Piłkarze Iskry Banie mieli dosyć przegrywania. Dlatego spięli pośladki i nie odpuścili, gdy na pół godziny przed końcem meczu z Kłosem Pełczyce mieli trzy bramki do nadrobienia
- To był bardzo dziwny mecz - oceniał po ostatnim gwizdku Marcin Kochanowski.
Trener Iskry Banie marzył o przełamaniu tragicznej serii. Jego zespół, po raz ostatni wygrał 7 września. Od tamtego momentu minęło osiem kolejek, podczas których beniaminek okręgówki zdobył zaledwie dwa punkty, z lidera stając się zespołem dołu tabeli.
- Chcieliśmy wygrać w Pełczycach, ale na początku graliśmy bardzo słabo w obronie. Nie potrafiliśmy odciąć środkowych pomocników, którzy wchodzili w nasze pole karne i łatwo traciliśmy bramki - ocenił trener.
Zrozumienie tego, gdzie jest popełniany błąd, zajęło Iskrze godzinę. W tym czasie Kłos strzelił cztery gole. Drużyna z Bań odpowiedziała zaledwie jednym.
- Wtedy mecz diametralnie się zmienił. Impuls dał Kamil Karbowski, który strzelił na 2:4 w 65 minucie. Gdy Patryk Sikorski trafił na 3:4, wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko. Mieliśmy jeszcze dwanaście minut, by odmienić losy pojedynku - ocenia Kochanowski.
Pomogła im w tym czerwona kartka dla zawodnika z Pełczyc. Grający w osłabieniu Kłos, na kilka minut przed końcem, pozwolił doprowadzić do remisu.
- Na 4:4 strzelił Karbowski. Wtedy wiedzieliśmy, że możemy to nawet wygrać - relacjonuje szkoleniowiec.
Gdy Sikorski ustalił wynik meczu na 5:4, piłkarze i sztab z Bań wpadli w euforię. Był to gwóźdź do trumny, po chwili sędzia zakończył spotkanie.
- Pokazaliśmy, że drzemie w nas potencjał. Szczególnie podobała mi się gra w ataku, ale w obronie... W defensywie musimy popracować nad taktyką - podsumował Kochanowski.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze