- Tylko trening i mecze. Piłkarze Energetyka do pracy nie chodzili, przynajmniej przez te trzy lata, gdy ja zarządzałem klubem. Byli jak zawodowcy, tylko sport - mówi Kryspin Pawlicz, wiceprezes urzędujący Energetyka Gryfino w latach 1984-1987
Kilka miesięcy temu napisał pan do mnie maila, że „w latach 1984-1987 w Gryfinie znajdowała się zawodowa drużyna piłkarska”.
Kryspin Pawlicz: Jeżeli na etatach w Elektrowni Dolna Odra było dwudziestu zawodników, a trenerzy i cały sztab na etatach w klubie, to chyba można mówić o zawodowstwie?
W 3.lidze? Ze względu na szczebel rozgrywek nazwałbym to raczej “amatorskim zawodowstwem”.
- Trzeba pamiętać, że wtedy była to, według dzisiejszych warunków 2.liga. Wyżej znajdowały się tylko dwa szczeble rozgrywek. Po awansie do 3.ligi w 1984 roku próbowaliśmy stworzyć profesjonalną strukturę klubu i utrzymać zespół na tym poziomie. Udawało się to przez cztery lata.
Został pan oddelegowany z elektrowni do Energetyka. Stadion był pana jedynym miejscem pracy?
- Tak, miałem dodatkowo pół etatu w klubie i na stadionie spędzałem sto procent czasu. Tak samo jak zawodnicy. Byli pracownikami Dolnej Odry, ale przychodzili tylko na boisko. Było to możliwe dzięki temu, że klub miał poparcie władz miasta, łącznie z rządzącym wtedy PZPR.
Partii zależało na tym, by zjednać sobie społeczeństwo. Jedną z platform działania był sport.
- Energetyk posiadał silne związki z partią. Dlatego, gdy ówczesny prezes Franciszek Kaczor załatwił sobie wyjazd na kontrakt do Bułgarii, zaczęliśmy szukać na jego miejsce jakiejś wpływowej osoby. Prezesem został Tadeusz Zawadzki, I sekretarza PZPR w Elektrowni Dolna Odra. Klub miał w jego osobie bardzo silne wsparcie, ale też w większości kierownictwa elektrowni.
W zarządzie klubu znajdowała się też osoba z komitetu PZPR?
- Tak. Partia wydelegowała do zarządu II sekretarza z rejonu, Adama Nycza. Wspierała nas też inna bardzo wpływowa postać, naczelnik gminy, Witold Grabowski. Lubił przychodzić na spotkania zarządu, szczególnie gdy gościliśmy prezesa Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Wiadomo, że takie zebrania nie odbywały się przy kawie i wodzie mineralnej. Grabowski przychodził też na mecze. Kiedyś powiedział, że pojechałby na wyjazd i zabrał się na mecz do Stargardu. Kierowca powiedział Grabowskiemu, by zapiął pasy. „Ja nie zapinam, bo który milicjant odważy się mi wlepić mandat?” – odpowiedział. Pech chciał, że za Kołbaczem zatrzymał ich patrol i w czasie kontroli milicjanci wlepili naczelnikowi mandat. Przyjechali ze Stargardu i nie znali Witolda Grabowskiego (śmiech).
Dwustronnicowy wywiad można przeczytać w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze