Jedna z mieszkanek Gryfina obiad komunijny swojego syna zaplanowała już kilka lat wcześniej. Przezornie zarezerwowała sobie już wtedy termin w restauracji, jednak na kilka tygodni przed imprezą odmówiono jej miejsca w lokalu, bo… pojawił się inny klient
Aby nie mieć problemu z lokalem oraz uniknąć kłopotów z jego rezerwacją, zajęła się tym już dwa lata przed planowaną imprezą.
- Zdaję sobie sprawę, jakie są z tym problemy w Gryfinie. Załatwiłam to odpowiednio wcześnie, aby tego właśnie uniknąć – opowiada niedoszła klientka lokalu.
Termin potwierdziła w styczniu bieżącego roku. Razem z właścicielką ustalono menu i wszystko wydawało się iść prawidłowo. Dodatkowo, na początku kwietnia wpłaciła zaliczkę w wysokości 400 złotych, aby umowa była wiążąca. Wszystko toczyło się zgodnie z planem. Jakie było jej zdziwienie, gdy miesiąc później, na kilka tygodni przed planowaną komunią, otrzymała od właścicieli lokalu odmowę zorganizowania imprezy. Na jej miejsce zapisano inną osobę.
- Tłumaczenie było tak żałosne, że tak naprawdę nie wiedziałam, jak się do tego odnieść – opowiada oburzona kobieta.
Według niej komunia, którą organizowała, okazała się mniej atrakcyjna od tego, co zaproponował właścicielce inny klient.
- Do mnie przychodzi tylko czternaście osób, tak że rozumiem, iż właścicielowi zależało na większym zarobku. Szkoda tylko, że odbyło się to moim kosztem – dodaje.
Zdaje sobie sprawę z tego, że rozmowa byłaby inna, gdyby wcześniej podpisała z właścicielami lokalu umowę. Mając tylko kwitek wpłaty zaliczki, nie miała argumentów, aby zmusić właścicieli restauracji do wywiązania się z wcześniejszych ustaleń. Właścicielka lokalu zapytana przez nas, potwierdziła wersję matki ośmiolatka. Rzeczywiście, zarezerwowała sobie lokal już dwa lata temu i wpłaciła zaliczkę. Nie zgadza się jednak ze stwierdzeniem, że chodziło o większy zarobek, tylko o nieporozumienie.
- Przepraszam za to niedopatrzenie, taka sytuacja zdarzyła się pierwszy raz. Wyniknęło to z błędu, że klientka nie powiedziała, że jej syn idzie do komunii z dziećmi z Pniewa, tylko że chodzi do Szkoły Podstawowej nr 1, a tę imprezę rodzice robili wspólnie – tłumaczy właścicielka.
Ostatecznie stwierdziła jednak, że jej klient zgłosił swoją propozycję jeszcze wcześniej niż matka chłopca, jednak personel restauracji… zapomniał o tym fakcie.
Zaliczka to nie zadatek
O to czy można było tak potraktować klientkę, zapytaliśmy Waldemara Mejnę, powiatowego rzecznika praw konsumenta. On uważa, że podstawą tego typu roszczeń jest udowodnienie, że pomiędzy klientem a właścicielem restauracji doszło do zawarcia umowy i że z winy właściciela restauracji do wykonania tej umowy nie doszło.
- Posiadanie umowy na piśmie na pewno ułatwia dochodzenie roszczeń w takich sytuacjach, ale też brak takiej pisemnej formy umowy nie wyklucza możliwości reklamacji o ile da się udowodnić innymi dowodami, że do zawarcia takiej umowy doszło w formie ustnej – tłumaczy rzecznik.
Jak mówi, można tutaj powołać się na dowody typu zeznania świadków, pokwitowania wpłaty lub zwrotu zaliczki, a nawet monitoring, jeśli takowy był w miejscu, w którym zawarto umowę. Dodatkowo, jeżeli przy tym jest formalne potwierdzenie wpłaty i użyto na nim słowa zadatek, to klientka ma prawo domagać się jego zwrotu w podwójnej wysokości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze