Wracamy do artykułu o niezwykle ciekawej propozycji na wypoczynek lub zorganizowanie imprezy, opublikowanego na łamach Gazety Gryfińskiej 10 kwietnia b.r.
Żaden dwór, żadna restauracja, to jest typowa agroturystyka – tak w skrócie określają swoją działalność Jarosław i Janina Kardaszowie. Właściciele coraz bardziej popularnego wśród gryfinian zakątka CHATA RACZKI, zlokalizowanego tuż za Starymi Brynkami, opowiedzieli nam o swojej pasji, którą ciężką pracą cierpliwie wdrażają w życie. Zaledwie 10 minut jazdy od Gryfina!
Tutaj wszystko powstało od zera?
- Samo karczowanie terenu zajęło nam dwa lata. Działkę kupiliśmy sześć lat temu, łącznie ponad 5 hektarów. Szukaliśmy niszy, agroturystyki z prawdziwego zdarzenia. Chcieliśmy pokazać ludziom, że takie miejsca istnieją. Żona nie chciała uwierzyć, że kiedyś będzie tu pięknie (śmiech).
- Chcemy przywrócić tu urok prawdziwej wsi, ze zwierzętami, przejażdżkami bryczką itd. Często odwiedzają nas dzieci z przedszkoli, podczas spotkań tematycznych, które organizujemy. Współpracujemy przy tym z naszym leśniczym. Pokazujemy dzieciom z bliska to, czego dzisiaj nie ma wśród codziennego pośpiechu np. jak sadzi się drzewa.
Paradoksalnie, w dzisiejszych czasach trudno spotkać na wsi zwierzęta.
- Więc właśnie. U nas pojawią się kury, kaczki, świnki, koza... zwłaszcza ze względu na dzieci, które często nas odwiedzają. Chcemy też sprowadzić konia. Najlepiej po przejściach, któremu udałoby się tym samym uratować przed trafieniem do rzeźni.
- Nasze dwa psy również trafiły tutaj ze schroniska.
Przed chatą widziałem też dzikie ptactwo pływające w jeziorku.
- Tak, zadomowiły się u nas łabędzie. Mamy też całe rodziny dzikich kaczek i gęsi.
- Wieczorami przychodzą dziki, jelenie, sarny…
BLISKO MIASTA, WŚRÓD NATURY
Jesteście bardzo blisko cywilizacji, a jednak sam zakątek ma fajny, dyskretny posmak kontaktu z naturą.
- Taki teren był moim marzeniem. Pracując w centrum Szczecina, w ciągu zaledwie 25 minut jestem tutaj. Z kolei do Gryfina mamy tylko 9 km. Można powiedzieć, że żyjemy tak pośrodku.
Dla kogoś, kto trafił tu pierwszy raz urzekające jest zróżnicowanie: pagórki, pola, las, jezioro. Kontakt z naturą od pierwszego wejrzenia.
- I błotko (śmiech).
- Teren wymagający, ale dzięki temu ma swój niepowtarzalny urok.
W tych stawach są ryby?
- Liny, szczupaki, karasie…
- Wędkarze będą zaskoczeni. Niektórzy przyjeżdżają tu posiedzieć z wędką nawet z Klucza.
Nastawiacie się bardziej na imprezy okolicznościowe, czy raczej na gości, którzy chcą uciec przed codziennością?
- Nie warunkujemy tego. Chcemy, by przyjeżdżały do nas rodziny z dziećmi i żeby te dzieci się nie nudziły. Zapewniamy im profesjonalną opiekę i mnóstwo ciekawych zajęć, o jakie trudno w mieście. W razie czego czeka na dzieci dmuchany zamek, czy modny ostatnio basen z kulkami. W międzyczasie rodzice mogą np. pójść w sezonie sami na grzyby, na spacer do lasu, odetchnąć. Co do zasady - jakoś szczególnie o cywilizacyjne zdobycze nie będziemy tutaj zabiegać.
DOMOWY KOMPOT ZAMIAST COLI
Wszędzie wi-fi (śmiech).
- No właśnie, raczej niekoniecznie (śmiech). Rekultywujemy nieużywane od 30 lat pole, by za dwa lata móc organizować typowe żniwa kosą i sierpem – jak za dawnych czasów! Myślę, że dla wielu osób starszych i młodszych będzie to naprawdę coś wyjątkowego.
- Przy okazji można też do nas zadzwonić z dnia na dzień, zapytać się, co danego dnia serwujemy i przyjechać tak „z doskoku”. Można u nas naprawdę dobrze zjeść.
Skąd u Państwa taki ukłon w stronę ziemi, tradycji? Sami przecież nie jesteście rolnikami?
- To było w naszej rodzinie. Część naszej rodziny pochodzi z Białegostoku, nadal mamy tam kawałek ziemi, który jest uprawiany. Zamiłowanie zostało. W odróżnieniu od wielkopowierzchniowych, nowoczesnych gospodarstw, tam uprawy jeszcze przebiegają bardziej tradycyjnie, bardziej jak w latach 60. – kółka rolnicze, kombajny Bizon, snopowiązałki itp.
Czy te stare z dzisiejszej perspektywy rozwiązania z kimś konsultujecie?
- Nie. Przede wszystkim to efekt naszej pasji i, co tu dużo mówić, tradycji właśnie. Na nasze żniwa będziemy zapraszać chętnych, którzy osobiście będą mogli przypomnieć sobie albo nauczyć się, jak kiedyś się kosiło kosą, jak wiąże się snopek. Wszystko z prawdziwego zdarzenia.
- Na organizowanych przez nas imprezach pieczemy własny chleb, robimy własne wędliny, mięso solone dawnymi metodami, słoninę, smalec. W sklepach za takie tradycyjne produkty trzeba teraz słono zapłacić. My robimy to sami. Dzieci piją domową lemoniadę, a nie coca -colę. Obiady są tradycyjne, pieczone mięsa, kluski, pierogi, pyszne zupy. Ma być swojsko.
Pizzy nie będzie (śmiech)?
- Nie, nie, nie, nie (śmiech).
- Menu jest oczywiście konsultowane, ale nawet podczas zamawianych imprez staramy się nie serwować jakichś wyszukanych potraw. Żadnych kremów z krewetek czy homarów. To jest agroturystyka – chłopska, wiejska chata (śmiech). Na szczęście, poza jednym wyjątkiem, wszyscy wręcz domagają się właśnie takiego prostego, tradycyjnego podejścia.
- Rosół z prawdziwej kury, żur, pieczone mięsa, schabowe, domowy kompot… Swoje przyprawy i zioła kupuję na targu w Białymstoku. Wszystko naturalne, bez glutaminianu sodu.
50 LETNIKÓW
Ile osób może się u Was zatrzymać?
- W tej chwili udostępniamy dwa komfortowe pokoje dla gości. Docelowo, jeszcze w tym roku, będzie ich pięć, z czego jeden będzie dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. Wszystkie pokoje będą z własną łazienką.
- Imprezy okolicznościowe, które już organizowaliśmy liczyły do 50 osób.
Jest bardzo przestrzennie, wygląda na to, że z łatwością weszłaby i setka gości.
- (śmiech) Nie chcemy robić czegoś po „hotelowemu”, upychać gości i niech siedzą w ścisku.
- Nasi goście, czy jak się dawniej mawiało „letnicy” mają się tu czuć swobodnie. Imieniny czy urodziny organizowane w bloku dla całej rodziny, mogą być kłopotliwe. U nas można wynająć pokoje, zjeść, pobawić się według własnych potrzeb i inwencji. Wszystko jest do dyspozycji gości, łącznie z kuchnią i lodówką. Nie ma żadnych ograniczeń. Goście płacą tylko za pobyt.
Jak kształtują się ceny?
- Dorosła osoba za nocleg ze śniadaniem, w zależności od długości pobytu, zapłaci 35-40 zł. Wiadomo, im dłużej, tym taniej.
- Obiady są oddzielną kwestią, w zależności od życzenia zamawiającego.
- Za dzieci rodzice płacą połowę stawki, a te do 3. roku życia gościmy bezpłatnie (śmiech). W razie potrzeby mamy do dyspozycji dodatkowe łóżeczka. Ewentualne dostawka nie jest żadnym problemem.
Jak zatem z dostępnością? Trzeba rezerwować wcześniej?
- Weekendy do końca września są już zajęte. W tygodniu mamy jeszcze wolne dni, więc warto się dopytać, bo może coś jeszcze uda się załatwić. W wakacje, w tygodniu można się jeszcze u nas zatrzymać.
- Mamy gości, którzy już na zapas rezerwują pobyt, niektórzy z Poznania czy nawet Białegostoku. Zawsze można też przyjechać do nas bez noclegu i w fajny sposób spędzić tu cały dzień.
- Planujemy dalszy rozwój, myślimy o osobnych domkach letniskowych dla tych, którzy wolą większego odosobnienia, ale to dopiero za jakiś czas.
Wasza działalność ożywia okolicę. Jak reagują sąsiedzi?
- Mamy super sąsiadów, są naprawdę wspaniali.
- Chcemy zmienić trochę wizerunek po PGR’owskiej wsi, pokazać Stare Brynki i Raczki z dobrej strony. Może uda się nam razem z gośćmi wypromować jakąś regionalną potrawę, którą będziemy u siebie serwować? Może czytelnicy Gazety Gryfińskiej coś podpowiedzą?
- Organizujemy też 16 czerwca mecz Stare Czarnowo – Chata Raczki. Będą sportowe emocje, będzie poczęstunek, ognisko. Dobra okazją, żeby wpaść, rozerwać się, zobaczyć jak to u nas wygląda.
Jaką drogą najlepiej kontaktować się z Wami?
- To jest nasz dom, jesteśmy tu cały czas. Chyba że akurat jedziemy po wnuczkę, ale wtedy też zawsze ktoś tu jest. Można też śledzić nasz profil facebookowy: chata.raczki
Nie męczy Was, że na dobrą sprawę co weekend jesteście „na imprezie”? (śmiech)
- Trochę już tego było to fakt, ale praca z ludźmi sprawia nam przyjemność.
- Odpoczywamy w tygodniu (śmiech).
Adres: Raczki / Stare Brynki 70-107
tel. 602 519 115
---
Artykuł sponsorowany
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze