Reklama

Manfred Hinze. Olimpijczyk z Greifenhagen

Dariusz Koszykowski i Michał Bieniek nie są jedynymi olimpijczykami, którzy wywodzą się z naszego miasta. Wiele lat przed nimi w igrzyskach wystartował lekkoatleta, który przyszedł na świat i wychował się w niemieckim Greifenhagen

Manfred Hinze skończył w styczniu 91 lat. Jest emerytowanym chirurgiem i bardzo schorowanym człowiekiem. Problemy zdrowotne zaczęły się przed sześcioma laty.

- Trzy endoprotezy prawego stawu biodrowego z sześcioma operacjami i ciężką infekcją, w krótkim czasie poważnie ograniczyły moją swobodę ruchów. Od pewnego czasu jestem poważnie niepełnosprawny – przyznaje Manfred.

Nie ukrywa, że aktualna sytuacja bardzo mu doskwiera. Zawsze był aktywny i energiczny, inaczej nie osiągnąłby w życiu tak wiele i to na kilku płaszczyznach.

Reklama

Niepełnosprawność i wiążące się z nią stałe unieruchomienie, sprawiły, że nie mogliśmy spotkać się twarzą w twarz. Stan zdrowia 88-latka utrudnił też kontakt na odległość, którego nawiązanie wynikło zresztą z niezwykłej koincydencji, bądź jak mogliby twierdzić niektórzy, jungowskiej nadrzeczywistości. Jeszcze rok temu nie znałem niemieckiego olimpijczyka o nazwisku Hinze. O jego istnieniu dowiedziałem się przed świętami Bożego Narodzenia, gdy do naszej redakcji przyszedł Julian Dalidowicz.

Mój licealny wychowawca, a jednocześnie historyk-regionalista, zapytał wówczas o potencjalnego olimpijczyka z Greifenhagen. Padło nazwisko, którego dziś nie jestem w stanie przytoczyć. Po szybkiej analizie okazało się bowiem, że nikt taki nie występował w igrzyskach. Bardzo precyzyjna w tym względzie jest strona www.olympedia.org, na której znajdują się dane nie tylko zawodników, ale również działaczy sportowych, którzy jako opiekunowie, bądź politycy dotknęli najważniejszej sportowej imprezy czterolecia.

Reklama

Szukana przez nas osoba nie wyskoczyła w bazie danych. Po wpisaniu „Greifenhagen” pojawiło się jednak nazwisko Manfreda Hinze, urodzonego w 1933 r. olimpijczyka z Rzymu i z Tokio. Dodatkowo, jak poinformowała niemiecka Wikipedia, lekkoatleta, który specjalizował się w trójskoku, żyje! W dodatku, tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Tokio, wydał autobiografię.

 

Chłopak z „górki”

 

O niemieckiej historii miasta pisaliśmy wielokrotnie, posiłkując się przy tym fotografiami i materiałami źródłowymi. Obcowanie ze wspomnieniami mieszkańca Greifenhagen dostarcza jednak specjalnych wrażeń. Pozwala poznać życie, jakie toczyli mieszkańcy miasta, zanim stało się „nasze” i niemal całkowicie zmieniło swoje oblicze. Zwłaszcza, że Gryfino, jakie znał  przyszły olimpijczyk, nie zamykało się w ściśniętych murach Starego Miasta. Manfred Hinze wychował się bowiem na terenach dzisiejszego Górnego Tarasu. Przed wojną – a także do lat 70., gdy nastąpiła budowa nowego osiedla – stanowiły je rozległe pola i sady, z których niezbyt gęsto wyrastały pojedyncze wille i gospodarskie zabudowania. Jego ojciec posiadał zresztą sad, w którym mały Manfred spędzał większość czasu. Upływał mu na łapaniu motyli, jaszczurek, pająków, robaków i chrabąszczy.

Reklama

Przywykł do samotności. Miał wprawdzie dwoje rodzeństwa, ale brat i siostra byli starsi od niego o jedenaście i dwanaście lat. W czasach dziecięcych jest to różnica nie do przeskoczenia, wobec czego przyszły olimpijczyk żył jak jedynak. Nie licząc okazjonalnych zabaw z bratem,  w tym wspólnej gry w piłkę, przez większość dnia snuł się z psem między drzewami. Do czasu, aż poznał kolegów.

- Niektórzy z nich byli już w szkole i byli prawdziwymi gagatkami, podburzając swoich młodszych kolegów do wszelkiego rodzaju psot. Natychmiast zostałem przyjęty do ich kliki. Byłem najmniejszy, ale tak zwinny, że potrafiłem za nimi nadążyć. W niczym nie ustępowałem im również we wspinaczce. Ćwiczyłem to już w domu, wykorzystując drzewa w naszym sadzie – wspomina.

Reklama

Wspinaczka przydawała się, gdy trzeba było przedostać się przez płot na teren cmentarza. Znajdował się w tym samym miejscu, co dziś.

- Mama dowiedziała się o tym dopiero, gdy dotarły do niej skargi od pracowników cmentarnych, którzy skarżyli się na nasze zachowanie. Na niewykorzystanej części ziemi, która miała w przyszłości zostać wykorzystana do rozbudowy cmentarza, bawiliśmy się w Indian. Budowaliśmy własne domki, do które potrzebowaliśmy budulca. A sporo cegieł znajdowało się na cmentarzu – dodaje.

Reklama

 

500 m od przedmieść

W swojej książce M. Hinze zdradza pewne tropy, co do lokalizacji jego domu. W jednym miejscu pisze, że znajdował się na odludziu, w połowie drogi do miasta. Innym razem nadmienia, że do „pierwszych domów na przedmieściach było około 500 metrów”. Prawdopodobnie ma tu na myśli Bergweg, dzisiejszą ulicę 9 Maja, przy której znajdowały się wille bogatych przedsiębiorców, w tym Roberta Schäfera (dziś mieści się w niej przed Przedszkole nr 1) oraz Fritza Radefeldta. Właściciel sześciu domów mody na Pomorzu miał ze swojego podwórka piękny widok na centrum i Międzyodrze. W latach 60., na gruzach jego willi, została wybudowana Szkoła Podstawowa nr 2.

Reklama

Sugestywny wydaje się też fragment, w którym odnosi się do wypraw w okolice cmentarza. Jak pisze, mama nie bała się puszczać go samego na harce, gdyż był oswojony ze zwierzętami i nie bał się powozów konnych. Samochody stanowiły wówczas pewną rzadkość. Ponadto, aby dostać się spod domu na teren nekropolii, nie musiał przechodzić przez jezdnię. Opisując okolicę nadmienia o chłopcu ze skłóconej z jego ojcem i dziadkiem rodziny, która posiadała młyn w okolicy ich sadu.

Jak mówi Aleksander Dąbkiewicz, który Górny Taras zna jak własną kieszeń,  przed wojną, w opisywanym miejscu znajdowały się dwa takie obiekty. Młyn wiatrowy stał w okolicy krzyża, przy wejściu na cmentarz. Wiatrak zlokalizowany był też na tzw. osiedlu cygańskim, czyli w rejonie ulicy Opolskiej. Informacje te pozwalają wyobrazić sobie miejsce, w którym wzrastał bohater tego tekstu. Ustalenie dokładnego miejsca nie wydaje się możliwe. Jak przyznaje bowiem Hinze, jego rodzinny dom został zniszczony zimą 1945 roku, podczas walk o miasto.

Reklama

 

Miasto Hitlera

Manfred Hinze mieszkał na „wzgórzach Greifenhagen”, lecz nie oznacza to, że nie znał starego miasta. Bywał w jego centrum, w odwiedzinach u dziadków, bądź na lekcje w miejscowej szkole. Mowa o końcówce lat 30., gdy u władzy znajdowali się narodowi socjaliści. Gdyby ktoś nie miał tego świadomości i znalazł się nagle w okolicach gryfińskiego kościoła, rządy Hitlera na pewno nie umknęłyby jego uwadze. Jak wspomina M. Hinze, na każdym kroku znajdowały się flagi NSDAP. Swastyki witały interesantów w urzędach i siedzibach instytucji. Symboliki nie brakowało również w szkołach.

Reklama

Mały Manfred rozpoczął edukację w 1939 roku. Uczył się dobrze, odznaczał się też sprawnością, na co niebagatelny wpływ miały  zabawy w sadzie i ucieczki przed pracownikami cmentarza. Uwielbiał lekcje wychowania fizycznego, które zostały jednak zawieszone. Po rozpoczęciu roku szkolnego Hitler zaatakował Polskę, a wuefista z Greifenhagen został wysłany na front.

Nauczyciele dostrzegli atuty młodego Manfreda. Gdy miał dziesięć lat, został wezwany przez dyrekcję na rozmowę.

- Towarzyszył mi uczeń z równoległej klasy. Gdy szliśmy korytarzem z dyrektorem, przypomniał, abyśmy nie zapomnieli przywitać się, mówiąc głośno „Heil Hitler”. Zaprowadzono nas do dużego pokoju. Czekało w nim na nas dwóch funkcjonariuszy SA (oddziałów szturmowych NSDAP – przyp.red.). Jeden z nich siedział mocno odchylony przy biurku. Zapamiętałem jego wypolerowane buty, które trzymał na stole. Zgodnie z poleceniem powiedzieliśmy „Heil Hitler”. Patrzyli na nas i rozmawiali ze sobą bardzo cicho. Nie rozumiałem, co szepcą. Potem odważyłem się trochę rozejrzeć. Dopiero wtedy zauważyłem dużego owczarka niemieckiego, który leżał przed biurkiem i bacznie nas obserwował. Na biurku znajdowało się popiersie Adolfa Hitlera. Stół pokryty był swastykami – opisuje Manfred Hinze w swojej książce.

Reklama

Następnie chłopcy zostali wypytani o sprawy rodzinne: czego słuchają w radiu, jakie gazety są czytane w domu oraz czym zajmuje się starsze rodzeństwo.

- Powiedziałem im tylko, że mój brat służy jako żołnierz piechoty morskiej na froncie zachodnim, a moja siostra odbywa służbę cywilną, jako pomocnik piechoty morskiej we Flensburgu. Nie powiedziałem oczywiście o tym, że szybko zgłosiła się na wolontariat, aby uniknąć obowiązku pracy w firmie zbrojeniowej, do której wysyłane były młode i bezdzietne kobiety. Szczególnie interesowało ich co brat donosił w listach z frontu. Nie miałem nic do powiedzenia. Od matki nic nie słyszałem, a sam nie czytałem tych listów. Wypytywali też o Wernowa, Polaka, który pracował u nas jako robotnik przymusowy. Skarcili mnie, że mówię o nim „pan Wernow”. Na koniec kazali rozwinąć skrót NSDAP – wylicza 88-latek.

Reklama

 

W „elitarnej szkole” NAPOLA

Szkoła z czasów Manfreda nie była wolna od politycznej i ideologicznej indoktrynacji. Hinze poddany został niej w jeszcze większym stopniu.

Przesłuchanie, dokonane przez funkcjonariuszy w „brunatnych koszulach” miało swój cel. Była nim selekcja uczniów do „elitarnych placówek” NAPOLA. Były to niemieckie szkoły średnie z internatem, stworzone przez nazistów na wzór dawnego korpusu kadetów. Miały za zadanie wychowanie kadr dla Wermachtu i Waffen-SS.

Jak w swoich wspomnieniach zapisała mama Manfreda, wyobrażała sobie dla niego inną drogę kariery. Jako młoda dziewczyna marzyła o studiach weterynaryjnych. Nie udało się, wobec czego chciała przełożyć swoje ambicje na syna. Planowała wysłać go do szkoły średniej w Stettinie. Obaw dostarczała jedynie sytuacja miasta, które w 1943 roku było już bombardowane. O tym, że jej syn przeszedł selekcję do NAPOLA, dowiedziała się przed Wielkanocą, gdy dyrektor zaprosił jej męża do szkoły. Manfred spełniał wszystkie warunki. Był nie tylko dobrym uczniem, ale również był uzdolniony sportowo. Posiadał też odpowiednie pochodzenie. Nie mógłby wszak trafić do „elitarnej szkoły nazistów”, gdyby w przeszłości rodziny znaleziono coś niewłaściwego. Korzenie familii Hinzów zostały gruntownie zbadane w 1939 roku, gdy siostra Manfreda planowała wyjść za mąż. Musiała wówczas przedstawić dokumenty dotyczące pochodzenia, by władze mogły ocenić, czy nie posiada żydowskich krewnych. Zdaniem urzędników, istniały ku temu pewne przesłanki.

- Ze strony ojca, nazwisko Hinze zostało wymienione w kronice miejskiej już w 1600 roku. Przodkowie mojej mamy pochodzili ze Szwabii. Byli biedni i poszli za wezwaniem Katarzyny Wielkiej do Rosji. Wyemigrowali nad Wołgę, otrzymali ziemię. Niektórzy z nich, w tym mój przodek. Ponownie przenieśli się na zachód i osiedlili w pobliżu Lwowa. Wzbogacili się w Galicji, gdzie panowała wolność wyznaniowa, jeszcze z czasów polskich królów. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Austriacy i inne grupy etniczne żyły tam w zgodzie ze sobą. Wchodziły w różne kontakty a nawet małżeństwa. Dlatego siostra, aby otrzymać zgodę na ślub i otrzymać aryjski paszport, musiała pokazać, że w jej żyłach nie płynie domieszka żydowskiej krwi. Trochę to trwało i było mozolnym procesem – opowiada olimpijczyk z dwóch igrzysk.

Z tego względu pani Hinze znała dobrze język polski, co zdaniem Manfreda okazało się pomocne w momencie ucieczki z oblężonego Greifenhagen.

 

Ofiara indoktrynacji

Ta miała miejsce jednak dopiero dwa lata później. Bohater tego tekstu spędził je w placówce NAPOLA w miejscowości Putbus.

- Jestem wdzięczny, że spędziłem w niej tylko dwa lata. Co jeszcze zrobiliby ze mną i moją psychiką, gdyby nie koniec wojny? – zapisał w autobiografii Hinze, nazywając siebie „ofiarą szkoły NAPOLA”. Na kartach książki nie ukrywa, że indoktrynacja dała pozytywny efekt. Młodzież jest podatna na wpływy, wyimek świata, który pokazywali naziści, traktowali z nabożną świętością.

Bez względu na wydźwięk tej opinii, dwa lata nauki w NAPOLA przyniosły mu korzyści w przyszłej karierze sportowej. Poza klasycznymi przedmiotami, których uczono w każdej szkole średniej, wielkie znaczenie poświęcano sprawności fizycznej. Program nauczania obejmował gimnastykę przyrządową, pływanie, jazdę konną, wioślarstwo, żeglarstwo, boks i lekkoatletykę. Nauczyciele cały czas zachęcali wychowanków do rywalizacji i wytrwałości. Oczekiwali też aktów odwagi.

- Czytając to można pomyśleć, że była to wspaniała szkoła, która wpajała ważne wartości. Ale jednocześnie indywidualność jednostki była całkowicie zwalczana. Trzeba było być częścią grupy. Zaszczepiano nam też głęboką nienawiść rasową. Musieliśmy mieć świadomość wyższości rasy germańskiej. Nakazywali nam być bezlitosnymi wobec wrogów: komunistów i Żydów. Wymagali też czujności, ponieważ istnieli też wrogowie wewnętrzni, którzy działają w ukryciu, w podziemiu. Jako przykład podano potworną zbrodnię, jaką był zamach na Führera – wylicza M. Hinze.

Do tego dochodziła ścisła kontrola osobista i czasu wolnego, którego nie było wiele. Jako przyszli żołnierze, uczniowie z Putbus poddani zostali wojskowemu reżimowi. Wymagano całkowitego oddania sprawie.

Do Greifenhagen przyjeżdżał tylko z okazji świąt. Gdy uczynił to w grudniu 1944 roku, rodzice zastanawiali się, czy po Bożym Narodzeniu powinien wrócić do szkoły. Wiedzieli jednak, że pozostanie w domu będzie potraktowane jako dezercja. Mieli też świadomość, że wojna niedługo dobiegnie końca. Bali się, że ich 12-latek może zginąć w jej ostatnich dniach. Jak przyznaje bowiem Manfred Hinze, na przełomie 1944 i 1945 wszyscy wiedzieli, że wojna jest przegrana.

- Wszyscy uczniowie byli zmartwieni i niepewni tym, co stanie się z Niemcami. Co stanie się z nami. Gdy byłem w domu pytałem rodziców, co sądzą na temat przebiegu wojny. Zauważyłem, że w mojej obecności unikali tematu. W szkole natomiast oszukiwano nas, co do prawdziwej sytuacji. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym, że Rosjanie weszli już na teren Niemiec, nie chciałem w to uwierzyć. Mówiono nam, że Führer posiada magiczną kulę, którą wkrótce użyje – napisał w swojej książce.

 

Ucieczka z polskiego Greifenhagen

Martwił się nie tylko o los Niemiec, ale też swojego miasta.

- Rosjanie okupowali już Pomorze Zachodnie, do kilku kilometrów od Odry, a teraz grozili zdobyciem mojego Greifenhagen, które ze względu na most na Odrze zostało ogłoszone przyczółkiem. Trzy tygodnie wcześniej ojciec przywiózł mamę, siostrę i dziadka w bezpieczne miejsce za Odrą, w Meklemburgii. Wynajął dla nich dwa pokoje w wiejskiej restauracji. Ponieważ ojciec należał do Volkssturmu (formacja o charakterze pospolitego ruszenia, użyta przez Niemców w ostatniej fazie II wojny światowej a skutek coraz dotkliwszych strat ponoszonych na froncie – przyp. red.), musiał wrócić naszą ciężarówką i dalej przewozić amunicję przez Odrę do Greifenhagen – opowiada Manfred, który w tym czasie przebywał jeszcze w szkole.

Gdy mama przyjechała, by go odebrać, usłyszała od dyrektora, że nie jest to możliwe. Jak tłumaczył, mimo iż wojska wroga znajdowały się coraz bliżej, wycofanie uczniów prestiżowej szkoły byłoby złe dla ich edukacji. Uczono ich wszak odwagi i stawiania czoła wrogom. Ostatecznie jednak, następnego dnia, 12-latek udał się z mamą w podróż do dziadka i siostry. Wkrótce po tym do Meklemburgii przyjechał również jego ojciec. Nie miał dobrych wiadomości. Greifenhagen zostało zdobyte przez Rosjan, a jego formacja rozwiązana.

- Na szczęście ojciec był po zachodniej stronie Odry ze swoją ciężarówką, gdy oba mosty zostały wysadzone w powietrze. Gdyby akurat znajdował się w mieście, kto wie jaki czekałby go los. Dla wielu żołnierzy wysadzenie mostu oznaczało śmierć lub więzienie na lata – wspominał M. Hinze.

Ojciec opowiedział też o ich domu, który został całkowicie zniszczony podczas działań wojennych. Mimo to, gdy wojna dobiegła końca, planowali wrócić do miasta. Jak uznali, odbudują wszystko, tak jak uczynili to Niemcy po I wojnie światowej. Pragnienie powrotu było silne. Gdy zimą 1945 r. pan Hinze wywoził żonę, córką i ojca (jego żona, a babcia Manfreda zmarła w 1942 r.), będąc już za mostem, spojrzeli w kierunku Greifenhagen. Wówczas odezwał się dziadek, który stwierdził, że dalej nie jedzie.

- Jest zimno, jedziemy w nieznane miejsce, a ja ciągle widzę wieżę naszego kościoła. Wysadź mnie, wracam do siebie. Co ma być, to będzie – powiedział kategorycznie.

Jego żądanie nie zostało jednak spełnione. Nie wiedział wówczas, że już nigdy nie wróci do miasta, w którym spędził całe życie.

Rodzina Hinze podjęła wprawdzie taką próbę w maju, lecz im bardziej zbliżali się do Odry, tym mocniej byli od tego odciągani. Gdy natykali się na wojska radzieckie, udawali Polaków, w czym pomocna była znajomość języka przez panią Hinze. Wpadkę zaliczyli dopiero w momencie spotkania z Polakami.

- Polscy robotnicy przymusowi nienawidzili nas, Niemców. Jeden z nich krzyknął coś po polsku, mama odpowiedziała. Po krótkiej wymianie zdań, dał znak, że mamy jechać. Wtedy jeden z nich dostrzegł moją siostrę na tylni siedzeniu. Zapytał ją o coś, nie zrozumiała. Nagle stało się dla nich jasne, że w pojeździe nie znajdują się Polacy. Mój ojciec został wyciągnięty na zewnątrz i rzucony na ziemię, przed samochód. Kopali go i deptali. Jeden z nich wrzasnął na mamę i wskazał na moją siostrę: „Przeklęta polska dziwko, wychowałaś dzieci na Niemców?”. Potem podnieśli ojca i zaciągnęli pod ścianę domu. Pchnęli go, bo sam nie mógł samodzielnie stać. Nagle ktoś wyciągnął pistolet i przystawił mu do głowy. Byłem przerażony. Tata miał całą zakrwawioną twarz. Mama krzyczała coś po polsku. W tym samym momencie do wsi wjechał jeep z oficerem radzieckim i dwoma żołnierzami z pistoletami maszynowymi. Moja mama podbiegła do nich, zaczęła tłumaczyć coś po rosyjsku. Oficer wysłuchał ją i przegonił Polaków – zrelacjonował Manfred, przyznając, że w tym momencie poczuł sympatię do Rosjan.

- Uratowali mojego ojca. Byłem zmrożony, bałem się, że to koniec. Później obawialiśmy się jeszcze, że Polacy pojadą za nami. Dlatego pojechaliśmy bocznymi drogami – przytacza M. Hinze.

Swoją podróż do Greifenhagen zakończyli kilka dni później, gdy od rosyjskiego patrolu usłyszeli, że dalej nie ma po co jechać.

- Tam jest już Polska, zawracajcie – wypowiedział jeden z żołnierzy.

 

Pierwszy Niemiec, który przeskoczył 16 metrów

Mijały miesiące i lata. O ile początkowo liczyli na to, że decyzje o przyznaniu rodzinnych stron Polsce zostaną cofnięte, z biegiem czasu stawało się to coraz mniej realne. Zaczęli organizować życie na nowo. Wiara w odzyskanie Greifenhagen była tak silna, że nie zdecydowali się wyjechać na zachód. Zamieszkali w Meklemburgii, która znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Drugą część młodości Manfred Hinze spędził jako obywatel Demokratycznej Republiki Niemiec. Po ukończeniu liceum trafił na studia do Greifswaldu. Tam też na stałe związał się ze sportem. Otrzymał wykształcenie nauczycielskie z uprawnieniami nauczania wychowania fizycznego. Był też dobrze zapowiadającym się sprinterem. W 1955 roku osiągnął pierwszy sukces. Miał 22 lata, gdy został wicemistrzem NRD w biegu na 200 metrów. Przegrał jedynie z Horstem Schultzem. Srebro krajowych mistrzostw sprawiło, że został dostrzeżony. W 1956 roku przeszedł z klubu w Greifswaldzie do Empor Rostock. Wprawdzie rok później wywalczył brąz mistrzostw NRD, lecz później nie osiągał znaczących sukcesów. Zmieniło się to dopiero po decyzji o porzuceniu sprintów.

W 1958 r. przerzucił się na cieszący się coraz większą popularnością trójskok. Już w pierwszym roku startów zdobył brąz krajowego czempionatu. Nieoczekiwanie zakwalifikował się też na Mistrzostwa Europy w Sztokholmie! Nie zrobił tam jednak furory, osiągając słaby wynik 14,26 metra. Miał pecha, że rok później nie odbyła się żadne wielka impreza. W 1959 r. skoczył bowiem aż 16,04 m., poprawiając rekord NRD o 52 cm, a całych Niemiec o 45 cm! Wynik ten dałby mu rok wcześniej srebrny medal Mistrzostw Europy, zaraz za Józefem Schmidtem.

Analizując występy Hinze, miał pecha do wielkich imprez. W 1962 roku, w Belgradzie był trzecim najlepszym skoczkiem w kwalifikacjach z rezultatem 15,79 m. Podczas finału nie radził sobie jednak z rozbiegiem. Zajął dwunaste miejsce ze słabiutką odległością 13,67 m. Nie zawsze wytrzymywał presję, co pokazywały również mistrzostwa NRD. W 1959 r., za sprawą rekordowego skoku, po raz pierwszy został mistrzem swojego kraju. Rok później dostał się na wymarzone Igrzyska Olimpijskie w Rzymie, ale przegrał za to mistrzowski tytuł z Karlem Thierfelderem. Poziom trójskoku w NRD był wyrównany.

Za największego rywala Manfreda Hinze uznać należy jednak Hansa- Jürgena Rückborna. W kolejnych latach „dzielili się” sukcesami na własnym podwórku. Rückborn został mistrzem w 1961, Hinze w 1962, zaś w 1963 r. tytuł powrócił do jego przeciwnika. Było to o tyle bolesne, że jednocześnie Rückborn pobił rekord NRD. Uczynił to ponownie w 1966 r., gdy zdobył srebrny medal Mistrzostw Europy w Budapeszcie. To rzecz, która różniła go od Hinze. Lekkoatleta z Greifenhagen nie osiągnął międzynarodowego sukcesu. Spalił się w Belgradzie, w Rzymie był siódmy, zaś podczas swoich drugich igrzysk w Tokio – szósty.

Na pocieszenie, Rückborn był w stolicy Japonii ósmy.  Hinze miał wówczas 31 lat. Rok 1964 był dla niego znaczący także z innego względu. Zdecydował się wówczas na studia medyczne. Karierę kontynuował do sezonu 1966, lecz poza brązem w 1965 r., nie odnosił sukcesów. Gdy nie dostał się na swoje trzecie mistrzostwa kontynentu, zakończył karierę.

Przeszedł do historii sportu w Niemczech nie tylko jako dwukrotny olimpijczyk, ale przede wszystkim, jako pierwszy Niemiec (bez podziału na wschód i zachód), który skoczył ponad 16 metrów.

 

Odwiedził Gryfino trzykrotnie

To tylko część historii Manfreda i jego bliskich. W ostatnich miesiącach udało nam się w końcu nawiązać kontakt z emerytowanym sportowcem. Otrzymaliśmy od niego m.in. list, z którego wynika, że trzykrotnie odwiedził Gryfino po wojnie! Pierwszy raz, nielegalnie, gdy przyjechał na lekkoatletyczne zawody do Szczecina.

- Polski kolega mi pomógł, wsiadłem w pociąg i pojechałem do rodzinnego miasta. Znalazłem nawet nasz dawny dom - opowiada Manfred Hinze.

Drugi raz przyjechał z ojcem, który marzył by jeszcze raz zobaczyć "dawną ojczyznę". Po raz trzeci natomiast... dwa lata temu z żoną.

- Szkoda, że nie udało nam się spotkać. Przesyłam jednak wspomnienia napisane przez moją mamę, która niemal całe dorosłe życie spędziła w Greifenhagen - przekazał Hinze.

Szczegóły wkrótce...

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 24/08/2024 20:47
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama