90-letnia kobieta najprawdopodobniej zaczadziła się w pokoju, w którym doszło do zaprószenia ognia. Pożar, którego była jedyną ofiarą, wybuchł w nocy z 18 na 19 stycznia br. Pisaliśmy o nim w wydaniu gazety z 26 stycznia. Dzięki sprawnej interwencji strażaków nikt więcej nie ucierpiał, a kamienicę udało się uratować, jednak na portalu Andrzeja Kordylasińskiego (igryfino) ukazał się artykuł krytykujący akcję ratunkową za rzekomy brak pomocy dla pogorzelców. Niedługo po ukazaniu się tej publikacji skontaktowali się z nami przedstawiciele służb, którzy twierdzą, że w artykule zawarto nieprawdziwe informacje
Okoliczności pożaru są w zasadzie jasne. Przyczyną zaprószenia ognia, ku której skłaniały się służby, był niedopałek papierosa, z którym ofiara zasnęła w pościeli. Olbrzymie zadymienie doprowadziło do zaczadzenia kobiety i zaalarmowało lokatorów z piętra wyżej. Wezwano straż pożarną, przyjechała policja i gminne służby kryzysowe. W ciągu pół godziny od zgłoszenia pożar był opanowany, a wszyscy lokatorzy ewakuowani w bezpieczne miejsce. Jeśli dodamy, że nad lokalem, który zajął ogień, były kolejne kondygnacje mieszkań, w których przebywali ludzie, służby spisały się na medal. Nie było rannych, żadna z ewakuowanych osób nie wymagała pilnej interwencji medyków. Dwie godziny od rozpoczęcia akcji gaśniczo-ratunkowej lokatorzy wrócili do swoich mieszkań.
CEL, PAL, OGNIA!
Jakież było zdziwienie osób uczestniczących w akcji ratowniczej, gdy niespełna tydzień po tych wydarzeniach Andrzej Kordylasiński z Cedyni rozpętał na swoim portalu wymierzoną w nich nagonkę. Konkretnie w gminną administrację.
- O to, co zrobiły służby burmistrza, pytaliśmy Mieczysława Sawaryna w ostatnią środę. W piątek dopytaliśmy ponownie (…). Pytaliśmy go o „działania gminnej komisji antykryzysowej. Bo mieli prawdopodobnie podstawić autokar, a okazuje się, że mieszkańcy narzekają, że musieli kilka godzin w nocy, na śniegu czekać do końca akcji” – stwierdzał w swoim tekście A. Kordylasiński.
To właśnie stąd w przestrzeni publicznej pojawiły się „informacje” o ludziach, którzy w nocy musieli długo oczekiwać na zakończenie działań służb.
Odpowiedź Mieczysława Sawaryna pojawiła się na igryfino nazajutrz po zamieszczeniu tam rewelacji dotyczących pożaru: z przykrością zauważam, że kolejny raz podaje pan nieprawdę w swoim komentarzu związanym z pożarem mieszkania przy ul. Piastów 15.
A. Kordylasiński wypowiedź burmistrza skwitował w sposób, który obrazuje, czym jest dla niego etyka zawodowa:
- Z przykrością stwierdzamy, że w tym przypadku burmistrz ma problemy czytania ze zrozumieniem (…), Mieczysław Sawaryn próbuje tworzyć teorie spiskowe. I na dodatek zwleka z odpowiedzią na proste pytania, a potem do innych ma pretensje – to tylko wybrane przykłady retoryki A. Kordylasińskiego. Na prośbę burmistrza, by właściciel sprostował na swoim portalu niezgodne z prawdą informacje, ten napisał: Jedyne zo mozna sprostować to panską „niepradę w swoim komntarzu”. Radzimy przysiaśc fałd i czytac ze zrozumieniem” [pisownia oryginalna – red.].
Aby przekonać się o politycznym skręcie portalu igryfino.pl i otwartej walce jego właściciela z administracją M. Sawaryna, wystarczy krótka lektura jego postów. Otwarcie sprofilowane zabarwienie publikacji podbijane jest komentarzami „czytelników”, których poziom unaocznia cel i charakter tego portalu. O tym jak A. Kordylasiński traktuje adwersarzy treści, które puszcza w świat, wiedzą wszyscy, którzy choć raz próbowali zamieścić na jego portalu polemiczny komentarz pod adresem jego lub jego internetowego dzieła. Jego konie, jego wóz, można by powiedzieć… Jak się jednak okazuje, wiele osób dotkniętych jego publikacjami uważa takie postępowanie co najmniej za nierzetelne.
WIESZ, ILE CHCESZ
Zaraz po publikacjach o „ludziach marznących godzinami na mrozie”, otrzymaliśmy kilka telefonów od przedstawicieli służb biorących udział w akcji ratunkowej. Byli oburzeni takim stawianiem sprawy. Tym bardziej, że – co zgodnie podkreślali – A. Kordylasiński nie kontaktował się z nimi, nie weryfikował wersji wydarzeń, którą przedstawił.
W swoim tekście „Pogorzelcy czekali w zimnie na dworze. Przeżyli dzięki bohaterom” narrację oparł na: wypowiedziach anonimowej „mieszkanki”, „kolejnego z rozmówców mieszkającego w pobliżu wielorodzinnego domu”, „jednego z komentujących” oraz „wczuwającej się w sytuację poszkodowanych innej komentującej”.
Aby przedstawić miarodajny obraz sytuacji, zbędnym dla Kordylasińskiego były relacje prowadzących akcję ratowniczą przedstawicieli Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Gryfinie, obecnych na miejscu członków Gminnego Centrum Zarządzania Kryzysowego, którym zarzucono indolencję, czy w końcu tych mieszkańców kamienicy, których ocena akcji ratunkowej jest zgoła odmienna od tej ferowanej przez igryfino.
Nadrobiliśmy te dziennikarskie zaległości. Tak po koleżeńsku - żeby nie było.
W KAMIENICY
Udaliśmy się do budynku przy ul. Piastów 15, by porozmawiać z mieszkańcami, którzy byli na miejscu, gdy wybuchł pożar. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to fakt, że nieomal przeoczyliśmy mieszkanie na pierwszej kondygnacji, w którym zginęła jedyna ofiara zdarzenia. Klatka schodowa nie nosiła znamion pożaru, który trawiłby cały budynek. O tym co działo się za jego drzwiami, świadczyły jedynie wystawione na klatkę schodową okopcone półki i część wyposażenia. Potwierdza to wersję strażaków, którzy w raporcie przede wszystkim zwracali uwagę na bardzo duże zadymienie w budynku.
Wspomniane mieszkanie było puste. Sąsiedni lokal wynajmują ponoć „jacyś Ukraińcy”. To jedyne mieszkanie, z lokatorami którego nie udało się nam zamienić słowa, bo mimo pukania do drzwi, nikt ich nie otworzył.
Piętro wyżej trafiliśmy na rodzinę, która powiadomiła służby. Szczęśliwie dla siebie, jako pierwsi z budynku sami ewakuowali się na zewnątrz. Wybiegli niemal tak, jak wyrwał ich ze snu alarm członka rodziny. To oni doświadczyli zimna, czekając na ratunek najpierw na klatce schodowej, a później przez jakiś czas przyglądając się akcji ratunkowej na zewnątrz budynku. Gdy nawiązaliśmy rozmowę, zbiegiem okoliczności trafiliśmy również na lokatorkę innego lokalu z tego samego piętra.
- Akcja ratownicza odbywała się od godz. 1.30. Na klatce schodowej staliśmy od 1.00. Nikt się tym nie interesował. Dopiero później policja zareagowała i wsadzili nas do radiowozu. My nie zdążyliśmy się ubrać. Sąsiadka przecież wyszła z domu w piżamie, a ja w koszuli nocnej i laczkach – usłyszeliśmy od kobiety, której syn zadzwonił pod numer 112 (dane rozmówców do wiadomości redakcji).
Na nasze pytanie, czy panie sygnalizowały komuś potrzebę zaopiekowania, usłyszeliśmy, że nie.
- A co, oni nie widzieli, że my stoimy? Okna na klatce były pootwierane i tak staliśmy. A na górę już nie można było wejść. Gdy postawili ten wiatrak, żeby wydmuchać z klatki dym, wyszliśmy na dwór. Dopiero syn zareagował i policja wsadziła nas do radiowozu. Nie powiem, policjant był bardzo miły, nagrzał radiowóz i później czekaliśmy w środku. Nie było żadnego autobusu, niech ktoś nie gada głupot. Nikt nas nigdzie nie wywoził – dodała nasza rozmówczyni.
Według jej syna, dopiero, gdy strażacy przystąpili do ewakuacji mieszkańców z lokalu położonego piętro wyżej, sąsiad zniósł im koc. Do tej pory jego matka i sąsiadka z mieszkania na tym samym piętrze miały stać na zewnątrz bez kurtek czy innej wierzchniej odzieży. Z tego co pamięta, od momentu, gdy zadzwonił pod numer 112 do czasu przyjazdu straży pożarnej, miało minąć około ośmiu-dziewięciu minut. Ugaszenie ognia i przystąpienie do oddymiania klatki schodowej kolejne dwadzieścia, może pół godziny. Przez cały ten czas on, jego brat, matka oraz wspomniana sąsiadka mieli stać na zewnątrz, nie licząc pobytu w radiowozie.
Do mieszkań wspomniana czwórka wróciła po zakończeniu oddymiania i sprawdzeniu, czy lokatorom nie grozi dalsze niebezpieczeństwo. Przyznają, że pozwolono im wrócić do siebie, ale nikt nie wspominał o takiej ewentualności jak ewakuacja. Takie pytanie miało paść jedynie pod adresem sąsiadki z ich piętra. Przez swąd spalenizny do piątej rano mieli siedzieć w mieszkaniu przy otwartych oknach, odziani w kurtki i koce. Przyznają też jednak, że do nikogo się nie zwracali, ani nie sygnalizowali potrzeby wsparcia.
DRUGA STRONA MEDALU
A co na to inni sąsiedzi? Gdy kończyliśmy rozmowę z synem wspomnianej kobiety, zatrzymała się przy nas mieszkanka lokalu położonego na samej górze kamienicy.
- My na końcu schodziliśmy. Wszyscy już byli na dole, ewakuowani. Ile to było od rozpoczęcia akcji, to nie wiem, bo spaliśmy. Strażak przyleciał, pootwierał jeszcze na strychu okna i jak schodziliśmy, to już było w zasadzie po dymie, już go zdążyli wydmuchać. Od momentu jak zeszliśmy, do czasu, gdy można było z powrotem do domu wejść, to minęła godzinka. Wiem, bo patrzyłam na zegarek – usłyszeliśmy od kobiety.
Na nasze pytanie, czy wraz z mężem rozważali ewakuację w inne miejsce, nasza rozmówczyni zaprzeczyła.
- My wyszliśmy ubrani w kurtki, na zewnątrz ratownik zapytał, jak się czujemy, czy potrzebujemy jakiejś pomocy, ale takiej potrzeby nie było. Policjant też się pytał, czy wszystko w porządku. Nie zauważyłam, żeby coś z akcją ratowniczą nie grało – stwierdziła, dodając, że jej perspektywy nie powinno być żadnych zastrzeżeń do obecnych na miejscu służb.
Po tych słowach sąsiedzi zgodzili się, że optyka zależała od tego, w którym momencie ktoś wyszedł na zewnątrz.
Szczęśliwie dla nas, zastaliśmy też w domu małżeństwo z lokalu położonego na drugim piętrze. Kobieta chętnie wpuściła nas do siebie na chwilę rozmowy.
- Wszystko działo się bardzo szybko. Przybiegł strażak, ale zdążyliśmy się ubrać. Na pewno nie marzliśmy. Była odwilż i nie było zimno. Oboje z mężem mieliśmy na sobie kurtki – stwierdziła gospodyni.
- Każdy by poszedł i upomniał się przecież w razie potrzeby – dodał jej mąż, gdy przytoczyliśmy wersję o „ludziach marznących godzinami na mrozie”.
- Cała akcja trwała raptem półtorej godziny. Tamci państwo wyszli jako pierwsi, mąż jeszcze koc chwycił dla tej pani. Żadna myśl, żeby się dokądś ewakuować nie przeszła mi nawet przez głowę. Jedyne co mnie bolało, to fakt, że tak strasznie śmierdziało spalenizną. Ale też nie było tak, żeby strażacy zabronili zamykać okna. No i nie każdemu łatwo jest wstrzymać oddech na dłuższy czas. Jak strażak nas wyprowadzał, to mieliśmy tak zrobić, a na klatce nie było nic widać. Uważam, że w takiej sytuacji powinniśmy mieć maski. Poza tym wszystko poszło sprawnie. Nieprawda, że ludzie godzinami stali na mrozie. Po półtorej godzinie byliśmy z powrotem w domu – zakończyła.
PUENTA
Trudno odmawiać komuś subiektywnej oceny, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Jeśli ktoś twierdzi, że zmarzł, to zmarzł. Niemniej przesądzanie o wydarzeniu, w którym uczestniczyło wiele osób, bazując na małym wycinku całości, budzi wątpliwości. A. Kordylasiński ostrze swej krytyki wymierzył w gminne struktury, które rzekomo nie zabezpieczyły możliwości ewakuacji pogorzelców i nie podstawiły autobusu. Fakty są takie, że autobus był do dyspozycji kierującego akcją ratunkową. Dlaczego właściciel igryfino nie zapytał osób, które były wtedy na miejscu? Dlaczego deprecjonuje ich pracę i poświęcenie? Może jego celem było takie właśnie działanie? Usłyszeć to, co ma być usłyszane i ustalić to, co ma być ustalone? Byle dokopać?
Na koniec oddajemy głos komendantowi PSP w Gryfinie, który - tak się złożyło - był na miejscu prowadzonej akcji oraz osobom, które najbardziej dotknęły publikacje właściciela portalu z Cedyni.
• Jakub Stankiewicz
NIKT NA MIEJSCU NIE SKARŻYŁ SIĘ NA JAKIŚ DYSKOMFORT
Mówi bryg. Sławomir Michalski, komendant Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Gryfinie
- Byłem na miejscu. Mieliśmy oczywiście do czynienia z tragedią, bo zginął człowiek. Sama akcja nie trwała jednak długo. Zaraz po niej pomieszczenia oraz klatka schodowa zostały przewietrzone. Kilka osób, które stały na zewnątrz, było ubranych, część z nich paliła papierosy. Ponieważ na miejscu była też obecna policja, pojawiła się propozycja, by ci ludzie wsiedli do radiowozów. Zdaje się, że jedna osoba skorzystała z tej możliwości. Po tym, gdy wspólnie z pogotowiem gazowym stwierdziliśmy, że sytuacja to umożliwia, wszystkie te osoby wróciły do mieszkań. Od naszego przyjazdu do tego momentu minęły może dwie godziny. Wszystko jest dokładnie zapisane w meldunkach. Na zewnątrz warunki nie były jakieś nadzwyczajne. Był śnieg, ale tej nocy akurat była odwilż, wszystko topniało. Przede wszystkim nie było wietrznie. Było znośnie. Relacje, które gdzieś tam się ukazały, były mocno przesadzone. Osoba, która je pisała nie kontaktowała się ani ze mną, ani z nikim od nas. Nikt na miejscu nie skarżył się na jakiś dyskomfort - cieplny czy inny. My zajmujemy się akcją ratowniczo-gaśniczą. Na bieżąco informujemy wszystkie potrzebne służby, w tym służby kryzysowe danej gminy w zakresie skali potrzebnej pomocy. Gdy przybyłem na miejsce, dostałem od dowodzącego akcją informację, że autobus jest w drodze. Sprawnie przeprowadziliśmy ewakuację z budynku, zapewniając bezpieczeństwo osobom w sytuacji zagrożenia życia. Nigdy nie będzie tak, że wszyscy zawsze będą zadowoleni. Dla mnie to jest takie wymyślanie tematów na siłę.
NIE KOMUNIKOWANO POTRZEBY POMOCY
Mówi Olga Woś, dyrektor Centrum Usług Wspólnych w Gryfinie
- To, jak tę sytuację przedstawiono na portalu pana Kordylasińskiego, mocno odbiega od rzeczywistości. O godz. 2.00 skontaktował się ze mną kierownik Gminnego Centrum Zarządzania Kryzysowego, informując o pożarze i ewentualności zabezpieczenia mieszkańców. Niezwłocznie skontaktowałam się z naszym kierowcą, podając mu adres, by podjechał tam autobusem, którym dysponujemy. Na ul. Piastów autobus był dwadzieścia minut po tym telefonie. Wynika to z tachografu, który jest w autobusie. Miejsce postoju ustalono z dowodzącym akcją. Sama byłam na miejscu mniej więcej o 2.30. Miałam nawet ze sobą klucze od Klubu Nauczyciela, na wypadek, gdyby osoby starsze lub dzieci wymagały opieki, no i żeby osobom dorosłym ułatwić też załatwienie swoich spraw. Taka sytuacja nie miała jednak miejsca. Strażacy szybko uporali się z akcją gaśniczą. Wkrótce po jej zakończeniu na podwórku nie było już żadnych osób, które komunikowałyby potrzebę pomocy. Współczujemy osobom, które dotknął pożar. Sytuacja stresowa rodzi rozgoryczenie, ale my postąpiliśmy zgodnie z procedurami. Byliśmy tam razem z kierowcą. Po dziesięciu minutach otrzymaliśmy od straży informację, że wszyscy mieszkańcy są zabezpieczeni i możemy wracać. Informacje o tym, że ludzie przez kilka godzin czekali na pomoc na mrozie, wprawiły mnie w osłupienie. Zarówno ja, jak i moi pracownicy wykonujemy nasze obowiązki najlepiej jak potrafimy. I będziemy je wykonywać bez względu na oceny osób, które nawet nie wykonały telefonu w celu zweryfikowania tych doniesień. Zresztą to nie zdarza się pierwszy raz. Widać w takich realiach funkcjonujemy i trzeba mieć grubą skórę.
DLACZEGO NIKT NIE ZAPYTAŁ DOWÓDCY AKCJI GAŚNICZEJ - JAK BYŁO?
Mówi pan Grzegorz, kierowca autobusu
- Mieszkam przy ul. Grunwaldzkiej. W nocy, około 2.00 odebrałem dwa telefony. Najpierw od pani dyrektor Olgi Woś, a potem od kierownika zarządzania kryzysowego. Dostałem polecenie, aby podstawić autobus. Zdążyłem jedynie umyć twarz, ubrać się i poleciałem. Piętnaście minut później zameldowałem dowodzącemu akcją, że stoję z gminnym autobusem przy kamienicy od strony ul. Piastów. Polecił mi, bym pozostał w tym miejscu. Chwilę później na miejsce przyjechała pani dyrektor CUW. Czekaliśmy do momentu, aż można było wejść na podwórko. Nie licząc służb, nikogo z pogorzelców, żadnych ludzi tam nie widziałem. Wtedy podszedł do nas dowódca i poinformował, że nie ma osób chętnych, by skorzystać z autobusu. Skąd to się wzięło, że kilka godzin ktoś stał na mrozie, skoro sama akcja trwała bardzo szybko? Nie wiem, kto to tak rozdmuchał. W autobusie mam tachograf, wszystko można dokładnie sprawdzić. Z miejsca, gdzie stał autobus, pod kamienicę, w której wybuchł pożar dojechałem w dwie minuty. Absolutnie nikt tego nie sprawdził. Mnie jak mnie, ale dlaczego nikt nie zapytał - jak było - dowódcy akcji gaśniczej? Bierze się jakieś informacje z sufitu. Dziwię się, że nie pojawiło się jeszcze słowo przepraszam. Wygląda, że to wszystko jest nastawione politycznie, a nie na to, jak rzeczywiście było.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze