy się uda. Troszkę wymogłem tę decyzję, akcentując dwójkę moich dzieci, które wtedy były już na świecie. Przyznano mi ten lokal.
W sumie to ciekawe, że mając taki, a nie inny fach, nie trafił pan do Gryfina przez elektrownię.
- To fakt. Nigdy nie pracowałem w elektrowni. Później, w czasach transformacji ustrojowej, wiele firm rozleciało się. Należało podjąć decyzję, co dalej. Założyłem więc własną działalność, którą prowadzę już trzydzieści trzy lata. Początek był masakrą…
Dlaczego?
- Brak zleceń, a opłaty, zusy - nie zusy trzeba było odprowadzać. Pewien znajomy zaproponował wtedy wyjazd za granicę. Nie bardzo chciałem jechać, ale po rozmowie z małżonką doszedłem do wniosku, że może człowiek dzięki temu się odbije. Słyszało się, że tam można zarobić.
SZWEDZKIE RUNO
O który kraj chodziło?
- Ja byłem akurat w Szwecji. To był początek lat 90. Wylądowałem na samej północy, w Kirunie. Po drugiej stronie granicy był już norweski Narwik. Byłem przekonany, że chodziło o jakąś budowę. Zabrałem nawet ze sobą podstawowe narzędzia. Dopiero na promie dowiedziałem się od znajomego, z którym jechałem, że to nie będzie żadna budowa, że jedziemy… tak sobie.
Super.
- Po przybyciu na miejsce powitał nas jakiś gościu z Nowogardu, oznajmiając: Szwecja jest wasza. Okazało się, że mamy zbierać jutron, owoce które rosną w lasach. Oniemiałem… W każdym razie to, co przeżyłem przez ten miesiąc w Szwecji, przerasta ludzką wyobraźnię. Muszki, komary, bagniste chaszcze… Trzeba było zakupić gumowce, peleryny, odpowiedni sprzęt. Na domiar złego trafiliśmy akurat na nieurodzajny rok. Małe wiadro zbierało się przez cały dzień. Zarobiłem raptem na pokrycie kosztów wyjazdu.
Wyjazd marzenie…
- Najgorsze było jednak to, jak się nasi rodacy potrafią zachowywać w obcym kraju. Kulminacją była ucieczka z jednego z miejsc noclegowych przez to, że jedna z grup Polaków okradła je. Spaliśmy w nocy w samochodzie. Ze strachu, że szwedzka policja nie będzie patyczkować się w szczegóły i zapuszkuje całą grupę, która w tym ośrodku przebywała. Coś okropnego. Po tym doświadczeniu powiedziałem sobie, że nigdy w życiu nie opuszczę kraju. Suchy chleb będę jadł, a nie pojadę (śmiech).
Dotrzymał pan słowa?
- Tak. Wcześniej owszem, zdarzały się zagraniczne kontrakty, ale w pełni legalne, z zapewnionym lokum i pewnym zarobkiem. Wszystko na papierze. Tą drogą pracowałem pod koniec lat 80. na budowie elektrowni Jänschwalde w Niemczech, czy na budowie dużego szpitala w Lipsku. Czasy były takie, że człowiek cieszył się z tych wyjazdów jak małe dziecko. U nas wtedy niczego nie było, a za walutę można było coś do domu przywieźć. Pamiętam, że w Lipsku dostawaliśmy po 1500 marek enerdowskich.
Lepiej się żyło wtedy czy teraz?
- Wtedy było radośniej… Ludzie byli bardziej otwarci. Wiedziało się, kto kim był w tamtych czasach. Czerwona strona była czerwoną, ale aż takich podziałów między ludźmi, takiej zawiści nie było. Moim przyjacielem był kiedyś rybak z Gryfina, Krzysztof „Dydek” Zieliński. Zabił go piorun. Mieliśmy odmienne zapatrywania na politykę. Nasze spory na tym tle bywały… wybuchowe. Nie przeszkadzało to nam być najlepszymi kumplami. Mieliśmy do siebie na tyle dużo szacunku, że adekwatnie do tego, czy wybory prezydenckie wygrywał Kwaśniewski, czy później Kaczyński, dzwoniliśmy do siebie, gratulując zwycięstwa temu, którego kandydat triumfował. Dzisiaj zacietrzewienie ludzi weszło chyba na nieznany wcześniej poziom.
To pokłosie internetu. Nie rozmawiamy ze sobą w realu. Wolimy nakręcać się w bezpiecznym zaciszu, przed monitorem. Kiedyś, jak ktoś przegiął w dyskusji, w knajpie dajmy na to, szybko mógł poznać ciężar gatunkowy swej zapiekłości. Gęba nie szklanka – zwykło się mawiać. Słowa ważyły więcej.
- Zgadzam się.
PÓŁ WIEKU
Za dwa lata stuknie pół wieku, odkąd działa pan w branży elektrycznej. Ma pan ambicje przywitać ten moment jako aktywny zawodowo elektryk?
- Oczywiście. Na emeryturze też nie zamierzam się od razu poddać i leżeć. To nie w moim stylu. Będę coś grzebał.
Postęp technologiczny, który w czasie pana kariery się dokonał, dotknął również tę profesję?
- Wręcz niewyobrażalnie. Mały przykład: w latach 80. powstawały na Górnym Tarasie „betonowce”. Do takiego 3-klatkowego budyneczku potrzebna była kotłownia. Rozdzielnia, która miała się w niej znaleźć ważyła tyle, że czterech pracowników nie mogło jej wnieść. Żeliwo ciężkie jak nie wiem…
A teraz?
- Teraz przychodzi jeden człowiek, pod pachą ma małą skrzyneczkę, która uruchamia całość i jest to tak samo skuteczne. Sprzęt jakościowo jest zdecydowanie lepszy. Ale prąd jest ten sam.
„Kopie” tak samo?
- (śmiech) Cały czas trzeba uważać.
Poznałem pana, gdy przyszedł pan do redakcji z ogłoszeniem, że zatrudni elektryków, że jest z tym problem. To dziwne w mieście, gdzie pod nosem jest jedna z największych w Polsce elektrowni.
- Ten problem mam już od dwóch lat. Jestem małą firmą, w porywach jest nas - góra - pięciu. Perspektywy na rynku są cały czas, natomiast znalezienie kogoś, kto podołałby tym pracom, graniczy z cudem. W ciągu dwóch miesięcy sprawdziłem dziesięciu kandydatów z ogłoszenia. Młodzi w wieku 22-30 lat. Zapewniali o swym doświadczeniu zawodowym. Po tym, jak zabierali się za robotę, od razu widziałem, że nie mieli styczności z tą materią. Gdy ktoś ma w ręku fach, to po prostu widać.
Z czego to wynika? Szkoły gorzej uczą?
- Niekoniecznie. Ci, z którymi miałem do czynienia, w ogóle nie mieli chyba styczności z zawodem. Fachowców po prostu brakuje.
Pan gdzie się nauczył się fachu?
- Ukończyłem szkołę zawodową w Stargardzie. Teorii trochę się więc znało, ale obowiązkowe były praktyki. Człowiek nie wychodził po szkole nieprzygotowany. Z podstawami byliśmy obeznani. Wiedziało się, jak wykuć w ścianie, jak przewód położyć, jak przybić, by nie rozwalić przy tym palucha. Zaraz po szkole rzucono mnie na głęboką wodę. SPBO 2 akurat budowało bazę, dostałem od brygadzisty projekty i trzeba było sobie radzić samemu. Wszystko trzeba było połączyć tak, żeby chodziło. I tak rok za rokiem, praktyka zrobiła swoje.
ELEKTRYKÓW GARSTKA
Musi mieć pan chyba dużo realizacji na koncie?
- Robiłem wszystko. Od sieci kablowych po oświetlenia ulic, jak choćby ul. Szczecińska w Stargardzie, Osiedle Przyjaźni w Szczecinie, prawie cały Górny Taras i masa innych realizacji.
Co jest najtrudniejsze w pracy elektryka?
- (długa cisza) Jak mam natłok zleceń. Nauczony doświadczeniem nie biorę ich już jednak więcej, niż dam radę przerobić. Raz jedyny wytknięto mi coś w latach 90., próbując - zresztą niesłusznie - zepchnąć na mnie odpowiedzialność za opóźnienie odbioru inwestycji. Nigdy więcej nie dałem się złapać na takim… wykroku. Niektórzy podchodzą do zleceń i widzą tylko pieniądze. Podejmują się wysiłku ponad miarę, a skutek może być tylko fatalny.
Dużo zleceń realizuje pan obecnie?
- Rocznie to około pięćdziesięciu mieszkań. Na taką liczbę znajdą się może ze dwie osoby, z którymi ciężko się rozmawia, bo czepiają się pierdółek, by zbić cenę, czy w ogóle nie zapłacić. 99 procent daje mi jednak odczuć swoją satysfakcję.
Z własnego doświadczenia wiem, że znalezienie dobrego elektryka w Gryfinie, to wcale nie taka oczywista sprawa. Można by pomyśleć, że w „elektrownianym mieście” powinno być na odwrót.
- Pozory. Elektryków w elektrowni jest tak naprawdę garstka. Z całym szacunkiem dla ich umiejętności, lecz oni nie do końca nadają się do instalacji mieszkaniowych. Nie mówię o wszystkich, ale nie raz poprawiałem po nich robotę.
Ciekawe…
- Bardzo widoczne stało się to, gdy zobowiązano inwestorów do zatrudnienia na budowach kierowników robót elektrycznych. Takich z uprawnieniami budowlanymi - elektrycznymi. Do niedawna bywało tak, że ktoś, kto robił hydraulikę, kładł też elektrykę… Czasami aż łapałem się za głowę, widząc te obwody. Przyznaję jednak, że jest też w Gryfinie kilku dobrych monterów. Gdy widzę, że to któryś z nich wykonał daną pracę, jestem praktycznie pewny, że to jest dobrze zrobione.
Długo czeka się na pana usługi?
- W Gryfinie staram się nie wchodzić chłopakom w drogę. Związałem się z generalnymi wykonawcami w Szczecinie. Siedzę na większych budowach: 50 lokali, 70 lokali. Miałem propozycje, żeby zająć się apartamentowcem nad morzem z 300 pokojami. Odmówiłem, bo to już nieco przekracza moje możliwości. Poza tym dojazdy… Mam już swoje lata (śmiech). Czasami wykonam komuś przysługę, gdy ktoś znajomy komuś mnie polecił, ale to też nie są sprawy do zrobienia od ręki. Inną sprawą jest, że czasami ludzie potrafili dzwonić z prośbą o wykręcenie żarówki…
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze