Postać Henryka Rusieckiego zaciekawiła nas w listopadzie, gdy na fanpejdżu Klubu Biegacza Hermesa pojawiła się informacja o jego udziale (i świetnym wyniku) w Maratonie Nowojorskim. Umówienie się na rozmowę było długotrwałym procesem. Chociaż obaj jesteśmy gryfinianami mieszkającymi w Szczecinie, musieliśmy dostosować swoje dzienne harmonogramy. Gdy w końcu udało się spotkać, nie żałowałem. Henryk Rusiecki to nie tylko interesujący rozmówca, ale także biegacz mogący stanowić inspirację dla innych. Jego życie pokazuje bowiem, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie
Jak było z tym Nowym Jorkiem?
Henryk Rusiecki: Już mówię. W 2014 roku wziąłem udział w Maratonie w Dębnie i zająłem drugie miejsce wśród 60-latków, z czasem 3.26.32. Wtedy zamarzyłem o Maratonie w Nowym Jorku.
Drogie marzenie.
- Bardzo drogie. Ze względu na wielkie zainteresowanie, wpisowe kosztuje 400 dolarów! A przecież trzeba też zapłacić za samolot w dwie strony i nocleg. Majątek. Nie mógłbym sobie na to pozwolić, gdyby nie pomoc syna. O 2005 roku mieszka w New Jersey, 80 kilometrów od Nowego Jorku. Ma tam bardzo dobrą pracę, na kierowniczym stanowisku, założył rodzinę. W ramach prezentu kupił mi bilety lotnicze, dzięki czemu, w 2014 roku wziąłem udział w Maratonie Nowojorskim.
Czyli w 2019 roku nie był to pana pierwszy raz.
- Nie, łącznie biegałem dwa razy w Nowym Jorku.
Jakie to uczucie?
- Fenomenalne! W biegu bierze udział 53 508 zawodników z całego świata. Cały park i ulice były obstawione policją. Kibice znajdowali się na całej trasie. Ludzie biją biegaczom brawo, dopingują, przybijają „piątki”. Na trybunach znalazł się też się mój syn i cała jego rodzina: żona i dzieci. Nie mogłem nawalić!
Cały wywiad znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze