Reklama

Aiteka, Magrao, Griszin, Dubovik, Igbokwe. Wspominamy obcokrajowców, którzy grali w Energetyku Gryfino

Od tego sezonu, w barwach Energetyka oglądać możemy Japończyka i Hiszpana. To dobra sposobność, by przypomnieć obcokrajowców, którzy dotąd reprezentowali klub z Gryfina. W jego historii kibice oklaskiwali dotąd dwunastu zagranicznych graczy: po dwóch Nigeryjczyków i Japończyków, po trzech Białorusinów, czterech Ukraińców oraz Brazylijczyka o prawdziwie brazylijskiej duszy. Przypominamy archiwalny artykuł o "gryfińskich stranierich"

Pierwszymi obcokrajowcami, w historii gryfińskiego klubu, byli zawodnicy z dawnych republik radzieckich. Palmę pierwszeństwa w tym względzie dzierżą Siergiej Dubovik i Nikołaj Griszin.

- Pierwszym obcokrajowcem w Gryfinie był Siergiej i to on ściągnął do nas „Kole”. Byli kolegami. Pochodzili z Mińska i grali tam w 2.lidze – tłumaczy Mirosław Stelmach.

Białorusini dołączyli do zespołu trenera Marka Blumki. Choć Dubovik trafił do Gryfina szybciej, publiczności jako pierwszy zaprezentował się Griszin, bramkarz o bardzo dobrych warunkach fizycznych. Jesienią 1992 roku wystąpił w dwunastu spotkaniach 3.ligi, w wielu z nich będąc wyróżniającą się postacią drużyny.

Reklama

Tak było 29 sierpnia, gdy Energetyk grał w Poznaniu z rezerwami Lecha.

- Puścił co prawda trzy bramki do przerwy, ale obronił dziesięć kolejnych strzałów, które powinny znaleźć się w siatce. Zmotywował kolegów z pola, którzy zdołali sensacyjnie doprowadzić do remisu – wspomina M. Blumka. Przygoda Griszina z gryfińskim klubem trwała zaledwie pół roku i zakończyła się niesmakiem.

- Mieszkał w internacie przy ul. Łużyckiej. Nie zjawił się na treningu, więc działacze pojechali sprawdzić co z nim jest. Zastali pusty pokój. Uciekł z dnia na dzień – zdradza Blumka, dodając, że nie to było w całej sytuacji najgorsze.

Reklama

- Wkurzyliśmy się, bo w tym czasie kupiliśmy bardzo drogi sprzęt bramkarski, który Griszin zabrał ze sobą – uznaje.  

 

Wślizgiem w Roberta Gadochę

Za sprawą wyjazdu „Kola” nie pozostawił po sobie dobrego wrażenia. Co innego Dubovik, który w kolejnych latach pełnił w klubie rolę masażysty, a nawet trenera pierwszego zespołu!

- To chyba jedyny obcokrajowiec, który wrósł w społeczność. Dał się poznać jako bardzo fajny i wesoły facet. Został tu na kilka lat, a potem często przyjeżdżał w odwiedziny– mówi Mirosław Stelmach, bliski kolega Dubovika, z którym spotykał się prywatnie, świętował uroczystości rodzinne, a ich rodziny spędzały razem czas. To ostatnie było możliwe tylko latem, gdyż dwóch synów i żona Siergieja, będąca nauczycielką, mieszkali na co dzień w Mińsku.

Reklama

Dubovik trafił do Polski w marcu 1992 roku, o czym poinformował „Głos Szczeciński”, odnotowując przyjazd pięciu zawodników na testy do Polic. Skrzydłowy z 2.ligi białoruskiej nie został jednak w Chemiku. Być może za sprawą polecenia, swoje kroki skierował do Gryfina, gdzie szybko znalazł wspólny język z zawodnikami.

- Na tyle wkomponował się do drużyny, że został w mieście nawet mimo tego, że nie został zgłoszony do ligi. Pojawiły się straszne problemy z formalnościami. Udało się go zarejestrować dopiero dzień przed sezonem 1992/1993. Marek Błaszkowski specjalnie w tym celu pojechał do Warszawy –  mówi Marek Blumka, charakteryzując Dubovika jako pracowitego, sumiennego zawodnika i bardzo dobrego człowieka.

Reklama

Nie był wirtuozem, lecz wykazywał charakter do piłki i znał poczucie hierarchii. Z tego powodu, wykonywał na zajęciach każde polecenie i ćwiczenie wydane przez trenera. Był też zadziorny, o czym przekonał się… Robert Gadocha.

Podczas meczu gryfińskich oldbojów z Orłami Górskiego w maju 1996 r., Dubovik zaatakował byłego reprezentanta kraju wślizgiem, co doprowadziło do scysji. Na szczęście, na posterunku znaleźli się koledzy Białorusina, którzy szybko załagodzili sytuację.

 

Piłkarz, masażysta, trener

Reklama

Siergiej nie spędził w Gryfinie wiele czasu jako piłkarz. Bardzo szybko zmienił swoje kwalifikacje, zostając masażystą zespołu. Wiele wskazuje na to, że kierował się w tym względzie pragmatyzmem.

- Coś mi świta, że przepisy po roku się zmieniły i znów miał problemy z graniem. Został więc masażystą i dostał pozwolenie na pracę, papierek który pozwolił mu zostać w Polsce – wspomina Stelmach.

Było to o tyle istotne, że poza sportem, zawodową aktywność Dubovika stanowił handel.

- Siergiej sprowadzał samochody z Niemiec i z tego właśnie żył. Nie chodzi tu o żadne przestępstwa. To był wykształcony, mądry człowiek który znalazł swoją niszę w handlu – tłumaczy Stefan Ragan, młodszy kolega z drużyny.

Reklama

Z czasem, gdy Dubovik coraz lepiej poznał język, spróbował swoich sił w szkoleniu młodzieży.

- Był moim pierwszym trenerem, gdy trafiłem na trening rocznika 1986 – mówi Patryk Deptuła. – W tym czasie prowadził też mojego tatę w seniorach. Miał podejście do młodych zawodników. Potrafił zmotywować do pracy i ani razu nie słyszałem, żeby krzyczał. Był spokojny, wyważony, chociaż stanowczy – wylicza skrzydłowy.

Stery pierwszego Energetyka „masażysta” objął w listopadzie 1996 r., zastępując Krzysztofa Urbanowicza. W debiucie przegrał 2:1 z Leśnikiem Międzyzdroje, lecz w następnych kolejkach 4.ligi poszło mu znacznie lepiej. Łącznie prowadził drużynę przez osiemnaście spotkań. Jego bilans zamknął się w jedenastu zwycięstwach i siedmiu porażkach. W tym czasie szansę debiutu otrzymali Kamil Stępień, Paweł Horodyski i Marcin Łapiński, co pokazuje, że nie bał się stawiać na utalentowaną młodzież.

Reklama

- Był przedstawicielem starej szkoły trenerskiej. Było u niego dużo biegania, treningów siłowych, co mi odpowiadało, bo podobnie wyglądały zajęcia w juniorach u trenera Marka Błaszkowskiego. Obaj przyjaźnili się zresztą – komentuje Marcin Łapiński. Po kilku latach spędzonych w Polsce, Siergiej nieźle posługiwał się naszym językiem, wobec czego nie było problemów z komunikacją.

- Mówił dobrze po polsku, ale miał sporo naleciałości językowych, które nas bawiły. Miał też swoje powiedzonka, które chłopaki szybko wyłapywali i później powtarzali – potwierdza Blumka.

Reklama

Dubovik przestał być trenerem Energetyka po sezonie 1996/97, gdy zespół przejął Bogdan Stasiak. Zmiana warty nastąpiła podczas uroczystego zakończenia, podczas którego podopieczni podziękowali szkoleniowcowi z Białorusi, wręczając mu pożegnalny prezent.

- Chłopcy sprawili mi wspaniałą niespodziankę, otrzymałem czapeczkę klubową. Do końca życia będę pamiętał wspaniałą postawę podopiecznych w trakcie mojej pracy i atmosferę tego wieczoru – powiedział redaktorowi „Echa Gryfina i okolic”. Tej samej gazecie wywiadu udzielił nowy trener, wyrażając nadzieję, że S. Dubovik pozostanie w drużynie, wracając na poprzednią posadę – masażysty. Stało się jednak inaczej i Białorusin na stałe wrócił w rodzinne strony. Jako że darzył nasze miasto sentymentem oraz w dalszym ciągu zajmował się samochodowym interesem, często przyjeżdżał w odwiedziny.

Reklama

- Przyjeżdżał zarówno towarzysko, jak i zawodowo. Kilka lat po opuszczeniu miasta zadzwonił do mnie i poprosił, bym zorganizował dla niego obóz w Gryfinie. Był drugim trenerem w 2-ligowcu z Mińska. Załatwiłem jego drużynie nocleg, sparingi, boiska do trenowania. Przyjechali w marcu i siedzieli tu około miesiąca – przypomina sobie M. Blumka, dodając, że od dłuższego czasu nie ma kontaktu z dawnym kolegą. Podobnie zresztą jak Stelmach.

- Parę lat temu kontakt się urwał. Nie wiem co się z nim dzieje, ani czemu się nie odzywa – przyznaje przyglądając się przyjacielowi na pamiątkowym zdjęciu, wykonanym w 1997 roku.

Reklama

 

Brazylijczyk w każdym calu

Na następnego obcokrajowca gryfińscy kibice musieli czekać do 2002 roku, przy czym wybór był znacznie bardziej egzotyczny. Po piłkarzach z Europy Wschodniej sprowadzono Brazylijczyka. Celso Rodrigo de Oliveira, znany jako Magrao, trafił do Energetyka w czasach, gdy trenerem był Marek Błaszkowski. Choć nie pograł w Gryfinie długo, zapisał się w pamięci piłkarzy i sympatyków.

- Występował na środku pomocy, miał ciekawy przegląd pola no i oczywiście był bardzo dobrze wyszkolony technicznie. Marzył o grze w Błękitnych Stargard i cały czas powtarzał „Magrao Błękici” – wspomina Robert Śliwiński.

W podobny sposób zawodnika z Ameryki Południowej zapamiętał Łukasz Cebulski. Aktualny trener Energetyka spotkał się z M. w czasie gry we Flocie Świnoujście.

- Przed każdym treningiem brał piłeczkę tenisową i w ramach rozgrzewki żonglował ją. Nie powiem, wychodziło mu to bardzo dobrze – ocenia skrzydłowy.

Trzeci obcokrajowiec w historii klubu był więc Brazylijczykiem w każdym calu, o czym przekonywał nie tylko na treningach, ale także po zajęciach, podczas wieczorków zapoznawczych z zawodnikami oraz miejscowymi kibicami.

- Już po pierwszym treningu dołączył do nas na zajęciach dodatkowych, w barze przy stadionie. Oglądaliśmy jakiś meczu, oczywiście nie pijąc herbaty. Magrao nie musiał długo przekonywać się do naszego piwa. Zresztą jego aklimatyzacja w mieście przebiegała wzorowo. Szybko nauczył się pić wódkę, lubił pub Dream Team, bawił się na dyskotekach. Raz nawet miał ofertę pracy w … elektrowni, złożoną przez jednego z bardziej znanych gryfinian starszego pokolenia, który nie stronił od rozrywek – mówi kolega M. z boiska.

Piłkarz z Ameryki Południowej miał jeden z bardziej pamiętnych chrztów w zespole.

- Wracaliśmy z pierwszego z wyjazdów. Myślę, że on też długo pamiętał ten przystanek w lesie – uśmiecha się nasz rozmówca.

 

Król świnoujskiej promenady

W Energetyku Magrao rozegrał osiem meczów, w czasie, których zapisał asystę przeciw Darzborowi Szczecinek, strzelił bramkę w wygranym 7:1 spotkaniu z Falą Międzyzdroje i zobaczył trzy żółte kartki. Choć zdaniem ówczesnych piłkarzy Energetyka Brazylijczyk był zbyt delikatny, a technika na tym poziomie nie wystarczała, po rozgrywkach zanotował sportowy awans.

Spadający do 5.ligi Energetyk zmienił na występującą na trzecim szczeblu Flotę. Mimo wejścia na wyższy poziom, nie zmienił swoich przyzwyczajeń.

- Zapamiętałem go jako bardzo sympatycznego chłopaka, bardziej jednak do zabawy niż grania – uśmiecha się Marcin Łapiński. – Chłopaki ze Świnoujścia śmiali się z Magrao, że jest królem promenady. Prezesi ganiali go wieczorami po mieście, bo lubił zaszaleć, nawet przed meczem. Starali się go kontrolować – wspomina „Łapa”.

W podobnym tonie o M. można było przeczytać w „Przeglądzie Sportowym”, który negował umiejętności piłkarzy z odległej Brazylii, zarzucając im notoryczne odwiedzanie pubów i lokali z dziewczynkami.

- Magrao i Roberto, plątający się przez ostatnie kilkanaście miesięcy po klubach zachodniopomorskiego, ze swoimi umiejętnościami nadawaliby się co najwyżej do gry w TKKF – napisał redaktor najstarszego polskiego dziennika sportowego.

Choć trener Miązek w lipcu widział obu w pierwszym składzie („Szczególnie dobre umiejętności prezentuje Magrao”), szybko podzielił opinię dziennikarza „Przeglądu”.

- Są zawodnicy, którzy nie mają już szansy na grę we Flocie. Do Polic nie pojadą Brazylijczycy. Starali się, dopóki nie zgłosiliśmy ich do składu, a teraz przestali. Nie potrzeba nam takich wzmocnień – poinformował w sierpniu 2002 roku za pośrednictwem oficjalnej internetowej strony Floty. W tak właśnie sposób zakończyła się kariera Magrao w regionie.

- Chyba nic nie wyszło z jego chęci gry w Błękitnych. Nie słyszałem też, by trafił do innego klubu z okolicy. Może spróbował sił w innym województwie, bądź ruszył na podbój innych krajów Europy? – zastanawia się Łapiński. Po latach wojaży wrócił do rodzinnej wioski w Brazylii.

 

Problematyczny Aiteka

Przełom wieków był okresem, w którym do polskiej piłki trafiło wielu zawodników z Afryki. Trend związany z zatrudnianiem graczy z Czarnego Lądu nie ominął Gryfina, z tym, że trafił do nas ze sporym opóźnieniem. David Richard Aiteka Odus, pierwszy Afrykanin w historii Energetyka, związał się z klubem w sezonie 2007/08.

Czarnoskóry napastnik, w lutym 2008 roku, mógł pochwalić się niemal czteroletnim stażem na polskich boiskach. Do naszego kraju, w 2004 roku sprowadził go ówczesny dyrektor sportowy Cracovii, Albin Mikulski. Wychowanek Odyssey United FC Lagos nie znalazł jednak uznania w oczach trenera i tym sposobem rozpoczął swoją długą podróż po Polsce.

Po oblaniu testów w Łódzkim Klubie Sportowym, zaliczył krótki epizod  w ŁKS-ie Łomża oraz Lewarcie Lewartów. Chociaż posiadał wszelkie atuty ku temu, by stać się ulubieńcem kibiców (szybkość, technika, egzotyczne jak na tamte czasy pochodzenie), Nigeryjczyk nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca na dłużej. Nie zaniepokoiło to ówczesnych działaczy Energetyka, którzy postanowili dać szansę 22-latkowi, licząc, że w Gryfinie znajdzie spokojną przystań i odskocznie do poważnej kariery.

W przekonaniu utwierdziło ich mocne wejście, jakie napastnik zanotował do zespołu prowadzonego przez trenera Marka Blumkę. Piłkarz z Czarnego Lądu zaprezentował się miejscowym kibicom 15 marca 2008 roku, strzelając w debiucie bramkę Wybrzeżu Rewalskiemu Rewal. Jak pokazał czas, było to dla Aiteki ostatnie trafienie i przedostatnie spotkanie w barwach Energetyka.

Z gryfińskim klubem pożegnał się tydzień później, po przegranym 0:5 meczu z Pogonią Szczecin. Aiteka widziany był wówczas przez kolegów po raz ostatni. W kolejnym tygodniu nie stawił się na zajęciach u nowego szkoleniowca (Blumkę zastąpił Marcin Wojtysiak). Nie było to jednorazowe zaniedbanie, gdyż czarnoskóry gracz nie dał żadnego śladu życia przez cały miesiąc.

- Rozwiązaliśmy z zawodnikiem kontrakt 28 kwietnia 2008 r., gdyż nie poddał się on zapisanym w umowie procedurom. I tak wykazaliśmy się dużą dozą cierpliwości, oczekując na odzew, którego nie było – w sierpniu 2009 r. mówił nam świeżo upieczony wiceprezes KSE, Marcin Para.

Aiteka dał o sobie znać kilka miesięcy później, występując z Energetykiem na ścieżkę sądową. Jak bowiem utrzymywała żona zawodnika, będąca jednocześnie jego pełnomocnikiem, mąż nie stawił się na treningach z powodu złamania nogi, którego doznał w meczu z Wybrzeżem. Katarzyna Aiteka zarzuciła jednocześnie, że działacze Energetyka, wiedząc o urazie, wymusili na jej mężu występ przeciwko Pogoni.

- Zamierzam dochodzić odszkodowania za pozbawienie męża możliwości pracy zarobkowej, gdyż przez cały ten okres nie mógł się związać z żadnym innym klubem. Dochodzi jeszcze kwestia odszkodowania za zaniedbanie i zmuszenie do gry ze złamaną nogą – powiedziała na naszych łamach. Zarząd KSE odrzucił kategorycznie te zarzuty.

- Twierdził, że miał uraz, ale nie mówił nic o złamaniu. Bartosz Paprota przebadał go i postawił diagnozę. Żeby się w niej upewnić, piłkarz musiał przeprowadzić specjalistyczne badania, które potwierdziłyby tezę, że już przy podpisywaniu kontraktu piłkarz miał uraz, o którym nas nie poinformował. Klub zorganizował mu badania w Zdunowie, na które Aiteka nie stawił się. Dopiero po kilku tygodniach przysłał nam dokumentację medyczną, że ma nogę w gipsie – odpowiadał Para.

Po tym, jak Wydział Dyscypliny ZZPN nie dał wiary rewelacjom głoszonym przez Nigeryjczyka, przyznając rację Energetykowi, w konflikt zaangażował się Polski Związek Piłkarzy. Katarzyna Aiteka nie wykluczała zgłoszenia sprawy do FIFY oraz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Spory rozgłos, jakiego nabrała sprawa oraz posądzenia o rasizm sprawiły, że Komisja Odwoławcza ZZPN zmieniła wyrok i nakazała klubowi z Gryfina uregulowanie zaległego wynagrodzenia z odsetkami. Ostatecznie jednak Energetyk oczyszczono z zarzutów.

- Sprawa zakończyła się w PZPN-ie i przyznał nam rację, że piłkarz trafił do Energetyka z zatajonym urazem. Niemniej sprawa ciągnęła się dosyć długo i kosztowała nas sporo pracy – mówi po latach były wiceprezes Marcin Para.

Tym sposobem napastnik z Afryki zapisał się w historii gryfińskiego klubu. Niestety, nie w taki sposób, w jaki oczekiwały tego ówczesne władze Energetyka z prezesem Pawłem Nikitińskim na czele. Zatrudnienie Aiteki, w głównym rozrachunku, przyniosło bowiem znacznie więcej problemów, niż pożytku.

 

Poznał Manna i Ojca Mateusza

Jak potoczyły się dalsze losy napastnika? W sezonie 2009/10 grał w zespole Startu Brzeziny. Kolejnych informacji o jego występach dostarczają rozgrywki 2014/15, gdy reprezentował 4-ligowy MKP Borutę Zgierz. Jak z kolei 16 lipca 2015 roku podał portal widzewiak.pl, Nigeryjczyk pojawił się na treningu Widzewa Łódź. Jego obecność na zajęciach odnotował też serwis lodz.sport.pl, konkludując, że zawodnik odznaczył się na tle testowanych, lecz nie z powodów sportowych.

- Aiteka przyjechał już na środowy trening Widzewa, ale zabrakło dla niego stroju, a swojego nie zabrał – czytamy w relacji. Miniony rok zawodnik spędził w Zawiszy II Rzgów, klubie z łódzkiej klasy okręgowej (odpowiednik naszej Wojewódzkiej Okręgówki). W całym sezonie 31-latek zdołał strzelić jedną bramkę i nie zostawił po sobie dobrego wrażenia.

- Był naszym zawodnikiem przez cały sezon, ale tak naprawdę grał tylko niecałą jesień. Chłopak o niezłych warunkach i może nawet umiejętnościach, ale z chorą głową i roszczeniowy – wymownie ocenił działacz Zawiszy Rzgów.  Jego wypowiedź podyktowana jest przeżyciami, związanymi z osobą nigeryjskiego napastnika. Aiteka, podobnie jak w przypadku „Energii”, dostarczył bowiem Zawiszy jedynie kłopotów.

- Za wiele dobrego nie można o nim napisać. Chciał wmówić naszemu związkowi, że ma podpisany kontrakt, podczas gdy było to kłamstwem. Na szczęście zdołaliśmy to udowodnić i nie spotkały nas konsekwencje – dodaje nasz rozmówca.

Aiteka nie zrobił w naszym kraju większej kariery. Bardziej niż z boisk Nigeryjczyka można kojarzyć z afer oraz występów… w telewizji. W maju 2010 roku były gracz KSE wziął udział w programie „Szansa na sukces”, gdzie u boku Andrzeja Rosiewicza zaśpiewał piosenkę „Podróż poślubna do Kutna”. Przynajmniej w teorii, ponieważ zaraz po pojawieniu się muzyki zarapował bliżej nieokreślony tekst, niemający nic wspólnego z twórczością znanego piosenkarza.

W tym samym czasie David zagrał też epizodyczną rolę w serialu „Ojciec Mateusz”. W 48 odcinku, zatytułowanym „Śmierć na żywo” wcielił się w Johna Waltera, króla bostońskich didżejów, który wziął udział w polsko-amerykańskiej bitwie muzycznej. Przez kilka minut Aiteka przebywał na ekranie razem z tytułowym bohaterem, granym przez Artura Żmijewskiego. Cały odcinek można obejrzeć nieodpłatnie w internetowym serwisie TVP.

 

Pił wódkę na rozgrzanie

Przykład Aiteki nie nastawił działaczy KSE negatywnie do piłkarzy ze Starego Lądu i trzy lata później klub zdecydował się na zatrudnienie innego Nigeryjczyka, Paulinusa Igbokwe. Środkowy pomocnik bardzo szybko zyskał popularność wśród fanów. Wpływ na to miała nie tylko dobra gra (był podstawowym graczem zespołu Rafała Kaliciaka, który w sezonie 2011/12 wywalczył awans do 3.ligi), ale też jego sympatyczne usposobienie.

Energetyk był dla „Pauliego” trzecim polskim klubem w karierze. Z początkami piłkarza w naszym kraju wiąże się zabawna anegdoty. W czasie pomeczowych powrotów, Igbokwe opowiadał nowym kolegom w jaki sposób, w pierwszym roku swojego pobytu w kraju, radził sobie z niskimi temperaturami.

- Trafił do 3-ligowej Pogoni Siedlce, gdzie zagrał tylko jeden mecz. Mówił, że było mu zimno. Nie pomagało nic, więc chcąc ogrzać organizm, każdego dnia wypijał… ćwiartkę wódki. Nic dziwnego, że z taką dietą nie przebił się do składu – opowiada anonimowo jeden z graczy Energetyka.

Inną przeszkodą w tamtym okresie życia „Pauliego” stanowiły kwestie komunikacyjne i różnice kulturowe. Aklimatyzacja Igbokwe w Gryfinie przebiegła już znacznie lepiej. W momencie transferu do naszego klubu, miał za sobą dwa lata spędzone w Polsce. Zdążył więc przywyknąć do panujących warunków, poznać przydatne słowa. Duży wpływ na proces adaptacyjny miało też przyjacielskie podejście sporej części gryfińskich zawodników.

- Mieszkał na terenie OSiR-u, a więc niedaleko mnie. Dlatego często przychodził, by coś zjeść i pograć na konsoli. Bardzo często towarzyszył mu Pepple, inny nigeryjski piłkarz. Mam chyba nawet zdjęcie, gdy grają ze sobą w FIFE – śmieje się Maciej Grąbczewski, który uczestniczył w ślubie kolegi z Czarnego Lądu.

„Pauli” odnalazł bowiem w Polsce miłość. W 2012 roku stanął na ślubnym kobiercu z Anną. Do ceremonii doszło w Baniach, rodzinnej miejscowości panny młodej, która od tej pory często dopingowała swojego męża w czasie jego ligowych występów.

Wkrótce pojawiły się jednak pierwsze znaczące problemy. Po półtora roku pobytu w Gryfinie zawodnik trenował coraz rzadziej i z coraz mniejszą intensywnością. Pewnego dnia zakomunikował trenerom o swojej kontuzji, przychodząc na trening o kulach. Poruszał się w ten sposób przez kilka tygodni.

Jako że często zapominał o bolącej nodze i odkładał kule na bok, działacze zarzucili mu udawanie kontuzji. Strony nie zdołały dojść do porozumienia, wobec czego „Pauli” po rundzie jesiennej sezonu 2013/14 opuścił gryfińskiego 3-ligowca. Kolejne półtora roku spędził w NTSV Strand 08. Przez cztery następne natomiast, w VfR Neumunster, gdzie później grał jeszcze w rezerwach.

 

Japoński eksperyment

Przed pięcioma laty spore zainteresowanie w kraju wywołały transfery zawodników z Japonii. Po Euro 2012 na polskich boiskach pojawiło się kilkunastu piłkarzy z kraju Kwitnącej Wiśni. Za taki stan rzeczy odpowiedzialna była agencja FootLink i jej polski przedstawiciel, Tomasz Drankowski. W 2013 roku, w wywiadzie udzielonym dla portalu weszło.com, manager opowiadał o kulisach swojej pracy i obranej polityce adaptacyjnej.

Polegała ona na umieszczaniu piłkarzy z Japonii w niższych ligach, gdzie mogliby przystosować się, poznać polski futbol i zainteresować kluby z tzw. rozgrywek centralnych. Za wzór służył im „Taku” Murayama, który dzięki dobrym występom w 3-ligowej Gwardii Koszalin, zdołał zapracować na transfer do Pogoni Szczecin. We wspomnianym 2013 roku w polskich ligach znajdowało się jedenastu Japończyków: dwóch w Dumie Pomorza, po jednym w Arce Gdynia, Chojniczance Chojnice i Termalice Nieciecza, trzech w Gwardii i dwóch w Energetyku, który także w tym przypadku postanowił iść wraz z duchem czasów.

Shoma Akuta i Yuta Kiinowaki trafili zresztą do naszego miasta z półrocznym opóźnieniem. Z zespołem trenera Wojciecha Kowalczyka trenowali bowiem już zimą, lecz wówczas na przeszkodzie stanęły formalności. Pokazali się jednak na tyle z dobrej strony, że temat ich transferu wrócił w kolejnym okienku.

- To co prawda 4.liga, ale naszym zdaniem po roku lub pół tutaj, jeśli osiągniemy sukces, możemy zagrać wyżej, spróbować dostać się do zespołu ekstraklasy lub pierwszej ligi, a potem może wyjechać do Niemiec lub Rosji – mówił bardziej doświadczony Akuta, środkowy pomocnik, który miał za sobą dwa lata gry w Holandii oraz występy w Estonii oraz na Litwie.

Otwarty i uśmiechnięty 22-latek poniekąd służył swojemu kompanowi za przewodnika. Dla Kiinowakiego okres gry w Energetyku był pierwszym zetknięciem z Europą. Do Polski przyjechał bezpośrednio po studiach, musząc radzić sobie nie tylko z bardziej fizyczną grą, ale też zupełnie inną kulturą.

- Jedzenie jest dobre. Jecie sporo ziemniaków, mamy je w Japonii, ale nie są tak dobre jak tutaj. Zupy są zupełnie inne, ale na pewno smaczne – opowiadali o swoich wrażeniach w wywiadzie dla „Gazety Gryfińskiej”. Mimo chwalenia polskiej kuchni, przez pierwsze tygodnie, po dwa razy dziennie jadali w chińskim barze.

Z każdym tygodniem czuli się coraz lepiej, poznając nasz język oraz polskie dziewczyny.

Chociaż wydawało się, że znacznie więcej korzyści wyniknie z gry Akuty, lepsze recenzje zbierał jego młodszy kolega. W ciekawszy sposób potoczyła się też dalsza kariera Yuty. Prawy obrońca trafił z Energetyka do... łotewskiej ekstraklasy, skąd w sierpniu 2014 roku, za kwotę 100 tysięcy euro przeszedł do SC Kyoto Shiko, klubu występującego w J-League (pierwszy poziom rozgrywkowy).

Później reprezentował barwy drużyn z Indii (FC Shillong Lajong, Shillong Lajong, Mohun Bagan), gdzie w 2019 r. zakońcyzł karierę. Akuta z kolei wrócił do Tokio, gdzie pracuje w deweloperskiej firmie swojego ojca. Zajmuje się również modelingiem („fitness model”), co można zaobserwować na jego profilu na Facebooku i Instagramie (akt_14).  

 

Z Ligi Mistrzów do Gryfina

Z analizy kariery zagranicznych piłkarzy w Energetyku wynika, że Gryfino nie jest dobrym miejscem do gry dla obcokrajowców. Na dobre zaadaptowało się tylko dwóch graczy (Dubovik, Igbokwe). Aż sześciu natomiast  występowało w barwach KSE wyłącznie przez jedną rundę i tylko dla jednego z nich gra w Polsce okazała się odskocznią do poważniejszej kariery.

W opozycji do Kiinowakiego stoją Griszin, Aiteka, Magrao, Akuta i Jan Pienkiewicz, który trafił do Energetyka w 2010 roku. Znalazł się w nim za sprawą trenera Jana Juchę i miał stanowić panaceum na zwiększoną liczbę zawodników o statusie młodzieżowca. Chociaż

 „Benkiewicz”, jak ze względu na błędną transkrypcję opisywano piłkarza, trafił do Gryfina z rezerw grającego w Lidze Mistrzów BATE Borysow, nie odznaczył się dobrą grą. Zapisał się w pamięci fanów ze względu na białoruski paszport (numer trzy w historii) i przypadkową asystę w meczu z rezerwami Lechii Gdańsk.

- Grał na lewej obronie i miał średnie umiejętności. W tym meczu wybił piłkę przed siebie, zerwał się do niej Hubert Jasiak i strzelił piękną bramkę. W szatni śmialiśmy się, że kopnął na oślep, a potem mówił, że tak planował – wspomina Łukasz Łazarz.

„Janko”, który mieszkał u wujka w Szczecinie, zagrał w Energetyku jedynie w siedmiu spotkaniach rundy jesiennej, po czym udał się na testy do… Pogoni Szczecin.

- Przyjęli go na sprawdzian, w którym uczestniczyli wyróżniający się gracze z regionu. Nie został jednak wytypowany. Przyjęto go, bo powiedział jakiego klubu jest wychowankiem. Wypadł jednak bardzo słabo i szybko ściągnięto go z boiska – uśmiecha się Łazarz, w którego pamięci Pienkiewicz zapisał się, jako ambitny i porządny człowiek. Poza tym krótkim epizodem, w internecie próżno szukać innych śladów, dotyczących jego kariery. Należy więc zakładać, że wkrótce po tym wrócił w rodzinne strony.

 

Okres ukraiński

W 2017 r. do KSE trafił pierwszy Ukrainiec. Dmytro Donos przyszedł z Morzycka Moryń.

- Jest szybki, dobry technicznie i waleczny. Nie jest wysoki, więc może grać zarówno w ataku, jak i na obu stronach pomocy – krótko charakteryzował Łukasz Cebulski, który poprowadził Energetyk w rundzie jesiennej 3.ligi.

Donos zanotował w Gryfinie dziesięć meczów (378 minut). Większej kariery nie zrobił również poza naszym miastem, występując kolejno w Czciborze Cedynia, FC Schwedt, Iskrze Golczewo, Odrze Chojna i Unii Dolice.

Kolejni Ukraińcy to już czasy współczesne. Jevhenii Holiak, Danylo Sedunov i Roman Hordieiev nie przebili się jednak na dłużej w pierwszym zespole, więcej grając w B-klasowych rezerwach. Zapisali się za to w historii gryfińskiej halówki. Byli bowiem liderami FC Beer-Mix Gryfino, czyli ukraińskiego zespołu, który wywalczył wicemistrzostwo GLHA!

Co natomiast pokażą Sebastia Lado Pons i Shouta Nakashima? Ocenimy wkrótce.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 26/08/2024 20:28
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama