Reklama

W powiecie gryfińskim istniała drużyna... skoków narciarskich

Zwycięstwo Adama Małysza w 49. Turnieju Czterech Skoczni zapoczątkowało zjawisko społeczne, które przeszło do historii jako „Małyszomania”. W styczniu 2001 r. Polska zainteresowała się skokami narciarskimi. Całymi rodzinami oglądano poczynania „Orła z Wisły”. Niektórzy próbowali nawet wzorować się na swoim idolu. Śmiałków, którzy nie bali się latania, nie brakowało również na terenie powiatu gryfińskiego

Podczas pierwszych zawodów, w których startowali, wywołali spore zainteresowanie. Słysząc nazwę Zieloni Zielin, organizatorzy i trenerzy innych ekip myśleli, że mowa o klubie z Zielonej Góry. Gdy wyjaśnili, że chodzi o liczącą kilkuset mieszkańców wieś na Pomorzu Zachodnim, rozmówcy przecierali oczy (i uszy) ze zdumienia.

- To pierwszy i jedyny polski klub, w którym młodzież ma szansę spróbować swoich sił w skokach, nie mieszkając górach. Klub Zieloni Zielin i jego zawodnicy – skoczkowie z Pomorza – to fenomen na skalę kraju! – pisał portal skoki narciarskie.pl. 

Reklama

Działo się to ponad dwadzieścia lat temu. Ślady tamtych wydarzeń można znaleźć dziś w internecie. O skoczkach narciarskich z Zielina, w gminie Mieszkowice, informowały nie tylko fachowe portale. O swoistym fenomenie pisały m.in. „Gazeta Wyborcza” i szczecińskie dzienniki.

Najwięcej miejsca sportowcom z południa powiatu gryfińskiego poświęcała nieistniejąca już „Gazeta Chojeńska”, do której materiały regularnie podsyłał Krzysztof Karolak. W opisywanym momencie był dyrektorem szkoły w Zielinie i prezesem Zielonych. To właśnie on założył sekcji skoków w miejscowym klubie.

Reklama

- Działalność zaczęliśmy na kanwie sukcesów Adama Małysza, ale nie była to chwilowa fanaberia. Sekcja skoków narciarskich została formalnie rozwiązana dopiero w 2011 r. W tym czasie daliśmy poznać się z dobrej strony, nawiązaliśmy wiele przyjaźni, które trwają do dzisiaj. Tak, jak na samym początku naszej działalności, gdy zaczęliśmy pojawiać się na różnych skoczniach, wszyscy się dziwili: „Skąd? Z zachodniopomorskiego? To chyba skaczecie na nartach wodnych?”, tak później, gdy przestaliśmy uczestniczyć w zawodach, dziwiono się, że nas nie ma. Jeszcze przez dwa lub trzy kolejne sezony przysyłano nam zaproszenia i komunikaty o organizowanych konkursach skoków dla dzieci i młodzieży – komentuje Krzysztof Karolak.

Z grupką podopiecznych zadał kłam teorii, że skoków nie można w Polsce trenować poza terenami górzystymi.

Reklama

 

Myśleli, że chodzi o grę komputerową

Bohaterowie niniejszego artykułu są wzorcowym przykładem na to, że sukces sportowy napędza koniunkturę, przyciągając do danej dyscypliny młodych adeptów. Na kanwie „Małyszomanii” wszyscy chcieli nakładać narty i szybować w powietrzu, bijąc rekordy polskiego mistrza. W Zielinie nie byłoby to możliwe, gdyby nie propozycja, która pojawiła się ze strony zachodnich sąsiadów.

- Pomysł na skoki przyszedł znienacka. Nie spodziewaliśmy się, że tam, pod Szczecinem będzie można uprawiać ten sport. Zaproponowali nam to Niemcy z klubu Wintersportsverein Bad Freienwalde – tłumaczył prezes Zielonych w rozmowie z portalem skijumping.pl.

Reklama

Niemcy zwrócili się do małej szkoły w gminie Mieszkowice ze względu na dotychczasowe doświadczenia sportowe. Zanim Zielonych i Wintersportsverein Bad Freienwalde połączyły skoki narciarskie, oba kluby posiadały kontakty futbolowe. Wprawdzie zespół piłkarski Zielonych nigdy nie zabłysnął na większej arenie, ale czynili to jego wychowankowie.

Tomasz Rydzak i Adrian Kamień grali w kadrze województwa rocznika 1989, po czym trafili do juniorów Pogoni Szczecin, z którymi wywalczyli brązowe medale Mistrzostw Polski Juniorów Starszych w 2008 r. „Rydzu”, przez cztery sezony występował zresztą w pierwszym zespole Dumy Pomorza. Co innego jednak piłka nożna, czy lekkoatletyka, a co innego sporty zimowe. Zwłaszcza na nizinnym terenie…

Reklama

Dlatego ofertę przyjęto z niedowierzaniem.

- Początkowo myśleliśmy, że to jakieś żarty, że zapraszają nas na treningi skoków... komputerowych! Bo takie wcześniej urządzaliśmy w naszej szkole, gdy Adam Małysz zaczął osiągać sukcesy i większość dzieci, młodzieży bawiła się właśnie w te skoki komputerowe. Ale pojechaliśmy i okazało się, że to żaden żart – komentował prezes Zielonych.

Na miejscu delegacja z Polski przekonała się, że trafili do ośrodka ze sporymi narciarskimi tradycjami. Bad Freienwalde to niewielkie miasteczko, położone dziesięć kilometrów od polskiej granicy. Jak informuje strona klubowa, jest najbardziej wysuniętym na północ ośrodkiem sportowym, w którym uprawia się skoki narciarskie.

Reklama

Pierwsza skocznia powstała tam już w 1924 roku. Mowa o prowizorycznym obiekcie, na którym osiągano odległości do dziewięciu metrów. Gdy została rozbudowana, zaczęła gościć coraz lepszych zawodników. Skoki w Bad Freienwalde oddawał m.in. Birger Ruud, późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski (Lake Placid w 1932 i w Garmisch-Partenkirchen w 1936) i pięciokrotny mistrz świata (Oberhof w 1931, w Lake Placid w 1932, w Wysokich Tatrach w 1935, w Garmisch-Partenkirchen w 1936 i w Chamonix w 1937 r).

- Niektóre źródła przypisują mu nawet odległość 40,5 m, co biorąc pod uwagę punkt konstrukcyjny usytuowany w okolicach 30 metra było rezultatem więcej niż bardzo dobrym – czytamy w artykule o historii obiektu, z którego dowiedzieć można się, że po II wojnie światowej, gdy miejscowość znalazła się w granicach NRD, skocznia opustoszała i z czasem (lata 60.) została zdewastowana. Wpływ na to miało m.in. bliskie sąsiedztwo radzieckiego garnizonu i niezbyt śnieżne zimy w tym regionie.

Reklama

 

Dojazd dłuższy niż trening

W 2002 r., gdy niemiecka delegacja zawitała w szkole w Zielinie, tamtejsze władze zdołały przywrócić ośrodkowi jego dawny blask. W Bad Freienwalde znajdowały się wówczas skocznie K-10 i K-21, a w niedługim czasie postawiono również obiekt K-42, a w 2008 r., K-66. W planach było nawet stworzenie skoczni K-120 i organizacja… zawodów Pucharu Świata. Zwolennikiem tego miał być dyrektor PŚ, Walter Hofer.

- Korzystając z popularności skoków, chcemy nawiązać do wielkich tradycji. W przyszłym roku zostanie wyselekcjonowana grupa młodych talentów, która będzie prowadzona z myślą o profesjonalnym uprawianiu tej dyscypliny sportu. Skąd pomysł współpracy z dziećmi z Polski? Bo jesteście coraz bliżej UE, a sport najszybciej znosi granice i jest najlepszą formą integracji – mówił „Gazecie Wyborczej” Günther Lüdecke, dyrektor centrum w Bad Freienwalde.

Reklama

Rozmowa miała miejsce w lutym 2002 r., podczas pierwszej wizyty Zielonych Zielin w Niemczech. „GW” zrelacjonowała ją na swoich łamach, opisując wrażenia młodych sportowców.

- Pierwszy raz w życiu byłem na prawdziwej skoczni narciarskiej. Podziwiałem umiejętności młodych niemieckich skoczków – mówił syn prezesa, uczeń piątej klasy, Tomek Karolak.

Niektórzy odważyli się na oddanie pierwszego w życiu skoku.

- Wcale się nie bałem, chociaż wcześniej próbowałem skoków tylko na małej górce, na śniegu. W Bad Freienwalde można skakać nawet latem, bo jest tam zielona sztuczna nawierzchnia – mówił 13-letni Mariusz Baczyński.

Reklama

Co oczywiste, żaden z zawodników nie usiadł na belce już na pierwszych zajęciach.

- Pierwsze treningi polegały na tym, że uczyliśmy się jeździć na nartach. Później zjeżdżaliśmy na igielicie i przez cały czas ćwiczyliśmy odbicia i wyskoki „na sucho”, w sali gimnastycznej – wspomina po latach inny członek sekcji, Michał Kotowicz.

Codziennością skoczków narciarskich z Zielonych Zielin były treningi ogólnorozwojowe i biegowe, które odbywały się „na miejscu”, w Polsce. Jako że mowa o trudnej technicznie dyscyplinie, skoki na specjalnych obiektach były jednak niezbędne.

Reklama

- Zawodnicy Zielonych Zielin jeżdżą do Niemiec na treningi w każdy piątek. Zajęcia trwają po 1,5 godziny, w których każdy z trenujących oddaje po 10-12 skoków – pisał w październiku 2002 r. „Głos Szczeciński”.

Z czasem zwiększono liczbę wyjazdów do dwóch. Jak wspomina trener Krzysztof Karolak, Zielin od niemieckiego ośrodka dzieliła wprawdzie relatywnie niewielka odległość (60 km w jedną stronę), lecz ciągłe dojazdy były uciążliwe.

- Wyjazd na trening był praktycznie zaraz po lekcjach, a powrót późnym wieczorem. Oprócz przejechania ponad 60 km w każdą stronę, bardzo dużo czasu traciliśmy na przejściu granicznym w Osinowie Dolnym, bo w tamtych latach jeszcze odbywały się kontrole po obu stronach granicy. Bywało tak, szczególnie w soboty, że dojazd zajmował nam więcej czasu niż sam trening – opowiada Karolak.

 

Przed telewizyjną kamerą

Jeżeli podróże do Niemiec były męczące, co powiedzieć o wyjazdach na zawody? Jako, że dwie dekady temu Pomorze Zachodnie było jeszcze mocniej wykluczone komunikacyjnie, Zieloni dojeżdżali do Poznania samochodami, skąd ruszali w trasę do Zakopanego pociągiem. Co oczywiste, musieli w ten sposób przewieźć też cały swój sprzęt.

- Początkowo skakaliśmy w pożyczonych od Niemców kombinezonach, kaskach i nartach.  Po dwóch latach działalności naszej sekcji skoków, gdy już zaczęliśmy pojawiać się na zawodach, dostrzeżono nas w Polskim Związku Narciarskim i otrzymywaliśmy systematyczne wsparcie w postaci sprzętu do skoków, które finansowała grupa Lotos jako sponsor polskiego narciarstwa – dopowiada Karolak.

Na pierwsze zawody zabrał swoich podopiecznych już w marcu 2002 r.

- Byliśmy na zawodach dzieci w Harrachovie oraz Krakowie, gdzie nasi zawodnicy mogli trenować pod okiem Jana Szturca, byłego trenera Adama Małysza. Niedawno otrzymaliśmy zaproszenie na mistrzostwa Polski UKS, ale na razie jeszcze nie skorzystamy – mówił w październiku 2002 r. na łamach „Głosu Szczecińskiego”.

Zieloni odważyli się zmierzyć z najlepszymi skoczkami w kraju dopiero półtora roku później.

- W marcu wystartowali w dwóch konkursach skoków i udanie zadebiutowali w kombinacji norweskiej w mistrzostwach Polski dzieci i młodzieży – pisała w 2004 r. „Gazeta Chojeńska”, w której archiwum stanowi kronikę zielińskich skoków narciarskich.

Dzięki tej skrupulatności, zachowały się dokładne wyniki młodych zawodników z regionu.

- W ostatni weekend maja skoczkowie Zielonych uczestniczyli w III edycji Młodzieżowego Grand Prix Turnieju Trzech Skoczni Wisła- Harrachov-Bad Freienwalde. Mateusz Jasiński zajął 17. miejsce, oddając skoki na odległość 26,5 i 28 m. Tomek Karolak skoczył 27,5 i 26,5 m na skoczni K-40. Bardzo dobrze zaprezentował się Jakub Jasiński, zaliczając 17,5 oraz 17 m na skoczni K-23. Zajął 15. miejsce – czytamy w artykule z maja 2004.

Tekst okraszono fotografią wspomnianego Kuby Jasińskiego. Wykonano ją w momencie, gdy udzielał wywiadu stacji TVN. Hasło „skoczkowie z Pomorza” przyciągało uwagę w nie mniejszym stopniu niż uzyskiwanie dalekich odległości.

 

Odstawali od najlepszych

Wywiady prasowe i relacje z wynikami sprawiły, że chłopcy stali się małą sensacją nie tylko podczas zawodów, ale również w szkole i swoich małych społecznościach. MUKS Zieloni Zielin nie był zamknięty wyłącznie w obszarze swojej wsi, czy gminy Mieszkowice. W różnych okresach barwy klubu reprezentowali zawodnicy z całego południa powiatu. I nie tylko.

- W naszym klubie w ciągu 8 lat przewinęła się całkiem duża grupa młodych adeptów skoków narciarskich. Najwięcej było dzieci i młodzieży z Zielina i Czelina, ale przygodę ze skokami przeżyli wspólnie z nami także mieszkańcy Mieszkowic, Dębna, Cedyni, dziewczynka Szczecina i dwóch chłopców z Warszawy – wylicza Krzysztof Karolak, który sam wywodził się z małego Czelina.

Pytany o najlepszych skoczków Zielonych, wymienia Patryka Kuśpisia, Mateusza Jasińskiego, Mariusza Dymidowa, Tomasza Karolaka i Kubę Jasińskiego.

- Przez osiem lat przewinęła się całkiem duża grupa młodych adeptów skoków narciarskich. Z tego grona dobry poziom wyszkolenia, czyli pozwalający na rywalizację z rówieśnikami z południa Polski, a nawet młodszymi zawodnikami z południa powiatu, osiągnęła grupa sześciu skoczków. Ci najlepsi mieli możliwość próbowania swoich sił na skoczniach od HS24 do HS70 w Zakopanem, Szczyrku, Wiśle, Goleszowie, Zagórzu, Harrachowie, Libercu, Wernigerode, Brotterode, Willingen – wylicza Karolak, za przykład podając Kubę Jasińskiego, który swego czasu otrzymał propozycję przeniesienia się w góry. Pisała o tym zresztą ówczesna prasa.

- Urodzony w 1994 r. Jakub Jasiński otrzymał już propozycję przyjęcia do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku do klasy o specjalności skoki narciarskie. Na razie jednak jest za wcześnie na decyzję. Chłopiec chodzi do klasy V, a SMS dokonuje naboru dopiero do klasy I gimnazjalnej – pisała „Gazeta Chojeńska”.

Ostatecznie Jasiński wybrał inną drogę życiową. Ze skokami na stałe nie związał się też żaden z innych zawodników Zielonych. Jak z perspektywy czasu ocenia M. Kotowicz, nie było na to szans.

- Wszyscy skakaliśmy na podobnym poziomie. Nawet jeśli któryś zawodnik z Zielonych osiągnął kilka metrów więcej, nie mógł liczyć się z chłopakami z gór. Oni urodzili się z nartami na nogach, można powiedzieć, że mieli sporty zimowe we krwi. Gdy zaczynaliśmy, mieliśmy po kilkanaście lat. Niektórzy dopiero uczyli się jeździć na nartach, podczas gdy nasi rówieśnicy mieli za sobą już kilka lat treningów – opowiada 32-latek z Cedyni.

Podobnie wypowiadał się młodszy od niego o rok Tomek Karolak.

- Trenujemy tylko w weekendy. Koledzy z gór mają treningi 4-5 razy w tygodniu, my niestety nie możemy sobie na to pozwolić. Jeździmy tylko w soboty i to nie zawsze. Zdarza się, że warunki są złe - wieje za silny wiatr, lub pada deszcz  i w ogóle nie opłaca się jechać – mówił w wywiadzie udzielony w 2008 roku.

Szansa na częstsze skoki pojawiała się wyłącznie w okresie wakacji i ferii zimowych, które Zieloni spędzali w polskich górach.

- To i tak było za mało, by nadrobić różnice. 7-letni, a więc młodsi o kilka lat chłopcy z gór skakali lepiej od nas. Dlatego nie oszukiwaliśmy się. Nikt z nas nie mówił, że liczy na wielką karierę. Wszyscy traktowaliśmy to jako zabawę. Dzięki skokom mogliśmy pozwiedzać, poznać ludzi, zobaczyć nowe miejsca. To tak jak z każdą inną dyscypliną. Nie każdy może być mistrzem olimpijskim w lekkoatletyce, co nie znaczy, że ludzie nie mogą biegać dla hobby – tłumaczy Michał Kotowicz.

Nieco inaczej na sprawy patrzy twórca i opiekun sekcji.

-  To prawda, że mieliśmy dużo trudniej niż inne kluby prowadzące sekcje skoków. W klubach działających w terenach górskich treningi na skoczniach odbywają się praktycznie codziennie. Przychodzący na pierwsze treningi kandydaci w ogromnej większości potrafili już dobrze jeździć na nartach zjazdowych i na biegówkach, więc już na starcie mieli znaczną przewagę nad naszymi zawodnikami mieszkającymi na terenach nizinnych. Tym większą satysfakcję mieliśmy, mogąc rywalizować z nimi jak równy z równym, a niejednokrotnie nawet ich dystansować. Bywały nawet takie lata, że w klasyfikacji drużynowej kolejnego cyklu Lotos Cup udało nam się wyprzedzić kilka klubów z terenów górskich, pomimo, że nasze starty były niesystematyczne. To też należy zapisać po stronie sukcesów – akcentuje Krzysztof Karolak.

 

Majówka z Małyszem

„Nietypowe” położenie Zielina w praktyce dyskwalifikowało zawodników w kwestii rozwoju sportowego. Czasami miało jednak swoje pozytywy. Jak wtedy, gdy Adam Małysz zaprosił skoczków z powiatu gryfińskiego na rozmowę.

- Skoczkowie narciarscy Uczniowskiego Klubu Sportowego Zieloni przebywali od 23 do 25 maja w Wiśle na Trzeciej Majówce z mistrzem świata Adamem Małyszem. Ich trzydniowy pobyt wypełniony był treningami, zwiedzaniem miasta oraz wieloma spotkaniami ze znanymi postaciami w świecie skoków narciarskich. Młodzi skoczkowie, ku swojej wielkiej radości, mieli okazję spotkać się dwukrotnie z Adamem Małyszem, jego żoną Izabelą, trenerem Apoloniuszem Tajnerem, czy słynnym skoczkiem Andreasem Goldbergerem – odnotowała „Gazeta Chojeńska”.

- Był z nami jeszcze jeden chłopak z północnej Polski, którego tata wybudował mu… skocznię w ogródku i też woził na zawody. Adam Małysz usłyszał o „skoczkach z Pomorza”. Byliśmy dla wszystkich ciekawostką – wyjaśnia Michał Kotowicz.

Razem kolegami regularnie stykał się ze znanymi skoczkami.

- Startowaliśmy w Niemczech i Czechach, gdzie widzieliśmy całą ówczesną czołówkę światowych skoków. Pamiętam spotkania z Martinem Schmittem, czy Svenem Hannawaldem – wylicza 32-latek.

Z tych „znajomości” korzystali nie tylko sportowcy Zielonych, ale również ich znajomi, członkowie rodziny, a nawet… nauczyciele.

- Spotkania z Adamem Małyszem i innymi sportowcami znanymi z telewizji były okazją do tego, by zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcia i zebrać autografy. Gdy pokazywaliśmy je po powrocie, znajomi prosili, żebyśmy następnym razem pamiętali o nich. Nauczyciele, wiedząc, że jedziemy na zawody, mówili, że by przywieźć im podpis od Adama, jeśli nadarzy się ku temu okazja – uśmiecha się Michał Kotowicz.

Osobne wspomnienia stanowią wspólne starty ze współczesną czołówką polskich skoczków. Cytowany powyżej Kotowicz urodził się w 1990 r. W tym samym, co świeżo upieczony brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.

- Nie tylko startowałem z Dawidem Kubackim, ale też trenowaliśmy razem  podczas zimowych obozów sportowych. Ze zgrupowań pamiętam też Kamila Stocha i Piotrka Żyłę. Byli starsi o 2-3 lata i wiadomo, że skakali o wiele dalej niż my, ale podczas tych zgrupowań spędzaliśmy razem czas - mówi Kotowicz.

Nie on jedyny ma podobne doświadczenia. Z Kubackim oraz z Maciejem i Kubą Kotem, Janem Ziobro i Kacprem Skrobotem (obecny serwisant kadry) startowali również Tomasz Karolak i Mateusz Jasiński. Kuba Jasiński spotykał się na zawodach m.in. z Klimkiem Murańką, Aleksandrem Zniszczołem, Kubą Wolnym, Krzysztofem Biegunem, Krzysztofem Miętusem, czy Andrzejem Stękałą (roczniki 1994/95), zaś Patryk Kuśpiś i Mariusz Dymidów - z rocznika 1997 – kilka razy startowali z młodszymi od siebie: Tomkiem Pilchem i olimpijczykiem z Pekinu, Pawłem Wąskiem.

 

Wciąż utrzymuje kontakt

Historia sekcji skoków narciarskich Zielonych Zielin zamknęła się w ośmiu latach. W końcowym okresie zmniejszyła się nie tylko intensywność treningów, ale również startów.

- Obecnie trenuje pięć osób, ale był okres, kiedy skakało nas dziesięciu, jedenastu. Jest dość duża rotacja. Ludzie się zapisują, potem rezygnują, ale 5-osobowa kadra utrzymuje się stale. Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia. Po prostu trzeba chcieć. Po niemieckiej stronie skoczków jest znacznie więcej. Dla WSV 1923 skacze około 25 chłopaków - mówił Tomasz Karolak w 2008 r. na łamach portalu KibicPolski.pl.

Syn prezesa klubu był jednym z najlepszych, ale też najbardziej wytrwałych zawodników. Zaczynał wraz z zawiązaniem sekcji, pozostając przy skokach aż do czasów nastoletnich.

- Chciałbym trenować znacznie więcej, ale nie ma do tego warunków. Na co dzień mieszkam przecież w Szczecinie, gdzie zacząłem naukę w liceum. Musiałbym pokonywać ponad 100 kilometrów, a to przecież niewykonalne. Chociaż kiedyś był chłopak, który chciał do nas dojeżdżać ze Szczecina, ale zrezygnował… - mówił w cytowanym wywiadzie.

Jego przykład pokazuje, że w pewnym momencie zrezygnować musieli nawet ci najwytrwalsi. Z czasem Zielonych dotknęły problemy z nowym narybkiem.

- Sekcja formalnie przestała działać w 2011 r. z kilku powodów, z których najważniejszym okazał się czas, jakiego wymaga prowadzenie tego rodzaju aktywności sportowej. Skoki narciarskie to niezwykle trudna technicznie konkurencja sportowa wymagająca długiego i systematycznego trenowania. Tutaj nie da się nic przyspieszyć, na przykład próbując posłać zawodnika na skocznię, do której nie do końca jest przygotowany. Zaczyna się od treningów ogólnorozwojowych z akcentem na skoczność, później dochodzą ćwiczenia imitacyjne, w następnej kolejności zjazdy na stoku narciarskim, później można zapiąć narty skokowe i czas na pierwsze próby polegające na zjazdach spod progu najmniejszych skoczni. Jeśli po tych 2-3 miesiącach intensywnych treningów młody adept skoków jeszcze nie stracił ochoty i nadal planuje zostać następcą Kamila Stocha czy Adama Małysza, to pora usiąść na belce skoczni K-10. Po kilkunastu treningach na tej najmniejszej, pora na zjazdy spod progu skoczni większej, np. K-20, potem znowu czas na belkę, dojazd odbicie, ćwiczenie panowania nad nartami i utrzymaniem odpowiedniej sylwetki podczas coraz dłuższej fazy lotu na kolejnych coraz to większych skoczniach; no i jeszcze nauka lądowania telemarkiem. Tak w skrócie wygląda pierwszy etap drogi do rozpoczęcia kariery skoczka narciarskiego. Oprócz talentu i predyspozycji fizycznych niezbędna jest cierpliwość oraz długotrwała systematyczna i wcale niełatwa praca – szczegółowo diagnozuje Krzysztof Karolak.

Koniec sekcji nie oznaczał jednak końca związków ze światem polskich skoków narciarskich.

- Nawiązane przez lata liczne kontakty i przyjaźnie, otworzyły wiele ciekawych perspektyw. Oczywiście bardzo miło jest, kiedy otrzymujemy zaproszenia na kolejne zawody Pucharu Świata do Zakopanego, Wisły, Willingen czy na loty do Planicy i możemy kibicować biało-czerwonym wspólnie z rodzinami skoczków w strefie Fis Family, a nawet zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z mistrzami i zdobytymi przez nich kryształowymi kulami. Dużą korzyścią niewątpliwie jest możliwość przekazywania na różnego rodzaju aukcje charytatywne pamiątek, numerów startowych, także nart z autografami naszych skoczków – podsumowuje prezes Karolak.

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 14/02/2026 09:25
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama