Reklama

"Wielka woda" w Gryfinie. Tak nasze miasto walczyło z żywiołem

Na platformie Netflix obejrzeć można serial "Wielka woda", dotyczący powodzi tysiąclecia, która nawiedziła Polskę w lipcu i sierpniu 1997 r. Prezentujemy archiwalny tekst o tym, jak z żywiołem walczył nasz region

Przełom lipca i sierpnia 1997 r. był dla gryfinian okresem trosk. Wielka woda zbliżała się w nasze strony i choć ostatecznie nie wyrządziła nawet połowy szkód, jak na Dolnym Śląsku, przez kilka tygodni było gorąco. Dwadzieścia pięć lat później wspominamy, jak Gryfino przygotowało się do walki z żywiołem

 

Nazwano ją „powodzią wszystkich Polaków”, bo jak mało które wydarzenie po 1945 r., zjednoczyło wszystkich mieszkańców kraju.

- Moja i twoja nadzieja – leciało w radiu i telewizji, która nieustannie pokazywała nagrania z terenów najbardziej dotkniętych powodzią. W Polsce szkody oszacowano na 3,5 miliarda dolarów. Najczarniejszy bilans nie dotyczy jednak pieniędzy. Przed 25 laty śmierć poniosło 56 Polaków.

Reklama

Tragedia rozpoczęła się od 3 do 10 lipca, gdy na południu kraju nastąpiły obfite opady deszczu. Pierwszymi zalanymi miasteczkami – już 6 lipca – były Głuchołazy i Prudnik. W kolejnych dniach ich los podzieliły inne miasta. Zalane zostały m.in. Opole, Głogów, Wrocław.

Aby zobrazować sytuację, w dorzeczu górnej Odry fala powodziowa przekroczyła najwyższe notowane dotąd stany wód o 2-3 metry… W efekcie ach nad głową straciło 7000 ludzi, a około 40 tys. straciło dorobek swojego życia. Nie dziwi więc, że oglądając te obrazki, w Gryfinie i okolicy zaczęła rosnąć panika.

Reklama

 

Zaleje, czy nie zaleje?

Pierwsze ostrzeżenie mieszkańcy regionu dostali 16 lipca, gdy na ulicach pojawił się samochód, z którego głośników informowano o istniejącym zagrożeniu. Tematem zajęła się oczywiście także prasa.

- Ulewne deszcze na południu kraju spowodowały stany powodziowe. Zalanych zostało około 60 miast i ponad 250 wsi. Obecnie fala powodziowa, wzmocniona dodatkowo wodą ze zbiorników rotacyjnych, spływa korytami rzek ku północy. W rejonie Gryfina spodziewana jest w dniach 19-23 lipca – alarmowało „Echo Gryfina i okolic”.

Reklama

Nieistniejący od blisko dwóch dekad tygodnik był wówczas jedynym tytułem prasowym ukazującym się na terenie gminy. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze wypełnił swoją rolę.

Tematyka powodzi przez kilka tygodni nie schodziła z jego łam, a obszerność fotorelacji, obrazujących walkę z żywiołem sprawia, że sprawozdania „Echa” stanowią dziś świetną kronikę wydarzeń sprzed ćwierćwiecza. Wynika z nich, że w połowie lipca panowały ambiwalentne nastoje. Pocieszano się, że z uwagi na dużą odległość, istnieje możliwość, iż stan wód w okolicach Gryfina podniesie się tylko nieznacznie…

Reklama

- Może zdarzyć się jednak i tak, że zalane zostanie Międzyodrze i najniżej położone tereny wzdłuż koryta rzeki. Należy się więc zabezpieczyć. Dodatkowe niebezpieczeństwo powstać może, gdyby w okresie przechodzenia przez nasz teren fali powodziowej zmieniły się wiatry i powstała tzw. cofka. Wówczas zagrożenie może być dużo większe. W celu zachowania bezpieczeństwa wskazane jest w okresie tym wstrzymanie się od wycieczek do Parku Krajobrazowego Doliny Dolnej Odry, zabezpieczenie gospodarstw mieszczących się w bezpośredniej bliskości rzeki, zabezpieczenie sprzętu pływającego i ograniczenie wypadów „na wodę”. Przypuszczalnie miastu nic nie zagraża, ale zbliżająca się fala powodziowa może narobić szkód w okolicznych miejscowościach – pisał Andrzej Szczepaniak.

 

Reklama

Miasto bez gospodarza

Jak widać, w pierwszych dniach powodzi mieszkańcy, dziennikarze i władze Gryfina nie wiedziały czego dokładnie się spodziewać. Prognozy były rozmaite i chyba nieco życzeniowe. Wiedząc o perspektywie zbliżającej się wody, nie pozostawiono jednak niczego przypadkowi. Działania ochronne podjęto w magistracie już 14 lipca, gdy zarząd miasta powołał do życia sztab kryzysowy.

- Do kierownictwa sztabu weszło trzynaście osób, w tym szefowie służb miejskich i gminnych, kierownicy wydziałów UMiG oraz dyrektorzy placówek oświatowych, które będę miały przyjąć osoby ewakuowane z terenów zagrożonych powodzią – pisało „Echo Gryfina i okolic”.

Reklama

Co istotne, w opisywanym momencie – choć cytowany tygodnik nie wspominał o tym ani słowem – w mieście nie było Wojciecha Długoborskiego, który przebywał w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym etapie działań nie brał udziału również jego zastępca, Jacek Małecki. Kilka dni wcześniej przeszedł operację i przebywał na urlopie zdrowotnym. Z trójki włodarzy, w magistracie rezydował jedynie Henryk Piłat.

To właśnie „drugi” z ówczesnych wiceburmistrzów stanął na czele sztabu kryzysowego. Alarm powodziowy ogłosił osobiście, w piątek 18 lipca, o godzinie 7.00.

Reklama

- Przewidujemy, że fala powodziowa dotrze do naszej gminy w środę 23 lipca. Jej szczyt może przekroczyć wysokość poziomu morza nawet o półtora metra – przekazał w komunikacie prasowym, w dniu, w którym prezydent Kwaśniewski wprowadził jednodniową żałobę narodową.

 

Miler i prohibicja

Cały czas obawiano się „cofki z północy”. Niepokoje potęgowały ulewne opady deszczu, które dwukrotnie przeszły nad regionem. Dlatego już w sobotę 19 lipca rozpoczęła się wzmożona akcja zabezpieczania wałów oraz Tywy i ciepłego kanału.

Reklama

Wcześniej, na wspomnianym odcinku pracowali żołnierze z jednostki wojskowej w Czarnówku. Do wzmacniania brzegu Odry skierowano osiemdziesięciu wojskowych pod powództwem Wacława Kozaka. W weekend wsparli ich nie tylko strażacy, ale również „zwykli” mieszkańcy miasta oraz młodzież.

W niedzielę, wraz z wojewodą Markiem Tałasiewiczem, na wizytację przyjechał Leszek Miler. wówczas jeszcze nie w randze premiera, lecz jako skromny minister Spraw Wewnętrznym i Administracji w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. W Gryfinie obserwował sytuację na nabrzeżu, rozmawiał ze strażakami. Odwiedził też elektrownię, o którą obawiano się szczególnie.

Reklama

Jak komentował jednak Leopold Kemmling, przedstawiciel Biura Informacyjno-Prasowego sztabu przeciwpowodziowego w Gryfinie: „system zabezpieczeń w Dolnej Odrze swym rozmachem zaskoczył nawet ministra Milera”.

Już w poniedziałek do pomocy skierowano pododdziały jednostki wojskowej z Trzebiatowa, wyposażone w specjalistyczny sprzęt. Członkowie sztabu kryzysowego nie ukrywali jednak, że cały czas brakuje worków do napełniania piaskiem.

- Z tymi workami było tak, że jak wojewoda ogłosił stan zagrożenia, to od razu „płożył łapę” na dostawach worków i mieliśmy spore kłopoty z ich otrzymaniem. I tu pomogli nam burmistrzowie i wójtowie sąsiednich gmin – Bani, Gryfic, Płotów i Starego Czarnowa. To stamtąd otrzymaliśmy dużo worków, często nieodpłatnie – mówił już po wszystkim Marek Kozicki, przewodniczący Rady Miejskiej.

Reklama

W nocy z niedzieli na poniedziałek wprowadzono zakaz sprzedaży alkoholu, ale nie wysokoprocentowe napoje były najbardziej pożądanym produktem. Jak informowało „Echo Gryfina”, w sklepach zabrakło wody mineralnej, co samo w sobie świadczy o pojawieniu się wśród mieszkańców objawów paniki. Później tłumaczono to pojawieniem się nieprawdziwej informacji o przewidywanym wyłączeniu ujęcia wody Tywa.

- Spowodowało to nagminne napełnianie przez mieszkańców wanien i innych pojemników wodą – tłumaczył Henryk Piłat.

Aby zapobiec dezinformacji, do życia powołano wspomniane Biuro Informacyjno-Prasowe.

- Nie ma kłopotów z zaopatrzeniem w żywność, wodę i energię elektryczną. Nie ma także kłopotów z łącznością telefoniczną. Nie są zagrożone dostawy wody pitnej. Codziennie gryfiński sanepid kontroluje jakość wody z ujęć wiejskich i miejskich. W tej chwili nie ma powodów do niepokoju – uspokajał jego rzecznik, Leopold Kemmling.

 

Martwa krowa w Krzypnicy

Nie wszystkie decyzje i sytuacje napawały jednak optymizmem. Dramatycznie prezentowała się fotorelacja Ryszarda Turka, obrazująca ewakuację mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Dębcach oraz przewiezienie ich (71 osób) do przedszkola nr 5 w Gryfinie. W przedszkolu nr 3 schronienie znaleźli natomiast pensjonariusze (131) z Domu Opieki Społecznej w Nowym Czarnowie.

Mówiło się też o przeniesieniu mieszkańców Krzypnicy, Krajnika, Łubnicy i Pastuszki oraz z ulic: Garbarskiej, Flisaczej w Gryfinie. Na sporządzonej liście znajdowało się aż 2207 osób, lecz ostatecznie, nie licząc DPS-ów, akcja objęła zasięgiem jeszcze tylko jedną, trzyosobową rodzinę z Targowej

Chodziło o schorowane, starsze małżeństwo z synem, które objęto działaniami profilaktycznie, z powodu ewentualnej konieczności udzielenia im pierwszej pomocy.

Jak mówił wiceburmistrz Małecki – który skrócił swój urlop – trzeba było również zadbać o zwierzęta. Ewakuacja objęła zwłaszcza teren Krajnika i Krzypnicy, nad której brzegiem znaleziono 23 lipca martwą krowę. Nie była to jednak miejscowa mućka.

- Najprawdopodobniej została przeniesiona przez Odrę z daleka, gdzie powódź miała bardziej dramatyczny przebieg – pisał dla „Echa Gryfina” Ryszard Kwapisz.

O dziwo, takie obrazki nie działały na wyobraźnię wszystkich gospodarzy z gminy Gryfino.

- Zdarzały się przypadki niewiary i nieświadomości rolników odnośnie zagrożenia – mówił J. Małecki, wskazując na trzy takie sytuacje.

- Prawdziwy problem mieliśmy z jednym mieszkańcem Krajnika. Był tak uparty, że nie reagował na żadne argumenty. Nie pomogły moje interwencje, ani pani sołtys. Dopiero po trzech dniach, podczas których odbywaliśmy z nim po kilka rozmów, zgodził się na ewakuację zwierząt – tłumaczył wiceburmistrz Gryfina, przyznając, że były też sytuacje odwrotne.

Wielu rolników na własną rękę ewakuowało swoje zwierzęta. Bilans akcji miał wynieść ponad 100 krów, 25 świń, 3 konie oraz 16 400 kurczaków z hodowli przy ul. Czechosłowackiej w Gryfinie.

 

„W piątek ludzie odetchnęli…”

Zmienił się też wygląd samego miasta. Worki z ziemią zobaczyć można było też przy głównych ulicach Starego Miasta oraz na terenie Stadionu Miejskiego.

- Pod wodzą Bogdana Stasiaka przygotowują się do nowego sezonu piłkarze Energetyka. Oprócz systematycznych, codziennych treningów włączyli się do akcji przeciwpowodziowej. Przez trzy dni, po osiem godzin pracowali przy napełnianiu worków do budowy obwałowań stadionu. Kierownik drużyny Marek Zielonka zadbał, aby nie brakowało sznurka do wiązania worków. Taka praca to najlepsza zaprawa, a jakże pożyteczna – pisał w „Echu” red. Eliot, czyli wspomniany L. Kemmling.

 Opustoszało targowisko miejskie, które ze względu na położenie, zostało uznane za miejsce szczególnego zagrożenia. Nie stało się jednak tak, że „rynek” został zamknięty na cztery spusty.

- Gdy wielka woda nadeszła, większość handlowców zabrała swój towar do magazynów a szczęki i pawilony zabezpieczyli jak mogli, Ba, cztery kontenery wywieziono z terenu rynku! A jednak, mimo zagrożenia handel na targowisku nie zamarł całkowicie. Usiłowano handlować w jednym z pawilonów mięsnych, ale po ten towar na rynek ludzie jakoś przychodzić nie chcieli. Natomiast dwa stoiska z artykułami spożywczymi miały w tym czasie klientów. Jedno  to szczęka z warzywami obok biura targowiska. A drugie, pawilon koło przeciwległego wejścia. Jak nam powiedział właściciel tego pawilonu – zdemontował dwie dolne półki i wywiózł z nich towar, ale z górnych sprzedawał! Bo kierowniczka targowiska powiedziała, że zagrożenie chyba będzie mniejsze, niż się spodziewano, więc (na własną odpowiedzialność) można jego część zostawić w kontenerach. Dlatego on zostawił i miał czym handlować. Bo co innego miał do roboty? – pisało „Echo”.

Otwarte były też sklepy w mieście. Tu małe odejście od tematyki, które zapewne zostanie nam wybaczone. W „powodziowym wydaniu” „Echa Gryfina i okolic” znalazła się m.in. reklama „Ariela”, który funkcjonował przy ul. Rapackiego. W swojej ofercie posiadał kilogram cukru w cenie 1,59 zł, 0,25 l. napoju… Pepsi cola za 0,68 zł, mąkę wrocławską (1 kg) za 1,29 zł, kawę premium (250 g) w cenie 5,95 zł. draże m&m za 1,20 zł, do których dokładano puzzle gratis, dwulitrowy napój gazowany Scan za 2,60 zł, płyn do mycia naczyń Ludwik między 2,76 a 2,98 zł oraz pampersy za 13,98 zł i proszek Vizir (2,4 kg), którego cena oscylowała między 11,65  12,30 zł. Z mniej przyziemnych produktów można było nabyć np. wodę po goleniu Nike – 50 ml za jedyne 47,30 zł. Przy reklamie znajdowała się jednak adnotacja, że „oferta ważna jest po przejściu fali powodziowej (od dnia 28.07.1997 r.).

Zdaje się, że na termin ten wpływ miało położenia sklepu. Skoro ul. Rapackiego, to nad wodą. Data odnosząca się do końcówki lipca - jako końca zagrożenia - wynikała z prognoz, które upubliczniono kilka dni wcześniej.

- W piątek ludzie odetchnęli – napisało „Echo”, informując, że nie spełnił się najczarniejszy ze scenariuszy. Woda w Gryfinie osiągnęła „tylko” 606 cm, czyli o kilkadziesiąt mniej, niż się spodziewano. Dlatego w kolejnych dniach atmosfera w mieście się rozluźniła. Od wtorku 29 lipca sprzedawcy zaczęli wracać na targowisko, które dzień później żyło swoim normalnym życiem. Ogłoszono, że najgorsze minęło, czego odbicie znalazło się w gazecie z 31 lipca, która relację z „ostatnich dni” akcji zatytułowała: „Było groźnie i wesoło”.

 

„…, a woda rosła dalej”

Już tydzień później „Echo” zmuszone było jednak zmienić narrację. Zamiast fotografii uśmiechniętego proboszcza Kozłowskiego, który częstował pracowników ciastkami „Hit”, na łamach znów zagościły niezbyt optymistyczne obrazy.

- W piątek ludzie odetchnęli. A woda rosła dalej – zanotował jedyny wówczas gryfiński tygodnik, pisząc o rozluźnieniu, które nastąpiło w mieście. – Z miasta zniknęły worki z piaskiem, zabezpieczające budynki, do których woda ni jak nie mogła dotrzeć. Na targowisko miejskie zaczęli wracać handlowcy. W mieście nastąpiło ogólne uspokojenie. Tymczasem tydzień później woda osiągnęła w Gryfinie poziom 642 cm i wciąż jej powoli przybywało. A życie w mieście toczyło się jak gdyby nigdy nic. Miejmy jednak nadzieję, że to rozluźnienie nie udzieli się służbom odpowiedzialnym za ochronę przeciwpowodziową. I że rzeka jednak nie przerwie wałów – komentowało „Echo”.

Wspomniane 640 cm oznaczało o 70 cm wyżej od stanu alarmowego, a finalnie miało urosnąć do 660.

Zalało teren Międzyodrza, przez co władze Polski i Niemiec podjęły decyzję o zamknięciu przejścia oraz obu mostów.

- W ratowaniu zwierzyny płowej, na obszarze Doliny Dolnej Odry, biorą udział pracownicy parku i policjanci. Nocą wały są stale dozorowane przez wojsko oraz mieszkańców zagrożonych wsi. Zabezpieczono już budynki komunalne i spółdzielcze, sklepy i urządzenia telekomunikacyjne. Przedsiębiorstwa komunalne odwołały swoich pracowników z urlopów wypoczynkowych – wyliczał Leopold Kemmling.

Skończyło się jednak na strachu.

- Sytuacja powodziowa jest na dzisiaj określona, opanowana, woda opada. Obniżyła się z poziomu 649 cm o 60 cm. Są tendencje spadkowe. W najbliższym czasie należy spodziewać się uspokojenia tej sytuacji – powiedział w połowie sierpnia Wojciech Długoborski, który wrócił właśnie z delegacji. Jej również poświęcił kilka słów, tłumacząc powody nieobecności.

- Wyjechałem z Gryfina i z Polski przed jakimkolwiek zagrożeniem powodzią. Był to dużo wcześniej planowany wyjazd służbowy, studyjny i szkoleniowy na zaproszenie Amerykańskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego dla polskich działaczy samorządów lokalnych. Było to ogromne wyróżnienie dla mnie i dla naszej gminy, gdyż jako jedyny reprezentowałem nasz region. O sytuacji powodziowej w Polsce byłem informowany na bieżąco, za pośrednictwem internetu. A także codziennych, telefonicznych rozmów z Gryfinem. Znałem bieżące działania podejmowane w mieście i stan zagrożenia – mówił, akcentując, że wrócił jeszcze w „okresie prac zabezpieczających miasto i gminę przed nadejściem fali kulminacyjnej”.

Przekaz był o tyle istotny, że po gorącym okresie powodziowym nastał równie gorący okres przedwyborczy. W sierpniu 1997 r. ruszyła bowiem kampania do wyborów parlamentarnych ’97. Burmistrz Długoborski kilka dni później ogłosił swój start do Sejmu RP.

W 1997 r. skończyło się bez powodzenia. W sejmowych ławach zasiadł dopiero cztery lata później.

 

Bezrobotni do sprzątania

Woda nie wlała się głębiej miasta,

 ani nie wyrządziła większych szkód. Wprawdzie niektóre miejsca, jak stadion i okoliczne budynki znajdujące się w sąsiedztwie Odry, odczuły skutki powodzi, lecz nie brakuje osób, które nie zauważyły w tych dniach nic szczególnego. W gronie tym znajdował się piszący te słowa, wówczas 7-letni mieszkaniec Górnego Tarasu. Tam życie toczyło się normalnym biegiem.

Wkrótce podobnie było w całym mieście. O trwającej kilka tygodni akcji przypominały tylko worki z piaskiem.

- Około 70% wybudowanych wałów zostanie na trwałe i wszystkie worki zebrane z miasta zostaną zużyte na dalsze wzmocnienie tych wałów. Generalnie, za sprzątanie miasta odpowiedzialne będą służby komunalne. Chcielibyśmy uporać się z tym w ciągu najbliższych dwóch tygodni – mówił wiceburmistrz Piłat, gdy sprawa całkowicie się unormowała, a woda w Odrze spadła do 590 cm. W tym celu, do pracy „zagonieni” zostali bezrobotni.

- We wtorek 19 sierpnia, na nabrzeżu Regalicy pojawiła się ekipa robotników. Zbierali worki z ułożonego przez wojsko wału i układali je na drewnianych paletach. Palety zaś sztaplarka ładowała na ciężarówkę. W ten sposób ruszyły zapowiadane przez UMiG roboty publiczne, mające na celu zatrudnienie zarejestrowanych bezrobotnych, a jednocześnie likwidację niepotrzebnych już umocnień z worków – pisało „Echo Gryfina”, opisując „siedmioosobową brygadę, składającą się z bezrobotnych mężczyzn z Drzenina (trzech) oraz po jednym z Bań, Wełtynia, Żurawek i Gryfina”.

- Pracując pięć dni w tygodni, mają za zadanie sprzątnięcie worków z piaskiem z całego Gryfina oraz posprzątanie z ulic wszelkich pozostałości zabezpieczeń przed powodzią – odnotował redaktor Kwapisz.

 

Naprawa kosztem inwestycji

Władze musiały zatroszczyć się nie tylko o miejscowych, ale również przyjezdnych. Ze względu na fakt, że żywioł nie wyrządził w naszym regionie tak wielkich szkód, jak choćby na południu kraju, do Gryfina sprowadzono powodzian. Pierwszą grupę, która przybyła na początku sierpnia, stanowiło osiemnaście rodzin, w tym trzydzieści siedem dzieci. Przyjezdni zostali zakwaterowani w Szkole Podstawowej nr 1 przy ul. Łużyckiej. Wszyscy wymienieni pochodzili z Lewina Brzeskiego w ówczesnym województwie opolskim.

- Ich potrzeby są ogromne. Powódź zniszczyła im wszystko, co posiadali. Nie mają mebli, lodówek, podstawowych sprzętów gospodarstwa domowego. Zniszczeniu uległa pościel i odzież, której nie zdołali zabezpieczyć. Są właściwie bez niczego – podali dziennikarze, informując o zbiórce darów prowadzonych przez CARITAS (w domy katechetycznym) oraz w PCK przy liceum w parku.

We wtorek 12 sierpnia dołączyło kolejnych piętnaście rodzin (41 osób, w tym 26 dzieci), również z Lewina Brzeskiego. Grupą zaopiekowała się nie tylko gmina Gryfino, ale też Widuchowa, Banie i Stare Czarnowo.

- Ich codzienne potrzeby zaspokajane są na bieżąco. W trakcie pobytu w Gryfinie  uczestniczyć będą w wycieczkach, by zapoznać się z ziemią gryfińską i szczecińską. Wójt Widuchowej zaproponował wycieczkę nad morze – pisało „Echo”, dodając, że wszyscy goście, podczas pobytu oraz w pierwszym okresie po powrocie do zniszczonych domów, będą utrzymywani z budżetu gminy.

Ale – coś kosztem czegoś. Jak dodawał bowiem przewodniczący Rady Miejskiej, usuwanie skutków powodzi oraz realizowanie polityki społecznej było na tyle kosztowne, że wymagało zmian w budżecie.

- Wystarczająco duże środki możemy zabrać tylko z inwestycji. Bo z celów społecznych, które gmina musi realizować (szeroko rozumiana oświata i opieka społeczna) nie da się nic uszczknąć. Będziemy więc musieli zrezygnować z niektórych celów inwestycyjnych, a przynajmniej coś opóźnić – mówił Marek Kozicki.

 

Jedna ofiara śmiertelna

Więcej konkretów na łamach wielokrotnie cytowanego „Echa” podawał wiceburmistrz Piłat.

 

Na ile szacuje się koszty poniesiono przez gminę na akcję walki z powodzią?

- Z dość dużym prawdopodobieństwem koszty te będą się kształtować w wysokości 300 000 zł – odpowiadał Piłat. - Jest to dużo i mało. Jeśli weźmie się pod uwagę, że pozycja taka nie była ujęta w budżecie, to jest to dużo i na pewno trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Natomiast jeśli weźmie się pod uwagę to, co mogło ulec zniszczeniu w wyniku zalania, że przy okazji na budowę wałów wykorzystano gruzy, które zalegały miasto w różnych częściach, myślę, iż jest to kwota stosunkowa nieznaczna. Oczywiście mam nadzieję, że część z poniesionych kosztów odzyskamy z budżetu państwa.

 

Konkluzją całego wywodu było, że „o wały przeciwpowodziowe należy dbać na bieżąco, a nie dopiero w chwili zagrożenia”. Cieszono się, że nie odnotowano większych zniszczeń, ani przypadków śmiertelnych.

Jedyną ofiarą powodzi w Gryfinie został przyjezdny żołnierz.

- Dnia 29 lipca, o godzinie 2 w nocy zmarł nagle dowódca zgrupowania stargardzkich żołnierzy, do walki z powodzią na terenie gminy Gryfino, major Jan Olszewski. Przeżył 45 lat, pozostawił żonę i dwoje dzieci. Wyrazy serdecznego współczucia rodzinie składają mieszkańcy Gryfina – napisano w nekrologu.

We wrześniu łamy gazety zajmowały już tylko wybory.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/09/2024 08:53
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    RAFek71 - niezalogowany 2024-09-16 19:42:38

    Sypało się tam piach w te worki

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Krzysztof - niezalogowany 2024-09-18 17:21:08

    W1997 r byłem żołnierzem JW 2295 w Czarnówku(służba zasadnicza) pamiętam,było ciężko ale daliśmy radę.

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Grzesiek 2024-09-18 21:09:32

    Masz jakieś wspomnienie z tym związane? Może jakaś sytuacja?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama