Maria Wilczyńska 26 lat temu uruchomiła niewielki sklep spożywczy przy ul. Wyspiańskiego w Gryfinie, który kilka lat temu przejął jej syn. Niestety, przegrywają nierówną walkę z wielkimi sieciami na ceny produktów, jak również walkę o pracowników. Wobec tego podjęli decyzję o zamknięciu swojego punktu. Reakcja jej stałych klientów była zaskakująca. Rodzina Wilczyńskich postanowiła zamknąć sklep z końcem lipca tego roku. Pewnie niewiele osób dowiedziałoby się o tym, gdyby nie fakt, że do okolicznych mieszkańców (ul. Wyspiańskiego, Reymonta, Sienkiewicza, Żeromskiego, Armii Krajowej i innych) dotarły żółte ulotki z odręcznie napisanym apelem zatytułowanym „Ratujmy najlepszy sklep osiedlowy w Gryfinie!!!”. Podpisali się pod nim pani Aneta i pan Kazimierz, tytułujący się jako sympatycy sklepu pani Marii
Rozmawiamy z Marią Wilczyńską, która założyła sklep przy ul. Wyspiańskiego 26 lat temu, a ostatnio pomaga go prowadzić synowi Krzysztofowi
Skąd decyzja o zamknięciu? Klienci przecież tutaj są, sam nim jestem to widzę.
M. Wilczyńska: Fakt, że na brak klientów nie możemy narzekać, ale finansowo nie wyrabiamy. Każdy chce zarabiać coraz więcej, również nasze pracownice, które są z nami od 15 lat. My również chcielibyśmy, aby je docenić i wynagrodzić. Wiadomo, że pensje będą rosły, bo zbliżamy się do pensji unijnych. Ale nie jesteśmy tego w stanie zapewnić. To, że są kolejki, to jednak jest za mało.
Co zrobić, aby takie drobne sklepy utrzymać przy życiu? Może rozwiązaniem jest podniesienie marży? Markety przecież nie zastąpią drobnych sklepów, trudno jechać po mąkę na obrzeża miasta.
- Nie zastąpią, ale my się z nimi też nie zrównamy ceną. Przy tych ilościach jakie one biorą, nie jesteśmy w stanie z nimi rywalizować. Do tego nie płacą podatków. A my z kim możemy negocjować na hurcie? Staramy się o najlepszy towar jakościowo, chcemy tym utrzymać klientów, ale wiadomo, że za jakością idzie też wyższa cena, a to nie wszystkim się podoba. My tutaj nigdy nie narzucaliśmy dużej marży, a jej podwyższenie uważam za złe rozwiązanie. Mamy wielu stałych klientów, czujemy się jak w jednej rodzinie, dlatego czasami marża jest wręcz minimalna.
Co przesądziło o podjęciu decyzji?
- Są duże koszty, żeby utrzymać pracowników, a sami przecież wszystkiego nie zdołamy poprowadzić. Syn i tak o godz. 1.00 w nocy wyjeżdża na hurt, a ostatnio, gdy jedna pracownica była na urlopie, musiał pomagać potem w sklepie do godz. 17.00. Gdy do tego nie ma zysków, to po prostu trudno wytrwać w tym biznesie. Ale proszę podkreślić, broń Boże nie narzekam na klientów, mamy dużą grupę ludzi, którzy u nas stale kupują. Dziękuję im za to.
Wolą pani sklep od marketów wielkich sieci?
- Fakt, że gdy są promocje w marketach to stali klienci też tam jadą, ale ja to rozumiem. Są więc dni, gdy kupują u nas tylko produkty, które nie udało im się nabyć w marketach. Zresztą w wielkich sklepach produkt mogą wziąć do ręki, przemyśleć, poczytać skład, a u nas niestety nie ma samoobsługi. Myśleliśmy, aby to zmienić, ale powierzchnia naszego sklepiku jest na to zbyt mała. Zresztą obecna forma ma swoje zalety. Stali klienci, panowie, przychodzą z karteczkami od żon i nic nie muszą mówić, a nasze dziewczyny wiedzą jakie produkty mają zapakować.
Który moment był przełomowy? Kiedy najbardziej odczuła pani odpływ klientów?
- Gdy na dole były Biedronki i Intermarche na Górnym Tarasie nie było tak źle. Ale przełomowym był chyba moment, gdy otworzyli Lidla, a do tego później Biedronkę przy ul. Asnyka. Odczuliśmy to.
Jak dowiedziała się pani o akcji państwa Anety i Kazimierza?
- Sąsiadka przyniosła mi tę kartkę. Byłam zaskoczona, byłam wzruszona. Znam tych ludzi, to sympatyczne małżeństwo, wspaniali ludzie. Podziękowałam im za to.
Decyzja jest ostateczna?
- Raczej tak… W lipcu i tak zamykamy na jakiś czas, bo musimy usunąć usterkę, którą od dawna planujemy naprawić. A co później?
Odczuwam cień nadziei na zmianę decyzji.
- Szanse na to są niewielkie. Raczej podjęliśmy ostateczną decyzję. Ale wiele, zwłaszcza starszych osób apeluje, aby jeszcze spróbować.
Ostatecznie będzie pani szukała najemców, którzy poprowadzą dalej ten sklep.
- Oczywiście. Jest to jakieś rozwiązanie, aby klienci dalej byli zadowoleni. Deklaruję, że takiej osobie służyłabym pomocą i doradztwem. Ale nam było trudno bez płacenia czynszu, więc co dopiero, gdyby ktoś nawet niewielki, ale ten czynsz musiał jeszcze zapłacić…
---
Rozmawiamy z panią Anetą i panem Kazimierzem. Sympatycznym małżeństwem mieszkającym przy ul. Letniej w Gryfinie, które zainicjowało akcję ratowania przed zamknięciem sklepu Marii Wilczyńskiej.
Skąd u pani zrodził się pomysł na zainicjowanie takiej akcji?
Aneta: Oboje jesteśmy patriotami szczególnie lokalnymi i każda informacja o likwidacji cennych placówek nas smuci. Ale od początku. Wybrałam się w sobotę na zakupy do sklepu pani Marii. Te urocze panie, które tam pracują poinformowały mnie, że sklep istnieje do końca lipca. Mąż od razu zadzwonił do pani Marii, która powiedziała, że wielkopowierzchniowe sklepy wypierają małych przedsiębiorców, ciężko utrzymać się na rynku przy rosnących kosztach utrzymania placówki, stąd taka decyzja
Kazimierz: Pani Marysia jest na tyle skromną osobą, że nie reklamuje się ze swoim sklepem, ani nie ma widocznego szyldu. Niezwykle sympatyczny jest też pan Krzysztof, zresztą jak cała rodzina i wszyscy pracownicy.
Aneta: Szybko wpadliśmy na akcję rozniesienia ulotek. Stwierdziliśmy, że skoro napiszemy ją odręcznie, a potem skserujemy na nietypowo żółtym papierze to będą rzucały się w oczy. W niedzielę rozniosłam 350 ulotek wśród mieszkańców w okolicy sklepu. Był to apel o wsparcie sklepu i kupowaniu większej ilości produktów. Apel o wspieranie naszego polskiego, lokalnego handlu.
No i tylko w takich sklepach kupimy produkty od lokalnych dostawców.
Aneta: Niestety, dużo osób na to nie patrzy. Każdy z nas ma możliwość wyboru, gdzie zrobi swoje zakupy, ale gdybyśmy byli uświadamiani, że powinniśmy dbać i wspierać naszych przedsiębiorców, gdybyśmy mieli większą świadomość, ile musza pracy włożyć w utrzymanie się na rynku, to myślę, że każdy by dołożył swoją cegiełkę w przetrwanie gryfińskich firm. To przecież te właśnie firmy zostawiają podatki w naszej gminie. Takich przedsiębiorców powinno się wspierać przy ogromnej konkurencji obcych kapitałów, które niejednokrotnie są zwalniane z podatków i wszelkich opłat. Wielkopowierzchniowe sklepy, które zalewają nasz rynek marnej jakości chińszczyzną, wielkopowierzchniowe sklepy spożywcze, które wyprowadzają nasze pieniądze za granicę.
Kazimierz: Cena nie zawsze powinna brać górę. Jakość jest ważna. Dużo osób błędnie myśli, że jak kupi coś taniej, to jest korzystne.
Rozumiem, że państwo staracie się kierować przesłankami patriotycznymi podczas zakupów?
Kazimierz: Pewnie. Mam nawet aplikację Pola w telefonie, która momentalnie wskazuje czy dany produkt jest Polski czy nie. Jesteśmy za tym, aby promować Polskie produkty.
Dużo osób uważa się za patriotów, ale wciąż te kilka złoty więcej w portfelu po zakupach przesądza o wyborze sklepu.
Kazimierz: Poza przesłankami patriotycznymi jest jeszcze aspekt jakości. U pani Marysi kupi pan świeże pomarańcze, a w markecie nieco tańsze, ale nie są one takie soczyste. Zresztą ona przyjmuje zamówienia na zakupy na telefon. Jak coś zamówię, to wiem, że będzie czekało. Który market tak robi? Liczymy na to, że pani Maria zmieni zdanie, być może coś zmodyfikuje w swoim sklepie. Wie pan, jest takie powiedzenie, żeby coś zmienić w swoim życiu, to trzeba coś zmienić w swoim życiu. Nie można robić tych samych rzeczy, a oczekiwać innych rezultatów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze