Reklama

Jesteś gryfinianinem. Ł. Anioł: Tak, tu mieszkałem od urodzenia. Zgłoszenie do seminarium, posługa ministranta, powołanie, studia, Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej - wywiad z księdzem z Gryfina

ARTYKUŁ ARCHIWALNY Z 2016 R. Ksiądz Łukasz Anioł to gryfinianin, od 1992 roku związany z kościołem. Najpierw był ministrantem w parafii na Górnym Tarasie, obecnie jako ksiądz prowadzi na terenie całej Polski Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej. Rozmawiamy z nim o jego wyborach życiowych, o jego pierwszej miłości, o problemach kościoła, a także o tym, jak zmienia się Gryfino oraz o Świętach Wielkiej Nocy.

 

Jesteś gryfinianinem.

Ł. Anioł: Tak, tu mieszkałem od urodzenia.

 

W szkole podstawowej szybko zostałeś ministrantem.

- Faktycznie, od drugiej klasy szkoły podstawowej, z krótkimi przerwami, służyłem do mszy św. Później, w szkole średniej, miałem mniej czasu, ale byłem obecny w kościele jako ministrant. Byłem nim do samego końca, do momentu, w którym poszedłem do seminarium, czyli do 2003 roku.

 

U nas, twoich kolegów z klasy, przeświadczenie, że zostaniesz księdzem było duże. A ty, w którym momencie zdecydowałeś się obrać taką drogę, kiedy poczułeś powołanie?

Reklama

- Trudno powiedzieć czy to konkretne wydarzenie, czy proces, który dojrzewa w człowieku. Nie ukrywam, że zawsze byłem blisko kościoła i podpatrywałem tych, którzy poszli w hierarchiczne kapłaństwo, czyli księży. Kiedy zapadła ostateczna decyzja? Chyba w klasie maturalnej, gdy pojechałem na dzień skupienia do salwatorianów. Wówczas zdecydowałem, że jeśli zdam maturę, wstąpię do zgromadzenia.

 

Jak wspominasz okres, gdy byłeś ministrantem?

- Dobrze. Pewnie wiele osób mnie kojarzy, nie byłem świętym ministrantem (śmiech). Byłem normalnym chłopakiem, z różnymi pomysłami na życie, które realizowałem. Ale oprócz tego, zawsze byłem przy ołtarzu.

Reklama

 

Nie było zbyt wiele monotonii w pełnieniu funkcji ministranta?

- Nie. To życie, a nie ułożony schemat. I jak w życiu, różnie bywało.

 

Pochodzisz z rodziny katolickiej, praktykującej. Służba przy ołtarzu to tradycja?

- Ministrantem był chyba też mój ojciec.

 

Nazwisko masz idealne do tego, by pełnić posługę. Może w poprzednich pokoleniach ktoś był księdzem?

- Nie. Ja jestem pierwszy.

 

Seminarium

Jak rodzice zareagowali na wiadomość, że zamierzasz wstąpić do seminarium? Pewnie się ucieszyli?

- Myślę, że tak. Ojciec, jako typowy facet, nie był wylewny w okazywaniu emocji. Mama była przygotowywana na taką ewentualność. Zdałem maturę, powiedziałem, że idę, spakowałem się i pojechałem.

Reklama

 

Seminarium to nie są zwykłe studia. Możesz przybliżyć trochę, jak przebiega ta droga?

- Przez pierwszy rok jest nowicjat, gdy przyglądamy się życiu zakonnemu. Są wykłady, ale to jeszcze nie studia. Po tym roku składa się pierwsze śluby. Następnie rozpocząłem studia w Bagnie, nazwa przeczy rzeczywistości, bo to oczywiście nazwa wioski. Żeby tam dojechać, trzeba wysiąść w Obornikach Śląskich i jechać przez Wielką Lipę. Tam przez sześć lat studiowałem, zajęcia były od poniedziałku do soboty.

 

Dużo zajęć dziennie?

Reklama

- Wykłady od godziny 8.30 do 13.00 i czasami popołudniami.

 

Było dużo wolnego czasu? Często odwiedzałeś rodziców?

- Jako zakonnicy musieliśmy być cały czas w seminarium. Nie ma wakacji czy wolnych weekendów. Przez cały rok każdy z nas miał 30 dni takiego jakby urlopu. Wykorzystywałem go na przyjazdy do Gryfina w wakacje i święta.

 

W trakcie nauki w seminarium zdarza się, że ktoś rezygnuje?

- Tak. Zaczynało nas dziewiętnastu, a wyświęcili sześciu. Jednego roku odeszło dwunastu.

 

Księża wykładający również mogą wyrzucić kogoś z seminarium, bo uważają, że student nie czuje powołania?

Reklama

- Jak najbardziej. U nas w Polsce jest przeświadczenie, że jak ktoś ubierze habit, to już jest ksiądz. Seminarium to czas, kiedy człowiek dojrzewa do tej decyzji. Ale również to przełożeni rozeznają się, czy ten konkretny mężczyzna może być księdzem czy też nie. Wówczas takiej osobie można zasugerować, by jeszcze się zastanowiła nad swoją decyzją.

 

Kolejny wątek po seminarium, o którym chciałem porozmawiać to…

- Pierwsza miłość (śmiech).

 

A była taka?

- Tak, zawsze jest.

 

Ale to przed seminarium?

- Nie, po. Pierwsza miłość po seminarium to... pierwsza placówka, czyli posługa w Warszawie (śmiech).

Reklama

 

A przed seminarium była miłość do kobiety?

- Jak każdy normalny, młody chłopak podkochiwałem się w niektórych koleżankach, ale w żadnym związku nie byłem.

 

No więc ta prawdziwa miłość to Warszawa?

- Zaraz po święceniach trafiłem do tego miasta. Pracowałem w parafii w centrum na Mokotowie, tuż przy Woronicza. Tam wszystkiego się uczyłem. Niezwykle miło wspominam ten czas, zakochałem się w Warszawie.

 

Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej

Przejdźmy do Ruchu Młodzieży Salwatoriańskiej. Czyli tego, czym zajmujesz się przez ostatnie lata.

- Prowadzę go od 2011 roku wspólnie z ks. Maciejem Szeszko. Jesteśmy młodzi, energiczni, docieramy do młodych ludzi, głosząc słowa Jezusa Chrystusa. Organizujemy dla nich pakiet wyjazdowy podczas ferii czy wakacji, a czasami weekendów. W trakcie roku szkolnego jeżdżę po całej Polsce, spotykając się i rozmawiając z młodzieżą. Organizujemy duże spotkania, np. 10-dniowe Salwatoriańskie Forum Młodych, na które przyjeżdża ok. 400 osób. Odbywają się również spotkania z ciekawymi ludźmi, ostatnio np. z Szymonem Hołownią czy Anną Golędzinowską, byłą top modelką, nie uciekamy od trudnych tematów, problemów. Jest tego sporo, więc będąc w RMS musiałem zrezygnować z duszpasterstwa w parafii, nie mógłbym połączyć ze sobą obu funkcji, nie wystarczyłoby czasu. Jestem więc wolnym strzelcem i podlegam jedynie pod mojego głównego przełożonego w Polsce.

Reklama

 

By uczestniczyć w tych warsztatach czy wyjazdach, należy przynależeć do jakiegoś ruchu związanego z kościołem, salwatorianami?

- Nie. Każdy, kto ma czas, może do nas przyjść i pojechać z nami na obóz. Uczestniczą w nim nie tylko salwatorianie. Nie przyjeżdża tam tylko grzeczna i święta młodzież z grup parafialnych. Są osoby, które nie chodzą do kościoła, a dopiero na naszych spotkaniach zaczynają praktykować.

 

Widziałem waszą stronę internetową. Design na niezłym poziomie, zupełnie odchodzący od sztywnych ram.

Reklama

- W 2014 roku zajęliśmy drugie miejsce w rankingu rebrandingu w całej Polsce. Wygraliśmy m.in. z takimi markami jak Wirtualna Polska czy InPost. Nawet Panorama się nami zainteresowała.

 

Kto finansuje waszą działalność? Salwatorianie?

- Nie finansuje tego kościół jako instytucja. W jakimś procencie moje zgromadzenie salwatorianów do tego dokłada, ale większość środków jednak sami wypracowujemy, szukając zewnętrznych źródeł finansowania. Jeżdżę i pukam do wszystkiego, co ma drzwi. Każdego roku pokonuję ok. 100 tysięcy kilometrów.

Reklama

 

Problemy kościoła

Jeżdżąc tak wiele po Polsce, odwiedzając przeróżne parafie, dużo rozmawiasz z księżmi. Jak mało kto znasz ich problemy. Na co narzekają?

- Przede wszystkim na spadek liczby ludzi przychodzących do kościoła. Nie ma co ukrywać, że dużo złego też my, sami księża, robimy. Niestosowne zachowanie wpływa na to, że ludzie się gorszą. Jeśli przestają przychodzić do kościoła ze względu na księdza, to świadczy to o tym, że przychodzili do kościoła dla osoby, a nie dla wiary. Do kościoła powinniśmy chodzić nie dla księdza, ale na spotkanie z Bogiem. Z drugiej strony, wiadomo, codziennie w niebo startują tysiące samolotów, a wszyscy mówią tylko o tym jednym, który spadł i się rozbił.

Reklama

 

Także wśród dziennikarzy, polityków czy lekarzy, są osoby, które psują wizerunek całego zawodu, w skali regionu czy nawet kraju. Ale to jednak jest niewielki procent.

- To moja największa bolączka. Pracuję wśród osób młodych, które często jeszcze nie mają swojego zdania, ale już powtarzają zasłyszane slogany. Regularnie muszę tłumaczyć, że ksiądz to niekoniecznie osoba, którą w pewien określony sposób przedstawia się np. w mediach. Cechy z tych mocno skrajnych przypadków, przypisywane są wszystkim. To uciążliwe.

 

Co według ciebie jest receptą na taką sytuację?

- To, co mówił Benedykt XVI, kiedy jeszcze był profesorem w Niemczech, w latach 60. Postawił wówczas taką tezę, że kościół w przyszłości będzie kościołem mniejszości, ale będzie mocny. Recepta? Najlepiej i najprościej - rozmawiać bezpośrednio z ludźmi i wyjaśniać.

 

Jednostki, które psują wizerunek nie tylko swój, ale ogółu, nie powinny funkcjonować w tych środowiskach.

- No, ale cóż z nimi zrobić.

 

Ludzie wątpiący i cierpiący często pytają Boga - dlaczego?

- Swoje reakcje, zachowania, próbujemy przerzucić na pana Boga. Kiedyś to Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, a dzisiaj często my tworzymy go na swój obraz. Jako RMS planujemy otworzyć pierwszy stacjonarny ośrodek w Polsce dla młodych osób, które utraciły sens życia. Jak pokazują badania, w Polsce co czwarty młody człowiek ma myśli samobójcze. To narastający problem, przyczyny są różne.

 

Masz do czynienia z taką młodzieżą?

- Tak. Zainteresowałem się tym problemem, bo podczas wielu spotkań czy spowiedzi ten temat się powtarza. Jest to duży kłopot, zwłaszcza jeśli chodzi o przestrzeń młodzieżową, tym jeszcze nikt w Polsce się nie zajmuje.

 

Młodzież obecnie jest bardziej zagubiona? Odnoszę wrażenie, że między choćby naszym rocznikiem a obecną młodzieżą, jest przepaść, mimo że wcale tak wiele lat nas nie dzieli.

- Kiedyś jedno pokolenie to było ok. 20 lat. Dzisiaj zmiana pokolenia nadającego na zupełnie innych falach następuje nawet co trzy lata. Inaczej się zachowują, mówią innym językiem. Cały czas muszę się uczyć nowych sposobów, w jaki się komunikują.

 

Rodzice rozpieszczają dzieci, wychowując je zbyt luźno?

- Niekoniecznie. Raczej zostawiają je samym sobie. Świat współczesny jest bardzo brutalny. Doświadczyłem tego w Warszawie. Tam ludzie rano wychodzili do pracy, a wracali wieczorem. Mówi się, że w XXI wieku nie ma niewolnictwa. A ja uważam, że jest. Dzisiaj niestety dla niektórych praca jest nowym sposobem niewolnictwa. Człowiek chcąc utrzymać standard życia, staje się niewolnikiem.

 

Każdy z nas ma czasami chęć na to, aby zwolnić, ale jak…

- To mocna machina, której nie można zatrzymać. Ja sam o sobie jestem w stanie powiedzieć, że jestem pracoholikiem, bo cały czas coś robię, cały czas myślę o pracy.

 

Na stronie RMS można przeczytać, że sercem jesteś Włochem? Możesz to wyjaśnić?

- Byłem na trzymiesięcznych praktykach we Włoszech. Chciałem wyjechać tam do pracy duszpasterskiej po ślubowaniu, ale tak się nie stało. Cały czas jestem sercem we Włoszech, kiedyś tam wyjadę.

 

Mentalność ludzi we Włoszech jest inna?

- Pewnie. W Polsce, także w Gryfinie, gdy obserwujemy ludzi, można zauważyć, że większość chodzi ze zwieszoną w dół głową i często z ponurą miną.

 

Ksiądz marketingowiec

Co do kazań, już jako ministrant imponowałeś dykcją i narracją godną niejednego doświadczonego księdza.

- Taki dar dał mi pan Bóg i z tego korzystam. Pismo Święte to instrukcja obsługi człowieka. Jeśli zwykłą instrukcję obsługi potrafimy czytać starannie, by czegoś nie zepsuć przed uruchomieniem, tak samo trzeba czytać Pismo Święte. Staram się do tego przykładać. Nie ma co ukrywać, że tu jest też element aktorstwa, bo występuje się przed ludźmi i trzeba modulować głos.

 

Coraz popularniejsze stają się działania public relations. Firmy, politycy, coraz częściej rozumieją, że wizerunek to niezwykle ważna sprawa. Mam wrażenie, że nie wszyscy w kościele jeszcze to pojęli.

- Tak, zgadzam się. To odwieczny problem. Dopiero teraz więcej zaczęło się o tym mówić. Gdy my jako RMS dokonaliśmy rebrandingu, byliśmy dopiero drugą instytucją kościelną, która tego dokonała, wcześniej zrobił to klasztor na Jasnej Górze. W kościele, zwłaszcza w Polsce, jest przeświadczenie, że nie trzeba się pokazywać, reklamować. Uważam przeciwnie. Chrystus też do tego wzywał, by działać metodami, jakimi działa człowiek. We Włoszech kościół jest reklamowany w telewizji publicznej, widać hasła „przyjdź do kościoła”. W Polsce jest przeświadczenie, by nie rozmawiać z mediami, bo coś przekręcą, bo i tak nie ma sensu itd.

 

Jest w kościele jakaś komórka, która zajmuje się PR?

- Nie, ale to się zmienia. Pojawia się funkcja rzecznika prasowego. Zobacz na przykładzie Orlenu, jak ważny jest rebranding. Gdy z daleka widzisz ich logo, kojarzysz je przede wszystkim z dobrą benzyną, hot-dogiem i kawą. Gdzie byś nie był. Kościół też powinien popracować nad pozytywnymi skojarzeniami, popracować nad wizerunkiem.

 

Mam wrażenie, że gdybyś nie był księdzem, byłbyś świetnym marketingowcem.

- (śmiech). Cały czas uczę. Musiałem wiele pracy włożyć w to, by przekonać do swoich wizji przełożonych. Oni też byli początkowo sceptyczni. Gdy zaproponowałem im nowe logo RMS, w którym nie było krzyżyka, byli bardzo zaskoczeni. Kościół też na tym bazuje, że pozyskuje ludzi, oczywiście w dobrym celu. Czemu nie wykorzystywać tego, czym kieruje się świat współczesny.

 

A kościół powinien ingerować w politykę? Czy ksiądz powinien namawiać, by ludzie głosowali na konkretną partię? Są księża, którzy popierają daną partie, nie będę ich wymieniał, ale znani są w całej Polsce. Moim zdaniem to duży błąd.

- Kościół jest obecny w przestrzeni życia ludzkiego. Nie ogranicza się tylko do mszy św. Chce być obecny w codziennym życiu człowieka, z jego problemami. To nie tylko instytucja. To przede wszystkim ludzie. Więc nie należy zatajać prawdy i jak najbardziej ingerować, gdy dzieje się coś złego. Jestem przeciwny namawianiu, o jakim mówisz. Każdy jest wolnym człowiekiem, a zresztą takie przemowy z ambony raczej mogą wywołać skutek odwrotny. Ważne, by kościół bronił swojego zdania w kwestiach moralnych. Jeśli jest stanowione prawo, to jak najbardziej księża powinni jednoznacznie stać za wartościami, jakie reprezentuje kościół.

 

Gryfino, święta

Dużo jeździsz po Polsce, odwiedzasz wiele miejscowości. Kiedy wracasz do Gryfina, to jakie masz wnioski? Nasze miasto się zmienia?

- Szczerze? Nie. Jest cały czas takie samo. Tylko jedną ulicę wybudowali. A Wojska Polskiego to już w ogóle jeździć nie można. [Od redakcji: przypominamy, że rozmowa miała miejsce w marcu 2016 r. Dziś wymieniony odcinek Drogi Wojewódzkiej wygląda znacznie lepiej :) ]

 

Jak Gryfino porównasz do innych miast w Polsce?

- Mieszkam w Trzebnicy, miasteczku podobnym wielkością do Gryfina, ale jest zupełnie inne. W tym czasie, w którym tam jestem, czyli już piąty rok, oddali do użytku m.in. kino, przychodnię, dwie szkoły, co chwilę coś się zmienia. Gdy wyjeżdżam na miesiąc, to wracam i niemal zawsze widzę zmiany. Nawet drobne, choćby wymianę lamp, kwietników, ale to zawsze coś. Te detale, proste rzeczy też są ważne. Człowiekowi inaczej się mieszka. A w Gryfinie niestety nawet one się nie zmieniają.

 

Przyjeżdżasz na święta każdego roku?

- Od lat. Jeśli tylko pozwalają mi na to obowiązki.

 

Niemal co roku chodzisz po kolędzie w Gryfinie. Na co ludzie narzekają, jakie mają troski?

- Główny problem to starzejące się społeczeństwo. Spotykam na Górnym Tarasie coraz starsze osoby. Młodzi wyjechali, czasami mam wrażenie, że niemal wszyscy.

 

Powodem są lepsze zarobki. Ale czy warto?

- Na miejscu zarobisz mniej, ale jesteś blisko domu, rodziny. A przede wszystkim często jest tak, że tu pracujesz na jakimś poziomie, a za granicą Polacy zajmują się tym, czego miejscowi się nie podejmują.

 

Trudny wybór, mniej pieniędzy, godność i rodzina, czy więcej w portfelu, ale rozłąka i cięższa praca.

- To niestety przyczyna rozpadania się małżeństw. Narastający problem.

 

W innych miastach też jest problem z emigracją młodych osób?

- Mam wrażenie, że inne regiony Polski są lepiej rozwinięte. Pamiętam za mojego dzieciństwa mówiło się, że tutaj jest zachód, bogaty zachód. A dzisiaj niestety wiele się pozmieniało. Nasze województwo wydaje się być mocno zaniedbane względem innych regionów Polski.

 

Czym są święta dla ciebie teraz, gdy jesteś księdzem? Inaczej je traktujesz niż wówczas, gdy byłeś młodym chłopakiem?

- Człowiek całe życie się uczy, dojrzewa do własnego zdania i ten punkt widzenia zmienił się również jeśli chodzi o święta. Uwielbiam Święta Wielkanocne, jest piękna, rozbudowana liturgia, podniosły klimat. Chociaż w Polsce bardziej akcentowane jest Boże Narodzenie, to zdecydowanie ważniejsze są Święta Wielkiej Nocy. Jezus w żłobie leży jako dzieciątko, a na Wielkanoc już wytyka nam błędy.

Rozmawiał: Kamil Miler

/ Artykuł archiwalny, opublikowany w Gazecie Gryfińskiej 22 marca 2016 roku.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama