Julia Porwit od kilku miesięcy jest dyrektorem Domu Pomocy Społecznej w Nowym Czarnowie, jednak z jednostką związana jest już zdecydowanie dłużej. W rozmowie z nami opowiada m.in. o funkcjonowaniu DPS-u oraz o najważniejszych osobach, czyli jego 120 podopiecznych. Dla większości z nich DPS jest jedynym domem, a pracownicy jedynymi członkami rodziny. Dyrektor opowiada o chwytających za serce historiach mieszkańców
Obszerny wywiad z Julią Porwit znajduje się w obecnym numerze Gazety Gryfińskiej. Poniżej prezentujemy wybrane fragmenty rozmowy.
Z jakimi chorobami borykają się osoby trafiające do DPS-u w Nowym Czarnowie?
Julia Porwit: Głównie są to osoby z dziecięcym porażeniem mózgowym w stopniu głębokim i znacznym. Są osoby z Zespołem Downa, różnymi chorobami genetycznymi, uszkodzeniami okołoporodowymi. O różnorodności jednostek chorobowych mieszkańców świadczy też liczba poradni specjalistycznych, z których korzystają m.in: kardiolog, hematolog, onkolog, nefrolog, psychiatra, neurolog, diabetolog, endokrynolog itd. Wśród naszych podopiecznych mieliśmy również na tyle niesprawne osoby, że trzeba je było przekładać z boku na bok, żeby nie zapomniały o oddychaniu, nie przełykają samodzielnie pokarmu, trzeba je karmić, podawać leki o regularnych porach.
Państwa podopieczni to głównie ludzie samotni czy też mający kontakt ze swoimi rodzinami?
- Ze 120 podopiecznych to może 5 z nich regularnie odwiedzają rodziny, 10 czasami, 20 sporadycznie.
A pozostałych?
- Dla pozostałych my jesteśmy ich rodziną.
Ale członkowie ich rodzin już nie żyją, czy nie utrzymują z nimi kontaktu?
- Bardzo dużo jest patologicznych rodzin. Dużo jest takich, które po prostu nie utrzymują z nimi kontaktu. Dlatego tak często powtarzam, że my naprawdę jesteśmy domem dla naszych podopiecznych. Mieliśmy takiego chłopca, który trafił do nas jako trzylatek. Miał tutaj opiekunkę, pamiętam, jak pomagaliśmy mu zacząć chodzić. Był u nas przez wszystkie lata swojej młodości. Na jego 18. urodziny przyjechała jego mama, która przez cały ten czas nie miała z nim żadnego kontaktu. Wszyscy byliśmy tym zdziwieni. Poznaliśmy ją z synem, a co on zrobił? Pobiegł po swoją opiekunkę, krzycząc: „Mamo, zobacz, moja mama przyjechała”. Dla niego mamą była ta opiekunka, której chciał wszystko opowiedzieć. Jego emocje skupiały się na opiekunce.
Biologiczna matka go zabrała?
- Nie, przyjechała tylko ustalić, czy z racji tego, że ma 18 lat, to dostanie jakieś środki finansowe. Ustaliła, że nie i sobie pojechała. Nikt nigdy więcej jej tu nie widział.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze