Na wernisaż wystawy miniaturowych domków pt. "Przez dziurkę od klucza" Urszuli Kwietniewskiej-Łacny, w siedzibie Centrum Informacji Turystycznej, przybyło liczne grono zacnych gości. Przedstawione prace spotkały się dużym zainteresowaniem i podziwem. Porozmawialiśmy o nich z autorką
Podobno w tym roku obchodzi pani jubileusz.
Urszula Łacny: To prawda, jubileusz 10-lecia tworzenia moich miniatur. W związku z powyższym zaplanowałam tę wystawę już w styczniu i zabukowałam termin. W okresie 10 lat wykonałam około 250 miniatur w tym 30 domków z wyposażeniem, które przechowuję w ,,Galerii” przy ul. Flisaczej.
Skąd pomysł na nową tematykę wystawy?
- Jako, że robię wiele miniatur odzwierciedlających obiekty-domki, których już nie ma w Gryfinie, postanowiłam zrobić „Chatkę Zalipiańską” ze strzechą, która jest tematem przewodnim wystawy.
Jej historia jest niezwykle ciekawa.
- Dlaczego „Chatka Zalipiańską”? Gdyż mamy w Gryfinie Restaurację Zalipie, którą dawno temu malowały na zaproszenie pana Mariana Tessara, byłego prezesa PSS, cztery artystki z Zalipia. Posłużę się tu wspomnieniami Danieli Tessar, spisanymi przez panią Tamarę Szymańską: „Przypadkowo trafiliśmy do wsi, gdzie nawet psia buda była pomalowana. Mąż, zachwycony urokliwą twórczością, zaprosił ludowe artystki do Gryfina i w ten sposób powstało stylowe Zalipie, no i moje stoły”. Obecnie tych malowideł już tam nie widać, podobno są ukryte pod obrazami. Stąd mój pomysł na wystawę.
Jak długo trwało jej wykonanie?
- Chatkę robiłam przez trzy miesiące, po co najmniej osiem godzin dziennie.
Z jakich elementów powstała?
- Kupiłam:100 m drążków o średnicy 10 mm, 8 szczotek do zamiatania z trawy sorgo, naklejki z kwiatkami z samego Zalipia, laleczki cepeliowskie, zakładki do książek z motywem Zalipia, magnesy na lodówkę, ołówki z nadrukiem Zalipia, które posłużyły za karnisze do firan, część nadruków z internetu, poduszeczki i serwetki wyszyła mi koleżanka Janeczka Radzimirska. Sporo rzeczy kupiłam w łódzkich Cepeliach , gdyż w Szczecinie już Cepelii nie ma… Kupiłam też wiele innych drewnianych listewek i kątowników, gwoździków, klei i kartonów, a także dużo wcześniej mebelki na Allegro. Trudno w tej chwili wyliczyć wszystko.
Skąd u pani takie zacięcie twórcze?
- Moje życie, od lat najmłodszych było takie, że jeżeli sobie czegoś nie zrobiłaś, bo nie umiałaś, to nie miałaś. Tata nam robił narty, mama sanki. Tata naprawiał też ludziom rowery, motory i auta, ja patrzyłam od małego. Mama szyła, robiła na szydełku i drutach. Ja swoim dzieciom tak samo, szyłam kurtki ocieplane , robiłam na szydełku i drutach, robiłam im zabawki i domki, szyłam lalki itd.
Widać to na wystawie, która nie ogranicza się tylko do „Chatki Zalipiańskiej”. Prac jest więcej.
- Jest pokój stołowy z lat 1955-1970 w mieszkaniu moich rodziców, przy ul. Marchlewskiego 7 w Gryfinie. Stół dębowy z okleiną, rozsuwany. Krzesła gięte typu Thonet. Duża lampa stojące z odchylanym ramieniem. Zegar meblowy ,,Dziadek”, drewniane radio „Wola”, szafka kredens, niciarka, tapczan z lat 60, salon z harfą i biurkiem, maszyna do szycia Singer, cała z drewna.
Sporo elementów.
- Chciałam wiernie odtworzyć miejsca, takie jakie były. Jest też klasa szkolna z lat 50. To oczywiście SP nr 1 w Gryfinie, do której uczęszczałam w latach 1957-1964. Moją pierwszą wychowawczynią była Teresa Kołczan-Szarapanowska, później pani Lalik. Odtworzyłam też dawną księgarnię z ulicy Szczecińskiej, gdzie w latach 60. zaopatrywaliśmy się we wszystkie potrzebne rzeczy do szkoły. Oraz sala operacyjna Szpitala Powiatowego w Gryfinie. W latach 1971-2000 pracowałam w tym szpitalu jako położna i oddziałowa. Na strychu, gdzie kiedyś była nasza szatnia, umieściłam zdjęcia osób , które ze mną w tych czasach pracowały.
Całość tworzy swoistą podróż przez pani życie i historię naszego miasta. Wystawę tworzy też bowiem Kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny Gryfino, warsztat pani taty.
- Warsztat taty działał w latach 1954-1987. Jako dziecko bardzo lubiłam tu przebywać, patrzyć i pomagać. Co do kościoła, w mojej pracy obraz na ołtarzu, to znaczek wydany przez Pocztę Polską - ,,Madonny Kresowe”. Stworzyłam ponadto Warsztat pierwszego gryfińskiego szewca. H. Dęga działał przy ul. Piastów 9. Warsztat zegarmistrzowski w zegarze – pana Habatowskiego, pierwszego zegarmistrza w Gryfinie, którego zakład mieścił się przy ul. Niepodległości, przy wejściu do Parku Miejskiego. I wiele więcej. Nie tylko budynków i pomieszczeń z naszego miasta.
Na wernisaż przyszło sporo osób.
- Dziękuję wszystkim , którzy byli, bo być może jest to już ostatnia wystawa.
Dlaczego?
- Prac jest coraz więcej a miejsca coraz mniej. Na Flisaczej już nie mam miejsca, a jeszcze tyle pomysłów. Przygotowanie takiej wystawy wymaga czasu , który mam i pieniędzy, których nie mam. To są wydruki kolorowe, opisy, ramki, antyramy, brystole, kleje, kokardki, przewóz prac taxi po kilka kursów. Bo wystawa na Flisaczej jest mało możliwa. Nie ma tam ogrzewania, ani toalety.
Ale chyba nie przestanie pani tworzyć…
- Nie. Ostatnio pewna pani podarowała mi domek z lat 80., bo sama nie miała siły go skończyć. Trzy piętra, całe wyposażenie, wszystko na mnie czeka.
A wystawę, do kiedy będzie można oglądać?
- Wystawa trwa w CIT do 12 października. W godz. 9.00-17.00, oprócz sobót i niedziel, wtedy gdy dzieci i ludzie mają czas, to jest zamknięte. Szkoda, bo oprócz modelarzy kolejek, samolotów i sprzętu wojskowego (wystawa w Szczecinie odbędzie się w dniach 4-6 października, wystawiałam pięć domków w roku ubiegłym, otrzymałam medal i nagrodę), tego typu miniatury robię ja jedna w naszym województwie. Szkoda, bo to dobra reklama dla miasta i gminy.
Tak sobie teraz myślę, że może warto upamiętnić nieistniejącą ulicę Marchlewskiego, z której pani pochodzi?
- Na Marchlewskiego, oprócz mojej kamienicy, nas dzieci i gruzów, na których się bawiliśmy, nic więcej nie było. Takie same domy, staro poniszczone, brukowane ulice, ale chodniki były otoczone dużą granitową cegłą z napisem STTET. „Baniak”’ nad Odrą, tam się chowaliśmy przed rodzicami. Most stary a potem nowy. Przybijały barki i pływały statki, które opuszczały kominy, by się zmieścić pod mostem Pływały ,,Motyle”, żaglówki i młodzież z panem Bolesławem Sikorą. Byli też rybacy, wędzarki, łódki i wszelkie piękne ryby. Dzieci zawsze pierwsze jadły świeże wędzone węgorze i gotowane raki. Było biednie i cudnie. Były zgodne rodziny i wspólna pomoc. Wszyscy z całej ulicy żyli w zgodzie. I się szanowali. Jeździły wozy konne, które zwoziły zza Odry siano. Gospodarze pędzili za Odrę swoje krowy A nasze gęsi płynęły za Odrę na pastwisko. Mama wołała je przez okno i same wracały. I to by było na tyle…
Rozmawiał: Grzegorz Racinowski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze