Reklama

Młynek bije w Szkocji

Publikujemy wywiad, który ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej 5 grudnia 2017 r.

Zapraszamy do lektury wywiadu z Krystianem Młyńskim - gryfinianinem, który od 13 lat żyje w Szkocji. Ciekawy zawód i niebanalne hobby stanowią, że mamy do czynienia z wyjątkowo interesującą postacią. Pełną pogody ducha i dystansu do siebie. Zapewne wielu z Państwa rozpozna w nim kolegę z czasów dzieciństwa. Popularny "Młynek" podzielił się z nami swoimi przemyśleniami na tematy, które z pewnością zainteresują wielu z Was.

---------------------------------------------------------------------------------

Reklama

Z Gryfinem w tle.

Dobrze nas wychowali

 

Jakiś czas temu zetknąłem się na Facebooku z filmikiem, na którym pewien kolega z dawnych lat z animuszem porusza się między linami bokserskiego ringu. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że za chwilę stuknie mu czterdziestka, a swoją zawodniczą drogę rozpoczął wyjątkowo późno, jak na tę branżę. Żeby było jeszcze ciekawiej, jest jedyną znaną mi osobą, która zawodowo wozi ludzi piętrowym pojazdem spalinowym. Pochodzi z Gryfina. Od wielu lat żyje w ojczyźnie potwora z Loch Ness, lecz jak przyznaje, to w naszym mieście jego serce bije mocniej. Krystian „Młynek” Młyński.

Reklama

 

ZLECIAŁO

 

Ile lat już siedzisz w Szkocji?

- Trzynaście. To długo, ale strasznie szybko zleciało.

 

W sumie często odwiedzasz Gryfino.

- Raz, dwa razy w roku, czasami trzy.

 

Czujesz związek z miastem?

- Mam do kogo przyjeżdżać – rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, ale miasto też fajnie mi robi. Zawsze jak przyjadę, to dużo łażę po swoich starych rewirach. Lubię. Rzadko kogoś się dziś spotyka ze starych znajomych, dużo ludzi wyjechało. Zawsze jednak kogoś spotkam, dlatego lubię chodzić (śmiech).  Przede wszystkim jednak rodzina. Przyjeżdżam z córką, żeby miała kontakt z babcią, z dziadkami… póki ma dziadków.

Reklama

 

Myślisz, że kiedyś wrócisz?

- Im dłużej tam jestem, tym bardziej o tym myślę. Kiedyś miałem tak, że nie chciałem wracać.

 

Dlaczego?

- Hmm. No nie wiem, na początku człowiek się tym wszystkim zachłysnął. Tamten świat wciąga. Jednak im dłużej tam jestem…

 

Koloryt tamtego świata, jego odmienność z czasem powszednieją, a codzienność w zasadzie wszędzie wygląda podobnie.

- Chyba właśnie doszedłem do tego punktu. Rodzina, starzy znajomi – teraz tych rzeczy brakuje bardziej niż kiedyś.

 

Ponoć jest tak, że powyżej tych paru lat przekracza się pewien próg, poza którym coraz trudniej podejmuje się decyzję o powrocie.

Reklama

- Niekoniecznie. Bardzo wielu ludzi, którzy są tam już długo, decyduje się wracać.

 

Bo jest dobra zmiana (śmiech).

- Może i jest dobra zmiana, skoro wracają. Coś w tym musi być. Nie wiem. Może także dlatego, że pomimo tylu lat tam, tak naprawdę nigdy człowiek nie czuje się jak u siebie.

 

A dużo Polaków wraca?

- Brat mojego kolegi, od dziesięciu lat tam, postanowił wrócić do Trójmiasta, skąd pochodzi. Okazuje się, że wśród firm zajmujących się przeprowadzkami z wysp do Polski terminy są zarezerwowane do lata 2018! Na czerwiec nie ma nawet opcji! Podobna sytuacja jest we wszystkich dużych miastach w Polsce.

Reklama

 

Dlaczego?

- Część pewnie po tych brexitowych historiach. Ludzie trochę panikują, chociaż po kilku latach legalnej pracy, nikt nikogo nie będzie stamtąd wyrzucał. Dużo jednak wraca z innych względów. Chcą, żeby ich dzieci wychowywały się w Polsce itd. Poza tym… tęskni się.

 

Za Polską?

- Tak.

 

Czyli… dobrze nas wychowali?

- No, dobrze. Powiem ci, że gdybym miał tutaj taką pracę jak tam, warunki i finanse, to nawet bym się nie zastanawiał. I nie mam tu na myśli jakichś kokosów. Doszedłem do takiego momentu w swoim życiu, że cenię bardziej inne rzeczy niż te materialne. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa, żeby nie martwić się, czy starczy na zwykłe ludzkie sprawy, na urlop itd. Na to, co tam mam zapewnione.

Reklama

 

Dynamika wydarzeń na rynku pracy w Polsce, a w Gryfinie zwłaszcza, jest pierwszy raz od wielu lat bardzo obiecująca. Ludzie mogą wybierać, nie idą już byle gdzie. W perspektywie kolejnych kilku, kilkunastu lat można mieć nadzieję, że pomału poziom zarobków będzie się jednak wyrównywał z tym, co dzieje się na zachodzie.

- Słyszałem, że nowe duże zakłady spod Gryfina po pracowników jeżdżą codziennie sporo kilometrów. Zmienia się.

 

 

NIE NA STO PROCENT

 

Jesteś tam kupę lat, pracujesz, wrosłeś w tamten świat. Relacje między ludźmi różnią się od tych w Polsce? Z tego, co słyszałem Szkoci są dla Polaków raczej życzliwi.

Reklama

- Są. Dla mnie też. Natomiast więzi międzyludzkie różnią się. Inaczej żyje się wśród osób, z którymi wychowywałeś się od dziecka i znacie się od lat.

 

Daje się odczuć, że jednak nie jesteś stamtąd?

- Ja tego akurat nie czuję, ale faktem jest, że prywatnie trzymam się blisko z Polakami. Znajomych mam polskich. Mam znajomych wśród Szkotów w pracy, czy na siłowni, ale poza tym w zasadzie się z nimi nie spotykam.

 

Dlaczego?

- Nie mam takiej potrzeby. (śmiech) Oni zresztą też jakoś szczególnie na to nie nalegają. Niby cię tolerują, niby wszystko jest w porządku, jednak nie na sto procent. Mnie to akurat nie przeszkadza, ja to rozumiem. Staram się stawiać siebie na ich miejscu. Czasami myślę, jak by to było w Polsce, gdyby tutaj zjechało się tylu ludzi z zagranicy, ilu nas pojechało do nich.

Reklama

 

Myślisz, że jesteśmy mniej tolerancyjni niż Szkoci czy wyspiarze w ogóle?

- Myślę, że tak… no jesteśmy, nie ma co. (śmiech)

 

Ale to dobrze? Biorąc pod uwagę, jak się ten świat teraz zmienia, uchodźcy, emigranci zarobkowi itd. Jak by na to nie patrzeć, te procesy jednak nastręczają gospodarzom pewnych problemów – różnice kulturowe, napięcia społeczne.

- Zależy pod jakim kątem na to spojrzymy. Jeżeli nawiązujesz do tych kwestii, które wymieniłeś, to akurat dobrze. Przynajmniej możemy sobie wyjść spokojnie wieczorem z domu.

Reklama

 

W te klocki lepiej być asertywnym?

- Słuchaj, z nami jest tak, że nas tam pojechało wiele tysięcy, ale my się z nimi asymilujemy. Uczymy się angielskiego, pracujemy, płacimy podatki itd. A ci tutaj przyjeżdżają i czego chcą? Wszystko chcą mieć na gotowe. Tak to nie działa.

 

Prawdę mówiąc, zbyt wielu tych mitycznych uchodźców u nas nie ma. Zresztą oni sami jakoś się do nas niespecjalnie garną.

- Socjal jest inny, a to zdaje się jest kluczowe.

 

 

PODOBNI

 

Polakom na wyspach też wytykano żerowanie na socjalu.

Reklama

- Wbrew temu, co nakręcały media, mącąc ludziom w głowach przy okazji Brexitu, oni tam cenią Polaków.

 

Czemu mącili ludziom w głowach?

- Takie były założenia kampanii zwolenników Brexitu, a że Polakami najłatwiej było sobie gębę wytrzeć, to wycierali. Po Hindusach jesteśmy drugą mniejszością narodową na wyspach. Jesteśmy widoczni. Krytyka skierowana w Hindusów czy innych kolorowych nacji, rodziłaby pomówienia o rasizm. Skończyłoby się protestami na ulicach, a że Polak tylko głowę zwiesi, bo ma to w dupie, to tak właśnie się stało.

 

Bo my tam ciężko zapieprzamy, nie mamy czasu na ich polityczne gierki.

- No tak. W pewnym sensie mieli na to nasze ciche przyzwolenie, bo nikt z tym nic nie robił.

 

Prywatnie zdarzyło ci się usłyszeć coś nieprzyjemnego pod swoim adresem za to, że jesteś Polakiem?

- W Szkocji nie. Po za tym, jak spojrzysz na moją twarz, to nie wielu ludzi chce mieć ze mną do czynienia. (śmiech) Kiedyś w autobusie miałem przygodę… ale to były jakieś podpite gówniary, które wyrzucałem z autobusu tuż przed samym referendum. – You fucking polish itp. (śmiech) Nieistotne. Ogólnie w Szkocji jest inaczej niż w Anglii. Są innym narodem, podobnym do nas. Patrioci. Nie zadzierają nosa jak angole, są bardziej swojscy, na luzie.

 

Katolicy?

- Pół na pół.

 

Szkoci szarpną się w końcu na niepodległość i wyjdą spod korony brytyjskiej?

- Nie sądzę, Brytyjczycy nigdy się na to nie zgodzą. Rozsypałoby się wszystko. Przykład Katalonii pokazuje, że to nie takie proste.

 

To są trochę takie fanaberie, za dobrze mają. Problemów mają za mało.

- No tak. W Szkocji wygląda to podobnie. Grupka fanatyków wykrzykujących „freedom”, która ciągnie za sobą resztę. Ale jaka wolność?! Nie masz wolności? O czym ty mówisz, człowieku?

 

Spódniczkę sobie kupiłeś? (śmiech)

- Nie. (śmiech) Kiedyś zrobiłem sobie dla zabawy zdjęcie w kilcie. Co ja będę pajacował? To jest dla Szkotów i tyle. Jestem Polakiem.

 

 

DOUBLE-DECKER

 

Jesteś kierowcą autobusu?

- Tak. Od sześciu lat. Jeżdżę po Edynburgu.

 

Prawo jazdy robiłeś tam, czy w Polsce?

- B i C robiłem w Polsce, ale ciężarówkami zacząłem jeździć dopiero tam. Zrobiłem tam prawo jazdy C+E i jeździłem trzy lata. Na autobusy prawo jazdy pomogła mi już zrobić firma, do której się zgłosiłem i w której obecnie pracuję.

 

Jeżdżąc samochodem po Dublinie byłem zdumiony, jak wąskie potrafią być uliczki, na których dopuszczony jest ruch dwukierunkowy. Edynburg wygląda podobnie?

- Tak, tak. Czasami manewruje się na styk, niemalże dotykając mijanych aut lusterkami.

 

Spoko robota?

- Nie narzekam. W zasadzie to ta praca mnie tam trzyma. Gdyby nie satysfakcjonowało mnie to w stopniu takim jak obecnie, to kwestię powrotu do Polski rozważałbym bardziej intensywnie.

 

W Polsce kierowca z prawem jazdy C+E jest chyba teraz jednym z najbardziej rozchwytywanych zawodów. Praca niemal od ręki.

- Wiem, wiem. Mój ojciec jest emerytowanym kierowcą, szwagier też jeździ, tak że jestem na bieżąco. Z tym, że wiesz… ja tu robię niecałe osiem godzin, z godzinną płatną przerwą. To co ja mam zamieniać? Żeby jeździć w Polsce dwanaście godzin? Albo w ogóle być w domu raz na dwa tygodnie w weekend?

 

Nie uśmiecha ci się?

- Mój ojciec jeździł ciężarówką całe życie. Często nie było go w domu. Wiem, czym to pachnie. Chyba że zestarzeję się i będę chciał uciec z domu. (śmiech)

 

Pasją do siedzenia za kółkiem, jak rozumiem, zaraził cię ojciec?

- No tak. On jeździł ciężarówką, to i ja chciałem. Tutaj co prawda ciekawszą finansowo opcją okazało się wożenie ludzi. Poza tym pracuję w państwowej firmie. Chorobowe, emerytura, wszystkie święta, nie święta, wszystko się zgadza. Przede wszystkim jednak lubię pracować z ludźmi. Na ciężarówce mi tego brakowało. W autobusie coś się dzieje.

 

Jeździsz double-decker’em (autobus piętrowy) prawda?

- Tak.

 

I co, trudno się tym jeździ?

- Normalnie.

 

Normalnie?!!! (śmiech)

- Jak każdym innym. (śmiech) To tylko wygląda tak strasznie, albo jak się siedzi u góry, to robi wrażenie. Z kabiny widok jest taki sam, jak w innych pojazdach.

 

Co to za marka?

- Volvo. Składane w Polsce, we Wrocławiu! Daje radę.

 

W Irlandii, w Szkocji, w Anglii wszędzie są te piętrusy. Czemu my ich nie mamy?

- Tam nie ma tylu wiaduktów.

 

Kurcze, nie pomyślałem o tym…

- W całym Edyndurgu jest może jeden, dwa? Ale są na tyle wysokie, że autobus na luzie pod nimi przejeżdża.

 

No tak. Z Pomorskiej we Flisaczą byś nie wjechał, z Wojska Polskiego w Grunwaldzką podobnie.

- Nie ma żartów. U nas niedawno młody kierowca, drugi dzień w pracy, ściął cały dach. Skręcił nie tam, gdzie trzeba i uderzył w kładkę przy szpitalu. Dziewięć osób rannych! I tak miał szczęście, że nie zabił nikogo.

 

Wyrzucili go?

- Pracuje dalej. Młody jest, zapamięta to na zawsze. Poza tym potrzebują kierowców.

 

No, na pewno to zapamięta. A ty miałeś jakieś takie przygody?

- Na szczęście nie.

 

Lubisz Edynburg?

- Piękne miasto z charakterystycznym zamkiem na wulkanicznej skale w samym centrum. Ten widok robi wrażenie nawet po tylu latach, odkąd tam jestem. W odróżnieniu od Glasgow jest bardziej bezpieczne, turystyczne. Miasto liczy około pięciuset tysięcy mieszkańców, coś jak Szczecin mniej więcej.

 

Słynna szkocka whiskey - cenią swoje dobro narodowe?

- Ja doceniam. (śmiech) Szkoci whiskey w zasadzie piją rzadko. Przychodzi weekend, walą do pubu i piją piwko. Szczególnie typu „ale” (czyt. „ejl” – red.). Z whiskey najbardziej popularna jest chyba The Famous Grouse – średnia półka, niezbyt droga.

 

Chivas Regal, Glenfiddich…

-  Rodzajów whiskey jest tam tyle, że nie ogarniasz. Tak w ogóle z ciekawostek kulinarnych, których jeszcze miałem okazji spróbować, a które są charakterystyczne dla Szkocji to „deep fried mars bar”. Normalne batony czekoladowe Mars obtaczają w panierce i smażą na głębokim oleju. (śmiech)

 

O matko!

- (śmiech) zawsze chciałem tego spróbować! Serwują to normalnie na mieście.

 

 

TRAINSPOTTING 2

 

Znamy się jeszcze z czasów, kiedy byliśmy łebkami. Potem dorośliśmy i jak to bywa kontakt gdzieś się urwał. Rozjechaliśmy się po świecie. Okoliczności, w jakich znowu się na siebie napatoczyliśmy, co poniekąd stało się powodem naszej rozmowy, były szczególne. Pewnego dnia ni stąd, ni z owąd natknąłem się w mediach społecznościowych na filmik, przedstawiający twoje zmagania w bokserskim ringu. I to teraz, kiedy za moment stuknie nam czterdziestka. Dość nietypowy moment na robienie kariery w tej branży.

- Zawsze w moim życiu było miejsce na sport. Wcześniej piłka nożna, bieganie, ale też zawsze podobały mi się sporty walki. Miałem nawet krótki epizod w sekcji kickboxingu u Marka Hipsza, ale nic wielkiego z tego nie było. Inne sporty walki, które mnie interesowały, można było uprawiać głównie w Szczecinie. Ale ojca nie było, był w trasie, nie było komu mnie wozić, dojazdy były kłopotliwe, więc nie było jak zacząć na poważnie.

 

Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach sporty walki cieszą się większą popularnością. UFC, KSW i inne medialnie nośne zjawiska robią swoje.

- MMA na pewno. W ogóle więcej jest tego typu sportów w telewizji, gal boksu itp. To ludzi nakręca. Skoro za młodu nie bardzo miałem możliwości, to zainteresowałem się tym będąc już w Szkocji, gdzie mogłem jakoś zagospodarować swój wolny czas. Zaczęło się od zwykłej siłowni. Po jakimś czasie znajomy Polak zaprowadził mnie do ciekawej sekcji bokserskiej i tak trafiłem do Holyrood Boxing Gym Edinburgh.

 

Kiedy to było?

- Ponad 10 lat temu.

 

Dziesięć lat w boksie to długo?

- No długo chyba. Tak mi się wydaje. Trenowałem na siłowni u Bradleya Welsha. To były mistrz Wielkiej Brytanii w boksie amatorskim. Postać jak z filmu, z mroczną kartą legendy kibicowskiej chuliganki drużyny Hibernian w Edynburgu. Zresztą można go zobaczyć nawet w nowej części kultowego „Trainspotting 2”. Polecam! Występuje jako Mr. Doyle, właściciel przybytków rozkoszy. (śmiech)

 

Poznałeś go osobiście?

-  Przez te dziesięć lat trenowałem u niego tak że chyba poznałem go dobrze. To bardzo barwna postać, bardzo znana w Edynburgu, ale niekoniecznie zawsze z dobrej strony (śmiech), aczkolwiek przez ostatnie lata zrobił wiele dobrego przede wszystkim dla dzieci, którym raczej w życiu się nie przelewa. Zna wielu ludzi w tym mieście, między innymi także Dannego Boyl’a – reżysera „Trainspotting” i Irvina Welsh’a – autora książki, na podstawie której film powstał.

 

I każdy z ulicy mógł tam sobie wejść i ćwiczyć?

- Tak. Bradley w ogóle udziela się teraz dużo charytatywnie itd. Trzy lata temu po śmierci swojej matki pobił rekord Guinessa w długości tarczowania bokserskiego. Każdy z ulicy mógł wejść i za jakiś datek uderzać w rękawicach w tarcze, które Bradley trzymał. Robił to przez 24 godziny. 3 minuty runda, minuta przerwy – non stop! Uzbierał dla chorych dzieci 44 tysiące funtów.

 

Zacząłeś trenować, żeby zostać zawodnikiem?

- Na początku tak po prostu, dla sprawności, żeby moc w razie czego obronić się na ulicy. Wykazać w nowym kraju. (śmiech) Wraz z upływem lat znajomi z siłowni zaczęli mi mówić, że dobrze mi idzie, że mam jakiś talent i może chciałbym spróbować powalczyć.

 

 

ZA PÓŹNO

 

Po ilu latach miałeś pierwszy pojedynek?

- No właśnie kurczę, trochę późno. Cztery lata temu. Jak na mnie, trochę za późno. Przez pracę wcześniej nie miałem jak, a do walki trzeba się jednak przygotować. Trening pięć razy w tygodniu, do tego praca i życie rodzinne, czasami niełatwo to połączyć. Dopiero na autobusach dopracowałem się pewnej regularności na co dzień. Mogłem sobie wszystko zaplanować.

 

A nie jest trochę tak, że w boksie amatorskim częściej zdarzają się takie trochę „freak fight”, kiedy zawodnicy niekoniecznie reprezentują super sportowy poziom i postawę?

- Nie, no jak?! Do walki musisz się przygotować. Z ulicy do ringu nie wejdziesz. Zresztą tam to tak nie działa. Nikt nowego człowieka na treningu nie dopuści nawet do sparingu, a co dopiero, kiedy mówimy o walce. Wchodząc na ring wiesz, że czeka tam na ciebie ktoś, kto coś tam jednak trenował i przygotowywał się tak samo jak ty. Nie ma żartów. Zwłaszcza w mojej wadze. Jeden strzał i… Na bezpieczeństwo też jednak się patrzy.

 

Czemu uważasz, że to przyszło do ciebie za późno?

- (śmiech) No bo widzę, że się starzeję, a mógłbym sobie powalczyć więcej. Szkoda, że to wszystko nie wydarzyło się w moim życiu piętnaście lat wcześniej.

 

Widzisz po sobie, że się starzejesz?

- Odczuwam to zwłaszcza w przygotowaniach. Organizm coraz dłużej się regeneruje, częściej trafiają się kontuzje, stawy funkcjonują już inaczej. Tu coś boli, tam boli. Poza tym (śmiech) wszyscy, którzy walczą, mają na ogół po dwadzieścia parę lat, a ja podjeżdżam już pod czterdziestkę.

 

Nieuchronnie. (śmiech)

- (śmiech) No niestety, czasu się nie cofnie. Dla przykładu podam, że ostatnio walczyłem z kolesiem, który był o dziewiętnaście lat młodszy ode mnie.

 

Ta ostatnia walka, stoczona 11 listopada, była w formule K1 (dozwolone ciosy bokserskie oraz kopnięcia, w tym kolanami - bez klinczu i bez ciosów łokciami w odróżnieniu od klasycznego muay thai – red.). Dlaczego?

- Pozmieniało się na siłowni. Nastawili się bardziej na fitness. Część bokserów odeszła gdzie indziej. W mojej kategorii wagowej (90+) nie miałem nawet z kim tam posparować. Dlatego mniej więcej rok temu postanowiłem spróbować czegoś nowego i rozpocząłem treningi w jednej z najlepszych szkółek muay thai w Szkocj - Hanuman Thai Boxing Edinburgh - której założycielami są moi bardzo dobrzy znajomi Wojtek Oleksyk i Roan Morrison. Tak się po prostu złożyło. W K1 elementy boksu są bardziej premiowane niż w muay thai, co mi akurat odpowiada. Wystarczyło, żebym do mojego doświadczenia dołożył nogi. (śmiech) Trzeba próbować nowych rzeczy.

 

Ambicje z tym związane?

- Kiedy rok temu trafiłem na galę w Edynburgu, organizowaną przez właścicieli Hanuman Thai Boxing bardzo spodobał mi się jej profesjonalny poziom. Lubię wyzwania. Stwierdziłem, że chciałbym na takiej gali wystąpić. Po roku treningów udało się. To miała być moja ostatnia gala, ale chyba nie będzie. (śmiech) Następna jest w kwietniu.

 

To była pierwsza walka w K1, zwycięska.

- Tak. W boksie mój bilans to sześć stoczonych walk, wszystkie wygrane. Trzy decyzją sędziów, trzy przed czasem.

 

Kurczę, z powołaniem się minąłeś.

- Możliwe. (śmiech) Do tego trzeba mieć głowę. To, że ktoś jest duży, jeszcze o niczym nie świadczy. Widziałem ludzi, którzy na treningach byli jak maszyny, a w ringu zapominali o wszystkim, co przecież potrafili. Najważniejsze to umieć zapanować nad tym, co dzieje się wtedy w środku. Niektórzy się nie nadają.

 

 

ADRENALINKA

 

Czemu postanowiłeś, że będziesz walczył?

- Chciałem się sprawdzić, powalczyć z własnymi lękami. To jest tak, jak w każdym innym sporcie. To tak, jakbyś chodził na treningi, piłkę kopał, a nigdy meczu nie zagrał. A jak już się sprawdziłem, to mi się spodobało. Adrenalina, cała otoczka walk… Miałem okazję walczyć na dwóch galach organizowanych przez Bradleya, których oprawa była taka, że nie wiem, czy gdziekolwiek w Europie gale amatorskie są organizowane na takim poziomie. Dwa i pół tysiąca widzów w budynku filharmonii słynnej Usher Hall w Edynburgu. Niektóre zawodowe gale tego nie mają. Wrażenie ogromne. Adrenalinka konkretna.

 

Ile trwa walka w boksie amatorskim?

- Trzy rundy po trzy minuty. W K1 tak samo.

 

Wystarczy. Trzy minuty machać rękami przed siebie to wbrew pozorom spory wysiłek.

- Nawet na worku, a worek nie oddaje. Do tego emocje, nerwy… fajne uczucie.

 

Boisz się przed walką?

- Przed pierwszą walką jakiś tam stres był. Teraz już nie. Miałem okazję sparować podczas treningów z ludźmi, którzy zostawali później amatorskimi mistrzami Szkocji. Nie odstawałem. To dało mi dużej pewności siebie, pomogło to wszystko poukładać sobie w głowie.

 

Sądząc po liczbie wpisów pod twoimi postami na Facebooku, masz spore grono osób zagrzewających cię do dalszych zmagań.

- Wsparcie z zewnątrz jest czymś miłym na pewno, ale nie czuję się jakąś gwiazdą, z nie wiadomo jakimi osiągnięciami. Robię to wszystko amatorsko. Ambicje mogę mieć, ale wieku nie oszukam. (śmiech) Start w zawodach boksu amatorskiego jest dopuszczalny do 40 roku życia, ale tu w K1…

 

Czy w parku…

- (śmiech) no w parku. W K1 takich ograniczeń nie ma, ale jak długo będę się z dwudziestolatkami bił?

 

Zarabiasz coś na tych galach?

- Nie ma z tego pieniędzy. Takie hobby. Wszystko jest dla chwały. (śmiech)

 

Nie boisz się, że coś ci się stanie? Ryzyko jest jednak spore. Bomba w głowę od niemal stukilowego faceta, który wie, jak uderzyć, to nie żarcik.

- Ludzie samochodami się ścigają i też są wypadki, w piłkę nożną grają i nogi łamią, albo skoczkowie narciarscy. Ryzyko kontuzji jest wpisane w niemal każdy sport.

 

O MMA nie myślałeś?

- Nie. Parter mnie w ogóle nie kręci. Przewalanki to nie dla mnie. Ja nawet klinczu nie lubię… Nie lubię się przytulać do kolegów. (śmiech) Wolę zostawać na długość ręki.

 

Miałeś okazję weryfikować swoje umiejętności na ulicy?

- Sprawdzam się w ringu. Na ulicy nie muszę i unikam. Na szczęście, odkąd trenuję, nie miałem takich przygód. Poza tym bałbym się, że zrobię komuś krzywdę.

 

Kiedy powiesz sobie dość?

- Nie wiem, chyba jak mi żona powie dość. (śmiech) Chociaż już tym razem nie była zadowolona. – Miała być ostatnia!!! – No, ale widzisz jak jest, ludzie przychodzą, chcą oglądać…

 

Dla żony to chyba duży stres?

- Ale przychodzi, ogląda. Córka była raz. Cieszyła się, do ringu ją wziąłem. Na K1 już jej nie zabieram, tutaj bywa bardziej brutalnie, więcej jest krwi.

 

Mama nie mówi ci, że Krystian, coś ty?! Zwariowałeś? Na stare lata takie rzeczy?!

- (śmiech) Mówi, mówi. Chociaż może w głębi duszy jakąś tam dumę odczuwa, ale zadowolona nie jest, za to ojciec słyszałem, że ostatnio jak walkę oglądał, to się denerwował trochę. (śmiech) Zawsze mogłem pójść w gorszą stronę. Co by nie mówić, sporty walki kształtują charakter. Bardzo szybko można zweryfikować, czy ktoś, kto „kozaczy” rzeczywiście ma do tego podstawy. W przypadku młodych osób, dzieci, to skutkuje pokorą i dyscypliną, dzieci nabierają pewności siebie. Dlatego polecam to nawet najmłodszym.

 

Waga ciężka. Twoim zdaniem lepszy jest Joshua Anthony czy Deontay Wilder?

- Nie, no Anthony! Wilder jest nieobliczalny. A tak w ogóle, odkąd zacząłem trenować boks, to zawsze wzorowałem się na Adamku, na jego lewym prostym. Imponował mi, sam też wolałem stawiać na szybkość, mniej na siłę.

Rozmawiał: Jakub Stankiewicz

 

 

 

 

 

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama