Reklama

Pomóżmy rodzinie z Borzymka

Rodzina Pani Agnieszki potrzebuje pomocy. Wszyscy możemy się w to włączyć.

Artykuł, który ukazał się we wtorkowym wydaniu Gazety Gryfińskiej, spowodował wyjątkowe poruszenie lokalnej społeczności. Przypomnijmy, rodzina Pani Agnieszki żyje wraz z szóstką swoich dzieci w wyjątkowo ciężkich warunkach, dodatkowo musi borykać się z przemocą jednego z domowników. Od czasu publikacji, do naszej redakcji zgłaszają się osoby chętne udzielić pomocy kobiecie i jej dzieciom. Jako że, nie zaznaczyliśmy w tekście w jakim wieku są dzieci Pani Agnieszki, robimy to teraz. W domu mieszka trzech chłopców w wieku 6 miesięcy, 8 i 9 lat oraz trzy dziewczynki 5, 10, 11-letnia. Każda pomoc się przyda, jednakże rodzina najbardziej potrzebuje przygotować się solidnie do zimy. Zorganizowanie opału, długoterminowej żywności (w domu nie ma lodówki) oraz ubrań jest jak najbardziej wskazane. Nie zapominajmy także o potrzebach dzieci. Pomoce dydaktyczne, zabawki i książki także będą dla nich doskonałym darem. Osoby, które chciałyby pomóc, mogą się zgłaszać bezpośrednio do naszej redakcji, wszystkie dary przekażemy rodzinie w najbliższym czasie.


Poniżej publikujemy całą treść artykułu, który ukazał się w Gazecie Gryfińskiej.


"Albo ja go zabiję, albo on mnie"

Fatalna droga dojazdowa, urągające człowieczeństwu warunki mieszkaniowe oraz ciągłe zagrożenie życia swojego i sześciorga jej dzieci. Tak wygląda codzienność jednej z mieszkanek Borzymka

 

Agnieszkę Krawiec - Kuballek odwiedzamy w jej obecnym miejscu zamieszkania. Aby tego dokonać musieliśmy pokonać jedną z najgorzej utrzymanych dróg dojazdowych w naszej gminie. W pierwszej kolejności pytamy ją właśnie o to.

- Latem po prostu chodzimy na piechotę do Dołgich, aby tam wsiąść do autobusu. Zimą, gdy spadnie śnieg, praktycznie nie jest to możliwe – opowiada pani Agnieszka.

Reklama

Fatalny stan drogi powoduje, że po opadach śniegu nie sposób korzystać z tej drogi. Autobus, który zabiera dzieci do szkoły nie dojeżdża wtedy do Borzymka. Praktycznie eliminuje to możliwość kontynuowania nauki przez dzieci.

- Wszystko, czego się nauczą, tracą w sezonie zimowym przez nieuczęszczanie na zajęcia. Ale czasami po prostu nie ma możliwości, aby dojechać do szkoły – tłumaczy p. Agnieszka.

Efektem tego jest ciągłe powtarzanie klas przez dzieci, które nie są później w stanie nadrobić zaległości. Dzieci są tak naprawdę skazane same na siebie. W okolicy nie ma rówieśników, nie ma placów zabaw ani innych miejsc, gdzie mogłyby się normalnie rozwijać.

Reklama

- Skakanie po drzewach i szukanie grzybów. Co innego mogą robić w tym miejscu? – tłumaczy p. Agnieszka.

Najgorzej przetrwać jest ujemne temperatury. Woda bieżąca pobierana jest ze studni, zaś toaleta ulokowana jest na zewnątrz. Agnieszka jakoś to znosi, pomimo tego że zimą siedzi się praktycznie na lodzie. Jednak jak mówi, dzieci często muszą później swoje odchorować. Jedyny piec, który znajduje się w domu, został w ubiegłym roku naprawiony przez nadleśnictwo, jest opalany drewnem. Kuchnia, na której przygotowywane są potrawy oraz grzana woda, także opalana jest drewnem, które Agnieszka musi sama przynieść, przygotować i porąbać, co w przypadku dodatkowej opieki nad dziećmi stanowi wyjątkowe obciążenie.

Reklama

- Byłam już w bardzo zaawansowanej ciąży, jednak nie było zmiłuj. Dzieci musiały się ogrzać – opowiada.

Trzecią zimę zostaje już sama.

Przemoc niszczy rodzinę

Wcześniej mieszkała w Rożnowie ze swoją matką. Gdy poznała swojego przyszłego męża, wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Zamieszkali wspólnie w Borzymku, w mieszkaniu po ojcu partnera i od tej pory zaczęła się jej gehenna. Mąż pił coraz więcej i zaczęła się przemoc. Jak sama zaznacza, nie były to zwykłe, rodzinne sprzeczki.

- Mąż potrafił mnie i dzieci wielokrotnie bić. Często uciekaliśmy z domu do jedynych w okolicy sąsiadów, gdzie spędzaliśmy noc, zanim mu nie przeszło – opowiada skrzywdzona kobieta.

Reklama

Mąż miał już zakaz zbliżania się do rodziny, jednak jak mówi Agnieszka nie uszanował wyroku sądu. Uważa bowiem, że mieszkanie należy do niego i nie ma zamiaru podporządkować się żadnemu nakazowi. Gdy poszkodowana kobieta zgłaszała ten stan rzeczy, to zanim na miejscu pojawiła się policja, agresora nie było już w domu.

- Na interwencję policja jechała do nas ponad dwie godziny. Przez ten czas mąż zdążył już uciec do lasu – opowiada Agnieszka.

Niestety, zaraz po wyjeździe mundurowych wracał i robił jeszcze gorsze awantury. Oczywiście zdarzały się sytuacje, że policjanci trafili na jego obecność w domu. Trafiał wtedy do aresztu, jednak po jego opuszczeniu wracał i gehenna rozpoczynała się na nowo. Taka sytuacja utrzymuje się już od 12 lat. Specyfika tego miejsca powoduje, że partner Agnieszki czuje się bezkarnie. Najstarsze z dzieci rozumieją już, co się dzieje i są świadome tego, jak skrajnie niebezpieczna sytuacja wytworzyła się w ich domu.

Reklama

- Po prostu nie chcą już takiego taty. Nie chcą z nim mieszkać, chcą się czuć bezpiecznie– mówi ich matka.

Widzą jak funkcjonują inne dzieci w szkole i powoli to zaczyna bardzo źle wpływać na ich psychikę. Agnieszka zastanawia się co zrobi, jeśli podczas jednego z takich ataków w okolicy nie będzie sąsiadów. Nie będzie w stanie przeżyć nocy w lesie z sześciorgiem dzieci.

- Zanim ktokolwiek zareaguje, mąż w swoim szaleństwie może zdążyć mnie zabić, zakopać i spokojnie oddalić się z tego miejsca – tłumaczy zrozpaczona kobieta.

Reklama

 

Zagrożenie jest duże, wyjścia nie ma

Czy groźby, które obecnie są kierowane do rodziny, są realne do spełnienia? Pani Agnieszka mówi, że jak najbardziej.

- Po tym wszystkim co zrobiłam, czyli zebrałam się na odwagę i dzięki pracownikom OPS-u przerwałam milczenie, uważam, że jest on w stanie zrobić wszystko – mówi.

Potwierdza to także Justyna Bągorska, zatrudniona przez gryfiński OPS terapeuta rodzinny, która od jakiegoś czasu współpracuje z rodziną Kuballków.

- Mąż przez całe życie stosował wobec tej rodziny przemoc. Jest bez skrupułów, nadużywa alkoholu i ma rozwinięty syndrom Otella, czyli jest wtedy chorobliwie zazdrosny, ma także stany paranoidalne. To wszystko pokazuje, że zagrożenie dla rodziny jest jak najbardziej realne – tłumaczy J. Bągorska.

Reklama

Gdy odpowiednie instytucje wkraczały, przez moment była cisza, ale i tak nie był on w stanie długo wytrzymać i po jakimś czasie zaczynał być coraz bardziej nieznośny. To, że Agnieszka zaczęła mówić, a ośrodek i policja interesowały się tą sprawą, spowodowało, że agresja ciągle w nim narastała. Za zaistniałą sytuację zaczął obwiniać wszystkich i wszystko wokół siebie, a jako że w pobliżu była tylko ona i dzieci, to na nich skupiała się cała nienawiść do świata. Każdy racjonalnie myślący człowiek uciekłby z tego miejsca, jednak, jak mówi J. Bągorska, w takich przypadkach nie jest to takie łatwe.

- Tak wygląda cały proces ofiary i sprawcy. Myśli się o dzieciach, jest gdzieś nadzieja, że mąż się zmieni – tłumaczy.

Reklama

Agnieszka chciałaby podjąć pracę, normalnie funkcjonować i takie plany także były. Jednak pojawiło się nowe dziecko. To również bardzo delikatny temat. Bardzo trudno jest jej o tym mówić.

- Często zarzuca mi się, że jestem sama sobie winna. Po co mi było tyle dzieci? Takie zadają pytania – opowiada.

Prawda okazuje się jednak o wiele bardzie przerażająca. Najmłodsze z dzieci, które są tak kochane przez swoją matkę, zostały poczęte tak naprawdę bez jej zgody. Pijany i zazdrosny mężczyzna po prostu robił swoje, nie pytając kobiety o zdanie. Co gorsza, ze względu na swój stan zdrowia nie może ona przyjmować środków antykoncepcyjnych.

Reklama

- Kiedyś dojdzie tu do tragedii. Nie wiem, czy ktoś zdaje sobie z tego sprawę. Albo ja go zabiję, albo on mnie. Nie widzę innego wyjścia – mówi Agnieszka


Potrzebne jest mieszkanie

Jak przeciwdziałać takim sytuacjom? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Justyna Bągorska uważa, że niezbędne są zmiany w prawie.

- Wyroki, które zapadają są za niskie. Policja i sądy powinny brać to pod uwagę. Tak samo jak sytuację materialną i mieszkaniową ofiar – tłumaczy terapeutka.

Według przedstawionych dokumentów kobieta znajduje się w lokalu nielegalnie. Już w październiku ubiegłego roku otrzymała wyrok, na podstawie którego powinna opuścić lokal, którego właścicielem jest nadleśnictwo. Sąd zobowiązał także gminę do znalezienia jej mieszkania socjalnego, niestety do tej pory, pomimo wielokrotnych prób, nie udało jej się takiego uzyskać.

Reklama

- Cieszyliśmy się z otrzymania wyroku, ale szybko euforia zmieniła się w żal i bezsilność – opowiada nasz rozmówczyni.

Duży metraż lokalu powoduje, że miejsce w kolejce na mieszkanie socjalne jest wyjątkowo odległe. Jednak tak naprawdę przeważająca część budynku i tak nie nadaje się do zamieszkania. Okazało się, że pomimo panujących w mieszkaniu warunków, pani Agnieszka jest dopiero 37 na liście oczekujących.

- W praktyce oznacza to, że nie dostanę takiego lokalu nigdy. Idzie kolejna zima i jestem tym załamana – mówi p. Agnieszka.

Ośrodek Pomocy Społecznej nie może nic zrobić w tej sprawie ani jej przyspieszyć. Może wspomagać rodzinę przy zakupie sprzętu AGD, ogrzewania, jednak to gmina decyduje o przyznaniu mieszkania socjalnego.

- Nie było tu nigdy burmistrza, nikogo z komisji mieszkaniowej. Niech przyjadą i stwierdzą, czy chcieliby w tym miejscu spędzić zimę – mówi Agnieszka

Mieszkanie, jak sama mówi, pozwoliłoby uciec jej od tej sytuacji, ciągłej przemocy i strachu. W sprawie uzyskania mieszkania z gminy zwróciliśmy się do wydziału gospodarki komunalnej i ochrony środowiska w UMiG. Odpowiedź mamy otrzymać drogą elektroniczną.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama