Reklama

W Paryżu rozpoczeły się właśnie Igrzyska Olimpijskie 2024. Z tego względu przedstawiamy wspomnienia Michała Bieńka, skoczka wzwyż z Gryfina, który szesnaście lat temu w Pekinie miał zaszczyt reprezentować nasz kraj na Igrzyskach Olimpijskich.

Moją historię olimpijską należy rozpocząć od 2004 roku, gdyż właśnie wtedy miał nastąpić mój debiut na imprezie. Miałem 20.lat i wywalczyłem minimum B na Igrzyska w Atenach, lecz nie udało mi się ostatecznie wystąpić w stolicy Grecji. Miałem wówczas problemy z powierzchniami stawowymi, wynikające ze zbyt dużej ilości oddanych skoków w ciągu roku.

W efekcie tego, na mityngu we Wrocławiu nabawiłem się kontuzji, która wykluczyła mnie z najważniejszego startu. Byłem załamany, ale wiedziałem, że jestem młody i kiedyś uda mi się pojechać na igrzyska.

Reklama

Moje marzenie spełniło się już cztery lata później w Pekinie. Start w Chinach poprzedził wyjazd do Japonii, na dwutygodniowy obóz aklimatyzacyjny. Z tego względu ominęła mnie Ceremonia Otwarcia, którą razem z częścią lekkoatletów obejrzeliśmy w telewizji. Czy żałuję, że nie mogłem w niej uczestniczyć? Na początku trochę tak, bo jest to jeden z ważniejszych momentów imprezy.

Potem porozmawiałem jednak z Przemkiem Czerwińskim, tyczkarzem z MKL-u Szczecin, który powiedział, że to straszna… nuda (śmiech). W telewizji wygląda to okazale, ale uczestnicy mają zupełnie inne odczucia. Najpierw przez długi czas idą, potem cały czas bezczynnie stoją, by przez chwilę obserwować kilka przemówień oraz zapalenie znicza.

Reklama

Powtarzało to zresztą wiele osób, mówiąc, że Ceremonia Otwarcia to nic innego niż trzy godziny stania, co mija się z celem, bo człowiek jest potem zmęczony przed startem. Inaczej sprawy wyglądają w przypadku Ceremonii Zakończenia zawodów, w której udało mi się uczestniczyć. Nie tylko trwa krótko, ale ma inny wymiar. Każdy zawodnik jest już po starcie i może się rozluźnić. Są tańce, fajerwerki, występy, a wszyscy olimpijczycy pojawiają się na stadionie w bardziej luźny sposób, bez podziału na kraje.

 

Reklama

Messi na balkonie i Bryant zajadający McDonald’s

Najważniejszym miejscem dla olimpijczyka jest oczywiście wioska olimpijska, w której to spędza najwięcej czasu przed zawodami. W Pekinie miejsce to stanowiły 42 bloki mieszkalne, każdy po cztery piętra. Zostaliśmy zakwaterowani obok reprezentacji Portugali oraz Argentyny, przez co na każdym kroku wpadaliśmy na piłkarzy nożnych.

Pamiętam, że w pobliży nas, na balkonie wylegiwał się Lionel Messi, który już wtedy był wielką gwiazdą Barcelony. Igrzyska Olimpijskie to zresztą rewelacyjna sprawa, jeśli chodzi o obcowanie z wybitnymi, znanymi z telewizji Mistrzami Świata i Europy z różnych konkurencjach. W Pekinie wszyscy mieli wspólną stołówkę, więc można było zjeść razem posiłek, porozmawiać, poobserwować. Dzięki temu często można było spotkać koszykarzy z NBA. Pamiętam, że któregoś razu niedaleko mnie Koby Bryant jadł jakiś zestaw McDonalds’a. To zresztą zabawna historia, bo wraz z trwaniem igrzysk okazało się, że koszykarze Stanów Zjednoczonych wszystkie śniadania jedli właśnie a McDonalds (śmiech). Fajnie wyglądało to z boku i wiele osób śmiało się z ich przyzwyczajeń.

Reklama

Największą gwiazdą igrzysk w Pekinie był bez wątpienia Usain Bolt, który zdobył wtedy trzy złote medale, bijąc rekordy świata na 100 i 200 metrów. Nie widywałem go w wiosce olimpijskiej, ale za to często migał mi gdzieś podczas rozgrzewki na stadionie. Pamiętam go za to z Mistrzostw Świata Juniorów w Kingston w 2002 roku.

Choć miał dopiero szesnaście lat, wygrał wyścig na 200 metrów i już wtedy uważany był za gwiazdę. Bardzo przyjemnie było oglądać zawodnika, który kilka lat później stał się jedną z najważniejszych postaci w całej historii sportu. 

Reklama

Samo życie w wiosce olimpijskiej biegło powoli. Zamieszkałem w pokoju z Przemkiem Czerwińskim, a na naszym piętrze znajdowali się choćby Tomek Majewski i Piotr Małachowski. Trzymaliśmy się przede wszystkim we własnym gronie. Razem spędzaliśmy czas i chodziliśmy na treningi. W Pekinie wszystko przygotowane zostało na najwyższym poziomie.

Nikt z nas nie miał żadnych zastrzeżeń, jeśli chodzi o posiłki i przygotowania. Jedynym minusem były dla nas… sprzątaczki, które pukały do pokoi o 7.00 i budziły nas głośnym „cleaning room”. Nie było to nam na rękę, bo zwykle spaliśmy co najmniej do 10.00, potem szliśmy na śniadanie i na trening.

Reklama

 Najgorsze, że nie reagowały na sugestie. Mimo, że na drzwiach pojawiały się kartki o tym, by nas nie budzić przed 10, one i tak pukały, bo np. musiały z samego rana wymienić ręczniki (śmiech).

 

Forma przyszła zbyt późno

Start na Igrzyskach Olimpijskich jest największym wyróżnieniem dla zawodnika. Igrzyska różnią się bowiem od Mistrzostw Europy czy Świata pod względem rozmachu, prestiżu. Przyjeżdżają tam nie tylko lekkoatleci, ale też wioślarze, kajakarze, zapaśnicy, bokserzy, pływacy i wielu innych.

Reklama

Swój występ uważam niestety za bardzo nieudany. Miałem za sobą dobry sezon i mogłem liczyć na sporo, w tym nawet na medal. Nie jechałem jednak z taką myślą, gdyż skok wzwyż jest specyficzny. Wielką rolę odgrywają w nim eliminacje, które wbrew pozorom przebrnąć jest bardzo trudno, bo wszyscy prezentują równy, wysoki poziom. W czasie eliminacji pokonałem tylko 2,20 metrów i odpadłem z dalszej rywalizacji. W finale zabrakło też Mistrza Świata, Donalda Thomasa z Bahamów, co tylko potwierdza moje słowa.

Byłem tym załamanym, ale wyszło jak wyszło. Po latach człowiek zapomina ból i cieszy się samym startem na tak wielkiej imprezie. Pozostaje jednak niedosyt. Nie chcę zrzucać na nikogo winy, ale uważam, że lepiej poszłoby mi, gdyby do Pekinu pojechał ze mną mój trener, Bogumił Mańka (W jednym z wywiadów powiedział, że gdyby działacze zamiast bandy trenerów-pijaków wysłali do Pekinu jego, Bieniek do Polski wróciłby ze srebrnym medalem – przyp. red.).

Reklama

Znał mnie kupę lat i mógłby na pewno podpowiedzieć wiele rzeczy już na miejscu w Pekinie. W Chinach opiekował się mną trener Bura, który nie znał mnie tak dobrze. Nie wiedział jak trenuję. Pan Mańka na pewno inaczej podpowiedziałby mi w czasie eliminacji, czy mam bliżej, czy dalej, jeśli chodzi o odbicie. Byłem wtedy już doświadczonym skoczkiem, ale brakowało mi mojego własnego szkoleniowca. Niedosyt jest tym większy, że forma przyszła niecałe dwa tygodnie później.

Wróciłem do Polski i w Szczecinie, na mityngu Pedros Cup, wygrałem z wynikiem 2,30 metrów, wyprzedzając m.in. Germaine Masona z Wielkiej Brytanii, który w Pekinie zdobył srebrny medal. Kilka dni później z kolei, w Zamościu, pokonałem poprzeczkę na wysokości 2,35 metrów. Forma przyszła za późno.

Reklama

 

Imprezy w wiosce olimpijskiej

Mimo niepowodzenia na skoczni, uważam Igrzyska w Pekinie za jedno z największych osiągnięć w swojej karierze. Poznałem tam bowiem wielu ludzi, mogłem z bliska zobaczyć najwybitniejszych sportowców naszego globu i ich przyzwyczajenia. Mogę przyznać, że to prawda, co mówi się o imprezach w wiosce olimpijskiej.

Bawią się wszyscy, choć nie każdy w taki sam sposób. Trudno się temu dziwić. Po wielu, trudnych treningach można pozwolić sobie na więcej. Wielu olimpijczyków balowało więc do samego rana, w tym Tomek Majewski i Piotrek Małachowski, którzy zdobyli medale. Ale to normalne. Gdybym sam zdobył medal też bym się tak bawił (śmiech). Oczywiście IO to też czas na zwiedzenie zabyrkóq obcej kultury. Najbardziej w pamięci utkwiła mi wycieczka na Mur Chiński.

Reklama

Po drodze spotkaliśmy mnicha, który szedł boso, cały czas się przy tym modląc. Nie do opisania jest to, jakie wrażenie widok ten zrobił na wszystkich. Uwieczniliśmy te momenty na zdjęciach. Nigdy nie zapomnę tamtych wydarzeń, choć z biegiem czasu sport zszedł na dalszy plan. Teraz najważniejsza jest moja rodzina i praca. Moja kariera jest tylko miłym wspomnieniem.

 

Wysłuchał: Grzegorz Racinowski

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/06/2026 16:34
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama