Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama
Reklama

Zielony dzień w szarym mieście. 31 lat temu w Gryfinie zagrał... Green Day! [GALERIA]

Green Day to legendarna amerykańska kapela, której płyty rozeszły się w ponad 80 milionowym nakładzie, co czyni ją jednym z najlepiej sprzedających się zespołów wszechczasów. 10 listopada minęło trzydzieści jeden lat odkąd muzycy z Kalifornii zagrali koncert w… Gryfińskim Domu Kultury. Przypominamy archiwalny tekst dotyczący tego wydarzenia

Reklama

Na YouTubie znaleźć można trwające trzynaście minut nagranie.

- Bye, bye. See you guys later – mówi głos, który z miejsca rozpoznają wszyscy fani muzyki.

Gdy scena milknie, odzywają się „trybuny”. Nagranie nie jest dobrej jakości. Trzeba włożyć nieco wysiłku, by usłyszeć wykrzykiwane w tle: „Green Day, Green Day”.

- To chyba wszystko, co dzisiejszego wieczoru mieliśmy do wysłuchania – mówi do mikrofonu, tym razem polski głos.

Po chwili obecni dostają nadzieję na jeszcze jedną chwilę z muzyką.

– Jeżeli mają grać jeszcze, naprawdę trzeba gorąco ich zachęcić. Oni przyjechali do nas zza Oceanu. Green Day!  – nawołuje prowadzący.

Po chwili „odzywa się” gitara.

- This is our last song – zapowiada Billie Joe Armstrong, 19-letni wówczas wokalista nieznanej, kalifornijskiej kapeli punkowej.

Nie spełnia jednak swej zapowiedzi. Pod wpływem nieustających okrzyków, Green Day daje jeszcze dwa bisy, przed każdym zaznaczając, że tym razem to naprawdę koniec.

- Pewnie, że pamiętam. To było jesienią, lub zimą 1991 roku. Daliśmy koncerty w Gryfinie, Bydgoszczy i Białymstoku. Graliśmy wtedy z angielskim zespołem Sink i polskim bandem, który otworzył nasz pierwszy koncert w Polsce. Niestety, nie pamiętam jego nazwy – stwierdził po latach dla potrzeb strony www.greendayauthority.com.

Mówiąc o polskim bandzie, miał na myśli Acid Rotten But O.K., szczeciński zespół punkowy. Tego wieczoru wystąpili wspólnie na scenie Gryfińskiego Domu Kultury.

- Podpiąłem się tej nocy do stereo. Podłączyłem moja gitarę i wiem, że wiele garażowych kapel tamtych czasów uważało to za bardzo fajne - ale dźwięk był… najczystszym, jaki zdarzyło mi się słyszeć. Próbowałem się porozumieć chłopakami, którzy podłączyli mi ten dźwięk. Żeby zakumali, o co mi chodzi, zasymulowałem im przesterowaną gitarę ustami. Wtedy wybiegli i dwie godziny później wrócili z jedynym przesterem, jaki udało się im znaleźć w mieście. Podłączyłem go i brzmiało to jak pierdząca kaczka. Ale pograliśmy...– wspomina koncert Billie Joe Armstrong.

Dobra pamięć wokalisty być może wynika z faktu, że razem z kolegami zagrali dla grupki 50-60 osób. Wkrótce po tym przeszli z kameralnych salek na największe stadiony, zapełniając je do ostatniego miejsca.

 

Prowincja to nie miejsce

Ci, którzy wigilię święta niepodległości '91 spędzili w sali GDK-u, nie usłyszeli takich przebojów jak „Basket Case”, czy „When I Come Around”. Występ przed gryfińską publicznością miał miejsce przed wydaniem „Dookie”, płyty, która w samym 1994 roku sprzedała się w kilkumilionowym nakładzie, przynosząc muzykom światową sławę.

- Przyjechali do nas jako szerzej nieznani chłopcy z USA, co było atrakcją, ale nie jakimś ogromnym wydarzeniem. Na przełomie lat 80. i 90., oraz w późniejszym okresie przyjeżdżało tu wiele ciekawych kapel – mówi Ewa De La Torre.

Trzy dekady temu pełniła stanowisko dyrektora GDK. Objęła je we wrześniu 1988 roku, zaraz po ukończeniu studiów.

- To była moja pierwsza praca. Miałam 26 lat i pewnie znalazłoby się więcej, bardziej doświadczonych kandydatów, ale chętnych było niewielu. Zobrazują to liczby. Gdy na 30-lecie przygotowywaliśmy „poczet dyrektorów GDK”, okazało się, że stanowisko, od 1958 do 1988 roku piastowało osiemnaście osób. Ja byłam dziewiętnasta – wylicza wymownie.

Ludzie kultury często akcentują, że na sztukę przeznacza się zbyt mało środków. Jeszcze gorzej pod tym względem prezentował się koniec lat 80. XX wieku. Jak mówi De La Torre, czasy były siermiężne. Wkrótce zmienił się wprawdzie ustrój, lecz sytuacja  nie uległa poprawie. Na półkach cały czas brakowało wielu produktów. Nie brakowało za to ludzi z fantazją i wyobraźnią, którzy nadawali codzienności kolorytu.

- Jedną z nich był nastoletni Krzysztof Kozak. Przyszedł do nas i powiedział, że chciałby zorganizować koncert. Był młody, chodził jeszcze do liceum, ale miał bardzo dużo pomysłów i zapału. Gorzej było z zapleczem GDK-u – przyznaje nasza rozmówczyni, nawiązując do przeglądu sprzętu, którego dokonała w pierwszych dniach urzędowania.

Na stanie znajdował się jeden, w dodatku zalany, magnetofon szpulowy ZK 120. Dyrekcja zorganizowała pieniądze, a następnie kupiła w Józefowie pod Warszawą sprzęt nagłaśniający. Dzięki temu, w grudniu 1988 roku odbył się pierwszy koncert z cyklu „Ewolucja”. Impreza doczekała się kilkudziesięciu edycji i wpłynęła na kilka „lokalnych życiorysów”.

- Wiele osób, które chodziły na koncerty, później również zaangażowało się w muzykę. „Ewolucja” wychowała wiele wspaniałych artystów. Od zawsze powtarzam, że prowincja, to nie miejsce pochodzenia, ale to co ludzie mają w głowach. Widać na przykładzie tamtych wydarzeń i lat – komentuje De La Torre.

 

Kuchenne (r)Ewolucje

Krzysztof Kozak doskonale pamięta pierwszą „Ewolucję”.

- Odbyła się w grudniu 1988 r. i była dla mnie spełnieniem nastoletnich marzeń oraz powiewem nadchodzącego upadku komuny. W GDK-u wystąpiły wtedy dwie kapele ze Szczecina: Kolaboranci i Popłoch Wśród Dziewcząt. Nie miałem jeszcze osiemnastu lat. Pamiętam, że mój ojciec pojechał po Piotra Banacha (perkusista Kolaborantów,  późniejszy założyciel Hey – przyp. red.) do szczecińskiego szpitala, gdzie Piotr odrabiał służbę wojskową. Nie zdążyłby na koncert w Gryfinie, ale pod bramą czekała „biała strzała” – Fiat 126p – wspomina twórca „Ewolucji”. 

Wątek rodziny jest istotny. Krzysztof Kozak zaangażował w działania wszystkich bliskich. Do Gryfina przyjeżdżały nie tylko zespoły ze Szczecina, ale również z innych części kraju i zagranicy. Bez względu na liczbę pokonanych kilometrów, trzeba było ugościć artystów, którzy mieli różne upodobania i życzenia.

-  I tu wraca wątek siermiężnych czasów. Nie mieliśmy sprzętu, a miasto rozwiniętego zaplecza hotelowego. Był nawet kłopot z wyżywieniem. Problem pojawiał się, gdy muzycy prosili o posiłek wegetariański lub wegański. W sklepach nie było rewelacji, nie można było też zamówić czegoś na dowóz. Dlatego posiłki przygotowywała mama Krzyśka – opowiada Ewa De La Torre.

Kozak potwierdza, nazywając ją „aniołem Ewolucji”.

– Czasami były to trzy garnki parówek, innym razem zestaw różnych sałatek. Największym hitem mamy były jednak kotlety ziemniaczane. Wersja Vege, z sosem pieczarkowym smażonym na… smalcu. Smalec był oczywiście tajemnicą. Później w gotowaniu pomagała też moja przyszła żona z teściową. Na koncert Armii, Proletaryatu i Lipińskiego poszło piętnaście domowych wypieków. Nie istniała wtedy pizza na telefon, więc musieliśmy sobie jakoś radzić. Dla jednego z muzyków musiałem jechać na Turzyn  po porcję szaszłyka … - uśmiecha się Kozak.

 

Pałeczki od perkusisty

Niektórzy muzycy mieli swoje wymagania, ale czasami wystarczały… kanapki z dżemem, bo one również były serwowane przed, bądź po koncertach. Wszystko zależało od podniebienia muzyków i ich nastawienia. W przypadku Green Day nie było gwiazdorzenia.

- To był normalne chłopaki. Niewiele starsi ode mnie, żadni gwiazdorzy, którzy mieli poprzewracane w głowach, bo przyjechali z USA do małego miasteczka – mówi Piotr Sawiński.

 „Sawa”, jak wielu chłopców urodzonych w latach 70., mocno zaangażował się w działania środowiska muzycznego. Sprzyjał temu fakt, że jego dom rodzinny znajduje się naprzeciwko Gryfińskiego Domu Kultury.

- Można powiedzieć, że dzięki temu znajdowałem się w samym centrum wydarzeń. Pamiętam nie tylko koncert, ale też moment, w którym chłopaki z Green Day przyjechali pod GDK – opowiada „Sawa”, który choć wyjechał z Gryfina przed 22 laty, cały czas czuje się gryfinianinem.

- To miasto kojarzy mi się z przyjaciółmi, koncertami, tworzeniem własnej muzyki. Trzydzieści lat temu działo się naprawdę wiele. Krótko po wygraniu Jarocina koncert w GDK-u zagrały Zielone Żabki. Przyjechały też Szczury Paryża. W Gryfinie mało było wtedy punkowców, więc gdy wychodzili na miasto, stanowili atrakcję i było wesoło – opowiada „Sawa”.

W tej opowieści znalazł się nie tylko z powodu zamiłowania do mocnych brzmień. Po koncercie został na after party z udziałem muzyków. Podczas imprezy perkusista zespołu wręczył mu swoje pałeczki.

- Tak jak mówiłem, normalne, fajne chłopaki. Lubiłem amerykański punk i gdzieś w głębi duszy czułem, że zostaną sławni. Zawsze miałem do tego intuicję. Green Day spodobali mi się, bo mieli nie tylko melodię, ale też przekaz i świetnie wyglądali na scenie. Byli naturalni, szczerzy w tym co robili. Śpiewali prawdę i chciałem mieć po nich jakąś pamiątkę. Podszedłem, zapytałem i dostałem – zdradza kulisy sprawy.

Po chwili pochmurnieje. Po pałeczkach zostały dziś tylko wspomnienia. Zniknęły kilka lat temu, w tajemniczych okolicznościach.

- Stały w kufelku, który znajdował się w honorowym miejscu mojego mieszkania. Często organizowałem zakrapiane imprezy i ktoś mi je zaj..ał. Zorientowałem się po kilku dniach, długo nie mogłem przeboleć tej straty – opowiada z wciąż wyczuwalnym bólem w głosie.

 

Melodyjny hardcore z USA

Jeśli wierzyć jednej z fanowskich stron zespołu, podczas koncertu zagrali dwanaście utworów (Paper Lanterns, Only Of You, At The Library, I Was There, Welcome To Paradise, 2,000 Light Years Away, 16, Don't Leave Me, 80, 1,000 Hours, Dry Ice, Knowledge -Operation Ivy cover).

W GDK-u stawili się kilka godzin przed występem. Ich podróż do Gryfina nie obyła się bez komplikacji.

- Zespół jechał z Holandii wypożyczonym samochodem. Mieli po drodze mały wypadek – mówi Krzysztof Kozak.

Mimo, że nikomu nie stała się krzywda i dotarli do Gryfina o czasie, kolizja nie pozostała bez konsekwencji.

- Po wypadku chłopaki nie mogli znaleźć w samochodzie kabla i efektu gitarowego, więc zagrali na pożyczonym sprzęcie, który im daliśmy – zdradza organizator.

Przeczytać o tym można m.in. w internecie. Gryfiński epizod Green Day jest przytaczany przez ogólnopolskie media za każdym razem, gdy muzycy ponownie zjawiają się w kraju. Dziś sprzedają dziesiątki tysięcy biletów, które rozchodzą się w kilka minut. Trzydzieści lat temu zagrali dla grupy 50-60 osób.

- Na koncertach „Ewolucji” przeważnie był komplet, ale występ Green Daya organizowany był w pośpiechu i stąd jego nieco bardziej kameralny charakter – tłumaczy K. Kozak, dodając, że nasze miasto nie było jedynym punktem na koncertowej trasie.

Następnego dnia chłopaki z Kalifornii zagrali w klubie Modus w Bydgoszczy, zaś 12 listopada w ACK w Białymstoku, który był docelowym miejscem podróży.

W Gryfinie pojawili się "przy okazji". Udało się to dzięki szeroko rozumianym znajomościom.

- Jak dokładnie doszło do tego, że zagrali w Gryfinie? Na ten temat jest wiele zdań. Ludzie chcą, żeby to oni byli identyfikowani ze ściągnięciem kapeli. Ja mogę potwierdzić, że z Green Day miał kontakt mój kolega z Wolina. Znał wiele osób w Berlinie i udało się – opowiada twórca „Ewolucji”.

Czasu na organizację nie było wiele, ale powstał plakat wydarzenia. Informował o koncercie zespołu grającego… „melodyjny hardcore z USA”. Wielu zaskoczył młody wiek muzyków.

- Nie byli o wiele starsi od nas – mówi 18-letni wówczas „Sawa”.

Mimo to grali już od pięciu lat, mając na koncie premierową płytę. Po powrocie z polskiego touru ukazał się natomiast ich drugi album: „Kerplunk!”, z piosenką „Welcome To Paradise”, którą zagrali zresztą w Gryfinie.

- Cały czas byli jednak zwykłym, podziemnym zespołem, który nie woził ze sobą nawet całego sprzętu – mówią organizatorzy, a Billie Joe Armstrong potwierdza.

- To była typowa niezależna trasa. Wszystko wyglądało prowizorycznie. Mieliśmy dwie gitary oraz werbel, więc graliśmy na wypożyczonym sprzęcie i spaliśmy w niektórych domach – wspominał z okazji powstawania dokumentu o historii grupy.  

 

Spali w GDK-u

W internecie znaleźć można kontrakt, który muzycy podpisali z organizatorami. A raczej „Anti-Contract”, bo taką nazwę nosił jednostronny dokument.

Sporo mówi o niezależności i podejściu  grupy. Wyczytać z niego można, że Green Day zagrał za jedzenie, a dokładniej cztery posiłki wegetariańskie i trzy zwykłe oraz piwo. Organizatorzy mieli też zapewnić  nocleg.

Po koncercie i imprezie z udziałem publiczności, muzycy otrzymali… śpiwory.

- Nie było wtedy hoteli, więc spali w Gryfińskim Domu Kultury – przyznaje Krzysztof Kozak.

Idealnie wpisywało się to w ówczesny charakter grupy. Jak po latach przyznał B. J. Armstrong,  trudne początki pomogły uczynić z Green Day prawdziwy zespół.

- Było nam naprawdę niełatwo, ale to głównie dzięki temu nabraliśmy doświadczenia i zżyliśmy się ze sobą. Przez trzy miesiące zagraliśmy 64 koncerty. Szkoda tylko, że przez pół trasy ciągle się drapałem, bo złapałem świerzba – powiedział w jednym z wywiadów.

Kolega z zespołu znalazł natomiast w Gryfinie… miłość.

-  Jeden z członków Green Daya poznał po koncercie dziewczynę. Przyjechała ze Szczecina, z osiedla Słonecznego, bo szczecinianie również regularnie gościli na naszych koncertach. Ich przyjaźń przerodziła się w małżeństwo – zaskakuje Krzysztof Kozak.

„Pamiątek” sprzed 30 lat jest znacznie więcej.

- Podczas koncertu zarejestrowany został bootleg, który w Polsce krążył jako nagranie na kasecie magnetofonowej, oczywiście w niezależnej dystrybucji. Zespół wyraził na to zgodę i przygotował nawet projekt okładki. Nagranie to wyszło na Zachodzie nawet na płycie CD. Dziś to totalny "biały kruk" – czytamy na stronie GDK.

- Widziałem raz tę płytę w Berlinie, ale cena była nie do przyjęcia – komentuje twórca „Ewolucji”, przyznając, że nikt nie mógł przewidzieć, że amerykańska kapela zrobi taką karierę.

- Wtedy mało kto spodziewał się, że zespoły punkowe będą pokazywane w telewizji i zaczną zapełniać całe stadiony. Wtedy liczyła się bardziej ideologia niż pieniądze, ale dla mnie ich sukces nigdy nie był zdradą wartości. Może ich teksty się zmieniły, ale muzyka pozostała ta sama. No i fajnie pomyśleć, że na „Ewolucji”  grała kapela, która obecnie sprzedaje po 50 tys. biletów na koncert – ocenia nasz rozmówca, mówiąc o innym „smaczku” sprzed lat.

Mało brakowało a w Gryfinie zagrałby także… „Rammstein”.

- To jeszcze przed tym, gdy wydali pierwszą płytę. Mieliśmy z nimi nawet podpisaną umowę, ale to długa historia… - ucina Kozak.

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie