Reklama

Zmarł prezes, który dla Odrzanki sprzedał Trabanta

Chociaż wyprowadził się z Radziszewa czterdzieści lat temu, do dziś wspomina się go z estymą i rozrzewnieniem. Okres jego działalności przypadł na lata 70. ubiegłego wieku, najtrudniejszy czas w dziejach klubu. Chociaż wszyscy skazywali Odrzankę na upadek, Wiesław Janowski utrzymywał ją na powierzchni przez pół dekady. Na początku lutego, w wieku niespełna 70 lat przegrał z chorobą nowotworową

Podczas pisania monografii Odrzanki Radziszewo, razem z Ryszardem Stefanikiem przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów z dawnymi piłkarzami, trenerami i działaczami. Co rusz padały kolejne nazwiska i adresy osób, które „musimy przepytać”. Niektóre pojawiały się jednorazowo, inne stale.

- Nie zapomnijcie panowie o Wiesławie Janowskim, bo to jedna z ważniejszych postaci. Był prezesem jakieś 40 lat temu i sprzedał samochód, by mieć pieniądze na działalność Odrzanki – już na początku badań zakomunikował nam Zenon Trzepacz. W ciągu kolejnych miesięcy podobne słowa padały kilkunastokrotnie i to z różnych ust. Nie ulegało wątpliwości, iż Janowski zapisał się w pamięci radziszewian, co było o tyle istotne, iż od 1978 roku nie mieszkał na terenie naszej gminy. Jego dokonania obrastały w legendy, a tych nauka nie lubi i nie toleruje. Podejmując cenny trop udaliśmy się do Szczecina, gdzie od niemal czterech dekad, na Prawobrzeżu mieszkał legendarny prezes. Przywitał nas elegancki mężczyzna, nie wyglądający na swoje 68 lat. „To jak to było z tym Trabantem?” – spytaliśmy niemal po przekroczeniu progu.

Reklama

- Ludzie wciąż o tym mówią? Niesłychane, jak pewne wydarzenia żyją swoim życiem. Byłem oddany Odrzance, wspierałem ja finansowo, ale nie sprzedałem dla niej samochodu. No, przynajmniej nie docelowo dla niej… - Wiesława Janowskiego wyraźnie rozbawiła swoista anegdota przekazywana z pokolenia na pokolenie w środowisku Odrzank. Jego twarz zdradzała też oznaki dumy. Nadeszła świadomość, że po latach nabrał znamion legendarności. Jak udało nam się wykazać w książce „Odrzanka jest naszą pasją. Piłka nożna w Radziszewie i Daleszewie w latach 1945-2016”, w pełni zasłużenie.

 

Reklama

Prezes na trudne czasy

Początek lat 70. ubiegłego stulecia był dla Odrzanki Radziszewo czasem stabilizacji sportowej. Po latach balansowania między klasami „B” i „C”, zespół ugruntował swoją pozycję, grając w „wyższej lidze” nieprzerwanie od 1967 do 1978 roku. W parze z niezłymi, jak na wiejskie warunki wynikami sportowymi nie szły jednak kwestie organizacyjne. W połowie dekady pojawiły się problemy gospodarcze polskiej wsi. Znacznie spadła produkcja rolna, co było zresztą jedną z przyczyn kryzysów społecznych i gospodarczych w 1976 i 1980 r.

Reklama

- Jeszcze bardziej zmniejszyły się i tak ograniczone środki finansowe. Koła i kluby odczuwały brak sprzętu sportowego. Z pracy odchodzili wykwalifikowani szkoleniowcy, a zarządy rezygnowały z wyjazdów na obozy i zawody sportowe. Rozwiązywano sekcje, a te działające próbowały przetrwać i utrzymać własny dorobek wieloletniej pracy. Także działalność LZS w szkołach rolniczych została ograniczona. Dlatego też, mimo sporego zainteresowania sportem wśród młodzieży wiejskiej, w latach siedemdziesiątych finansowanie klubu niewiele różniło się od poprzedniej dekady. Z dalszej części opierane było na środkach własnych, które uzyskiwano w ramach tzw. „czynu społecznego” – czytamy w monografii Odrzanki. Nie trzeba dodawać, że nie były to wysokie kwoty, a jedynie takie, które pozwalały na bieżące wydatki i ligową egzystencję. Dodatkowo, zahamowano rozwój klubu poprzez odebranie mu boiska, zlokalizowanego na skraju Dalszewia, przy drodze w kierunku Starych Brynek. Powodem była rozbudowa Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Niedawny patron sportu wiejskiego okazał się więc grabarzem piłki w środowisku, czego do dziś nie mogą przeżyć przedstawiciele starszego pokolenia piłkarzy Odrzanki. Smaczku sprawie dodaje fakt, iż przewodniczącym RSP był inż. Józef Sabat, jednocześnie piastujący stołek prezesa klubu! Opisywana sytuacja miała miejsce w 1973 roku. Wkrótce po tym Sabat zrezygnował z funkcji.

- Zostaliśmy postawieni w bardzo trudnej sytuacji, bo mieliśmy dobry zespół i dużo młodzieży, a nie posiadaliśmy boiska – relacjonował Wiesław Janowski, który już w tym czasie znajdował się w zarządzie klubu. Sytuacja prezentowała się tragicznie, wobec czego nikt nie palił się do zastąpienia Sabata. Zdecydował się na to dopiero Janowski.

Reklama

- Sprawiało mi wielką przyjemność to, że zespół gra mecze, a kibice mają co robić w niedzielne popołudnia. Sam od zawsze byłem wielkim fanem sportu. Nie mogłem pozwolić na śmierć Odrzanki. Nie bez walki - opowiadał po latach.

 

Jedyny mecz w Goleniowie

Pozbawieni stadionu działacze rozpoczęli batalię o swoje.

- To nie było byle jakie boisko, tylko piękny, poniemiecki obiekt. Wokół znajdowała się bieżnia lekkoatletyczna i pompa z wodą – wylicza wieloletni skarbnik, Stanisław Zając. Sportowcy i działacze próbowali szukać pomocy w powiatowych i w wojewódzkich urzędach, w tym u mgr inż. Zbigniewa Kilińskiego, wicewojewody szczecińskiego, będącego zarazem przewodniczącym Wojewódzkiego Zrzeszenia LZS, do którego należała m.in. Odrzanka. Jak nietrudno się domyślić, przegrali nierówną walkę z urzędnikami.

Reklama

- Po trzydziestu latach zabrano nam obiekt, nie dając nic w zamian. Musieliśmy radzić sobie sami. Byliśmy bezdomni – zaznaczał W. Janowski. Z pomocą przyszły władze gminy Gryfino i zarządca obiektów Antoni Rak.

- Użyczali nam do treningów i meczów piaskowe boisko (aktualnie ze sztuczną nawierzchnią – przyp. red.). Czasami udawało się zagrać na głównej płycie. Cierpieliśmy po stracie swojego stadionu, ale chociaż mieliśmy, gdzie grać – wspominał w rozmowie z nami, wskazując na swoich wiernych współpracowników w bojach.

Reklama

- Działałem nie tylko ja. Pomagali mi bardzo Antoni Kostrzewa i Marian Mazurek oraz Janek Franelak, Stasiu Zając i Stasiu Bieniek – mówił skromnie.

Chociaż Odrzanka zajmowała im większość wolnego czasu, praca była oczywiście społeczna. Zapłatę stanowiły wyniki sportowe osiągane przez piłkarzy. Drużyna tworzyli wówczas zarówno doświadczeni gracze (Kamińscy, Linkowscy, Soszyński, Sztylke), jak i młodzież (Czesław Walter, Wiesław Deptuła, Edward Brandenburg, bracia Bartczak). Jeden, jedyny raz, w szatni z nimi znalazł się Wiesław Janowski.

Reklama

- To był mecz z rezerwami Iny Goleniów, najprawdopodobniej w 1976 roku. Spotkanie wyjazdowe, brakowało zawodników, więc zagrałem. Był to mój pierwszy i ostatni mecz w barwach zespołu. Zagrałem na obronie – wspominał z uśmiechem.

 

Sukces i rozwiązanie klubu

W czasie kilkugodzinnej rozmowy pewne wątki nachodziły na siebie, bądź powracały.

- To miłe, że w Odrzance wciąż o mnie pamiętają i opowiadają, ale z tym Trabantem było inaczej – kolejny raz zaznaczał Janowski, nawiązując do pierwszego tematu naszej rozmowy. Prawdą jest, że w tym okresie sprzedał samochód, lecz powodem tego nie były problemy klubu. Chociaż jest to tylko anegdota, pokazuje jak do dziś odbierane są działania Wiesława Janowskiego. Z drugiej strony nie ukrywał, iż część pieniędzy z transakcji przeznaczył na zespół.

Reklama

- Tak jak panowie powiedzieli, to były trudne czasy dla klubu. Ciągle brakowało pieniędzy, wiec płaciłem diety zawodnikom z własnej kieszeni. Były to drobne kwoty, oscylujące wokół pięciu złotych. Dla niektórych suma ta nie odgrywała żądnej roli, ale byli tacy, którzy musieli dostać zapłatę. Była to dla nich forma motywacji. Oddawałem też często piłkarzom za bilety do Gryfina, bo na mecze jeździliśmy autobusem linii „104” – przyznawał. Często organizował też festyny i zbiórki, które pozwalały na egzystencję. W tle, cały czas znajdywał się „duch dawnego boiska”.

- Spędzało nam to sen z powiek. Straciliśmy stadion, w Gryfinie czuliśmy się obco, więc podejmowaliśmy szereg działań, mających na celu przyznanie nam nowego. Byliśmy nawet w Komitecie Wojewódzkim na Placu Żołnierza w Szczecinie, skąd zadzwoniono do Gryfina, by coś zrobili z tą sprawą, bo: „Szyby wam tam powybijają” – wspomina Wiesław Janowski. - Próby nie przyniosły jednak oczekiwanych efektów. Na spotkaniu w Gryfinie, razem z Zającem postawiłem się ostro Naczelnikowi i chciał mnie wygonić z sali. Mieliśmy dość obietnic i starań, które nie zmieniały naszej sytuacji – czytamy w monografii klubowej.

Reklama

Zniechęcony zarząd z przewodniczącym Wiesławem Janowskim na czele, zmęczony brakiem wsparcia lokalnej władzy oraz problemami gospodarczymi, postanowił więc zrezygnować z dalszych starań i prób utrzymania „Odrzanki” na powierzchni, wycofując ją na kilka lat z ligowych rozgrywek. Z faktem tym zbiegł się w czasie jeden z większych sukcesów Odrzanki tego okresu. Sezon 1977/78 zespół zakończył na drugim miejscu w B-klasie.

- Niestety, pieniądze i sprawy bytowe były nie do przeskoczenia – powiedział Janowski, który kilka tygodni później wyjechał do Szczecina, gdzie pracował jako ślusarz narzędziowy w stoczni. O jego śmierci dowiedzieliśmy się w czasie sesji Rady Miasta.

Reklama

- Zmarł w lutym, dopiero się o tym dowiedziałem. Smutna sprawa, bo walczył w rakiem. Niedawno był pogrzeb – przekazał smutne wieści Zenon Trzepacz, jeszcze raz przytaczając historię o Trabancie. Historię, która uczyniła Janowskiego nieśmiertelnym.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama