Piłkarską sztafetę pokoleń zaobserwować można również w GLHA. Na przełomie roku, do grona „ojców i synów”, którzy zagrali razem w gryfińskiej halówce, dołączyli Robert i Patryk Olszewscy
Trudno było namówić ojca do powrotu na boisko?
P. Olszewski: Obiecał mi to, gdy byłem dzieckiem, więc nie miał wyjścia (śmiech).
Czyli pamiętasz czasy, gdy Robert Olszewski wygrywał GLHA?
- Oczywiście, że pamiętam. Tata to był kocur, jakich mało. To weteran rozgrywek, niejednokrotnie wygrywał je ze Sternikiem. Ich kapela była nie do pokonania.
Teraz sobie przypominam, że zabierał ciebie na mecze. W przerwie wychodziłeś na parkiet i kopałeś do bramki.
- Brał mnie ze sobą w każdą niedzielę i wspierałem go z ławki. Od małego fascynowałem się piłką halową. W mojej kategorii wiekowej zdobywałem mnóstwo statuetek dla najlepszego zawodnika na turniejach futsalowych. Pewnego dnia tata powiedział że gdy podrosnę, to zagramy razem w GLHA. Właśnie w tym sezonie zacząłem brać udział w „gryfińskiej halówce”, więc przypomniałem tacie, co obiecał mi za młodego. Od razu się zgodził i postanowił spełnić jedno z moich młodzieńczych marzeń.
Jak wypadł po tylu latach? Nadążał za synem?
- Odpowiem tylko, że za mną rzadko kto nadąża (śmiech). Ale tata dawał radę. To nie jest tak, że się nie ruszał przez osiem lat. Cały czas jest aktywny, aktualnie trenuje boks, a to sport, który wymaga bardzo dobrej kondycji. Dlatego w halówce też daje radę. To jak z jazdą na rowerze. Żałuję tylko jednego.
Pełna rozmowa znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze