Reklama

Absolwent gryfińskiego gimnazjum wspomina czasy szkolne - wywiad z Danutą Bus, kadrową placówki | Gazeta Gryfińska

- Pytano się mnie, czy będę robiła remont. Nie, bo jestem już po remoncie. Na pewno wykonam pewne odgruzowanie. Mój dom jest domem otwartym. Cały czas coś się dzieje, ktoś przychodzi, ktoś wychodzi. Bardziej z obowiązku, niż z pasji, muszę zająć się ogródkiem – mówi Danuta Bus, która po 25 latach opuszcza mury szkoły przy ul. Iwaszkiewicza w Gryfinie

Jako absolwent gryfińskiego gimnazjum nie przypominam sobie, by w jakimkolwiek momencie mojej gimnazjalnej nauki korytarz główny świeciłby pustkami.

Danuta Bus: Dzisiejsze dzieci mogłyby nie zrozumieć jak wyglądała szkoła 20 lat temu. W szczytowym momencie mieliśmy ponad 1400 uczniów w wieku gimnazjalnym! Jak te mury to zniosły, trudno sobie wyobrazić (śmiech).

 

Mnie zastanawia jak zniosła to pani i reszta nauczycieli. W moim roczniku - 1990 - klas było, bodajże od A do P.

- A w niektórych rocznikach były też klasy „R”, „S”, a nawet „T”. Pomnożyć przez trzy piony i mamy 1400. To było gimnazjum gminne, więc uczyły się nie tylko dzieci z Gryfina, ale wszystkich sołectw. Uczniowie byli dowożeni z ponad 40 miejscowości.

Reklama

 

Dlatego ciekawi mnie pani perspektywa i problematyka związana z prowadzeniem tak dużej placówki.

- Bardzo dobrze przygotowana do tego była nasza kadra pedagogiczna. Bardzo szybko mieliśmy doradcę zawodowego, a później psychologa, co nie było jeszcze wtedy zwyczajem. W dalszym ciągu nie jest standardem, a mowa o wydarzeniach sprzed 20-25 lat. Już wtedy mieliśmy to dobrze rozwiązane. Funkcjonowały zespoły wychowawcze, współpracowaliśmy z Samorządem Uczniowskim. Dyskutowaliśmy z uczniami, rodzicami o tym, jak rozwiązywać pewne kwestie. Jak radzić sobie z problemami, bo tych nie brakowało. Był taki moment, że to czego najbardziej pilnowaliśmy, to bezpieczeństwo. Bo dzieciaki były różne.

Reklama

 

Co ciekawe, rozmawialiśmy już na ten temat… dwadzieścia lat temu na łamach szkolnej gazetki „To i Owo”.

- Przed naszym spotkaniem przejrzałam jej archiwum. Przez 25 lat udzieliłam sporo wywiadów dla „szkolnej prasy”, ale rozmowa z panem zapadła mi szczególnie w pamięci.

 

W końcu mowa o wywiadzie okładkowym! I nawet z perspektywy czasu dość kontrowersyjnym, bo motywem przewodnim była rozmowa na temat monitoringu szkolnego. 13-letni dziennikarz pytał m.in. czy nie uważa pani, że kamery na korytarzu są naruszeniem uczniowskiej prywatności…

Reklama

- Z wiedzą, którą teraz posiadam, dzisiaj nie zdecydowałabym się na taki ruch i nie zakładałabym kamer w szkole. Bardziej zależy mi, by dzieci/młodzież miały wypracowane zasady zachowania, a nie kierowały się presją obiektywu. „Tutaj cię nie uderzę, ale przejdziemy obok i oberwiesz”.

 

Tak właśnie było! Ile razy widziałem scenę, w której „uczeń A” przeciągał „ucznia B” w ciemny kąt… Wszyscy doskonale wiedzieli, których miejsc korytarza nie obejmuje „oko kamery”.

- Dziś bym się na to nie zdecydowała, ale wtedy mieliśmy tak dużo dzieci, że to było nieodzowne. Na tamten czas zamontowanie monitoringu szkolnego było prekursorskim i finalnie bardzo dobrym rozwiązaniem. Przestały masowo ginąć telefony komórkowe.

Reklama

 

W 2003 r., gdy przyszedłem do szkoły, nie było jeszcze szatni. Na parterze znajdowały się „amerykańskie szafki”. Jedna przypadała na 2-3 osoby. Kilku kolegów miało pecha, bo stracili zostawione w niej rzeczy. Pamiętam, że plaga kradzieży dotyczyła nie tyle pojawiających się wówczas telefonów, co… kurtek, a nawet butów. Gdy rodzice kupili mi pierwsze Nike, bardziej doświadczony kolega powiedział, że ktoś może mi je ściągnąć ze stóp. Myślałem, że żartował, ale takie sytuacje rzeczywiście miały miejsce.

Reklama

- Kradziono w zasadzie wszystko. Telefony, kurtki, nawet rzeczy bez pozornie większej wartości. Należy pamiętać, że w szkole uczyło się ponad 1400 dzieci z różnych środowisk. To, co dla jednego było bezwartościowym przedmiotem, dla kogoś z mniej sytuowanej rodziny mogło stanowić mały skarby. Na początku XXI wieku ogólnie dzieci miały znacznie mniej „gadżetów”, niż aktualnie.

 

Bardzo nas straszono gryfińskim gimnazjum. Wychowaliśmy się w malutkiej i spokojnej SP2, gdzie każdy znał każdego, a nagle musieliśmy wejść do tego tygla, złożonego nie tylko z dzieciaków z innych części miasta, ale też gminy. Niekoniecznie rówieśników.

Reklama

- Przekrój wiekowy bywał naprawdę szeroki. Mamy absolwenta, który skończył gimnazjum w wieku… 21 lat. Jego wychowawczyni chodziła z nim na terapię antyalkoholową, bo rodzina się zbytnio nie interesowała. Jako szkoła przejęliśmy obowiązek opiekuńczy i nie skreślaliśmy go nawet, gdy ukończył pełnoletność.

 

Cała rozmowa znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/07/2024 11:16
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    toi - niezalogowany 2024-07-06 08:26:56

    a czas służby lewakom???

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama