Zachęcamy do przeczytania materiału, nadesłanego do naszej redakcji przez Sebastiana Rożko. Relacja dotyczy Rajdu Kornwalii, długodystansowych zawodów na orientację
Adventure race lub po polsku rajd przygodowy to długodystansowe, zespołowe zawody na orientację łączące w sobie kilka dyscyplin outdoorowych jak bieganie, jazda na rowerze, pływanie kajakiem czy jazda na rolkach. Cała trasa składa się z kilku etapów, każdy o różnej długości i pokonywany w jeden z wyżej wymienionych sposobów. Do tego wszystkiego organizatorzy przygotowują różnego typu zadania specjalne. I na takie zawody o nazwie Rajd Konwalii wybrałem się wraz z Arkadiuszem Winkelem 5 sierpnia 2017 do Czaplinka, dość ładnej i pięknie położonej między dwoma jeziorami miejscowości na Pojezierzu Drawskim.
Jeszcze słowem wyjaśnienia, na dole strony jest galeria z mapami z zaznaczonym przebiegiem naszej trasy.
Impreza ma już 8 lat. W tym roku nastąpiły na niej dwie zmiany - zlikwidowano jedną trasę o nazwie Medium (bieg + kajak), a w zamian utworzono nową o nazwie Speed, oraz wydłużono trasę główną do 250km (a z etapami dodatkowymi prawie 300km). Pojechaliśmy jako absolutni debiutanci, z adventure race mając styczność jedynie siedząc w domach przy komputerze i czytając relacje z tego typu imprez. Dlatego właśnie wybraliśmy trasę Speed, która łącznie miała mieć 70km i składała się z 5 etapów (3 etapy rowerowe, 1 etap pieszy, 1 etap kajakowy). Idealny dystans na rozpoczęcie swojej przygody z rajdami przygodowymi.
Do Czaplinka zawitaliśmy w piątek 4 sierpnia ok. godziny 20:00. 2,5km dojazd rowerem ze stacji kolejowej, zameldowanie w bazie, odbiór numerów startowych, znalezienie miejsca na sali gimnastycznej na nocleg, jakaś kolacja na mieście. Same typowe rzeczy ;) Noc przebiegła też raczej typowo jak na spanie w bazie zawodów. Chociaż wróć, nawet nie najgorzej się wyspałem, więc tak typowo to do końca nie było. Pobudka o 7:00, o 8:35 wyjazd na czaplinecki Rynek gdzie o 8:45 odbyła się krótka odprawa i rozdanie map. Pierwszy rzut oka na 4 mapy jakie otrzymaliśmy i już wiem, że to nie będzie jakoś szczególnie skomplikowana orientacja. Ale w końcu nazwa trasy zobowiązuje - Speed, więc ma być szybko.
Punkt 9:00 startujmy. Etap 1 to ok. 8 km dojazd rowerem do pierwszej strefy zmian w 100% po asfalcie, bez zaliczania żadnych punków kontrolnych. Rower nie jest moją najmocniejszą stroną, ale i tak udało się zrobić tę część rajdu w założonym czasie i niezłą prędkością. Także po niecałych 22 minutach docieramy do strefy, odkładamy rowery i wybiegamy na etap 2 - moją ulubioną pieszą orientację.
Jeszcze na Rynku obrałem wariant BnO od punktu N, kończąc na punkcie P. Pech jednak chciał, że przez głupie zagapienie we wsi Żelisławie polecieliśmy za bardzo na północny-zachód i po krótkim przystanku i konsultacji zdecydowaliśmy zaczynać od punktu W. Wkurzenie dodało energii, skupiam się więc i punkty wchodzą dość szybko, z minimalnymi błędami. W, U, S, T, M, P, przeloty między nimi na kreskę jak tylko się da najwięcej. Przy N oczywiście okazało się, że założony, początkowy wariant był lepszy, gdyż dojść do tego punktu od wschodu było powiedzmy na sucho, a tak musieliśmy przeprawiać się przez bagnisko i dość szeroki kanał. Sporo straty minutowej, ale tak bywa. Wychodzimy już z mapy BnO i wracamy na 50-tkę. Do PK4 jest łatwa droga, ale będąc myślami jeszcze w poprzedniej skali 1:10 tys wydaje mi się, że za szybko dobiegamy do interesującego nas skrzyżowania. Mimo wszystko skręcamy na zachód, ale ja nadal mam wątpliwości. Wracamy więc i lecimy kawałek na południe. Oczywiście skrewiłem tutaj strasznie, bo byliśmy na dobrej drodze, z 500 metrów przed punktem. Spotykamy jedną ekipę, która "chwali" nam się, że też zrobiła taki błąd, ale my już to wiemy sami :) W końcu 4 pada naszym łupem i napieramy do punktu 5 długim przelotem przez las. Zaliczamy go sprawnie, przeprawiamy się pontonem na drugi brzeg jeziora (co jest przy okazji jedynym zadaniem specjalnym na tej trasie), dowiadujemy się ku naszemu zdziwieniu, że jesteśmy na 6 czy 7 miejscu i ile sił w nogach lecimy do strefy zmian po rowery. Po drodze ponownie mijamy ekipę z feralnego PK4, ale to tak naprawdę dopiero początek naszych wspólnych spotkań. Założeniem tego etapu było wykonanie go w max 3h. Nie udało się, zrobiliśmy go w 3h i 16 min. Ale mimo błędów kilometrowo wyszło dokładnie 22km, tyle ile założył organizator.
Etap 3 to ponownie rower. Orientacja rowerowa to zupełna nowość w moich startach. Zmieniam jeszcze spodnie biegowe na rowerowe i lecimy. Tą samą drogą co podczas etapu 1 docieramy do wiaduktu kolejowego, gdzie wg mapy miała być droga wzdłuż torów. Nie widziałem jej więc jedziemy dalej na północ i odbijamy już na wschód w dość szeroką i nie najgorszą polną drogę, którą jedziemy do jakiegoś dawnego lotniska. Odbywał się tutaj jakiś zlot samochodowy i wykonywano wszelkiej maści drifty. Było mega głośno. Przy okazji spotyka mnie tu nie miła niespodzianka, gdyż zaczynam odczuwać ból w okolicy kolana. Liczyłem się z tym, ale miałem też nadzieję, że udało mi się ten dość świeży uraz wyleczyć. No cóż, nadzieje okazały się płonne ;) Nie ma co płakać tylko napierać, po prostu trochę wolniej. PK7 zaliczamy z marszu, do PK8 też dojeżdżamy bezbłędnie, chociaż droga jest słaba delikatnie mówiąc. A to dopiero początek... Dojeżdżamy do części tego etapu, gdzie czeka nas rowerowa jazda na orientację. Coś jak bieganie na mapie do BnO, tylko że na rowerze. Jedyny fragment tego rajdu, gdzie komary kąsały... nie, one nie kąsały, one żarły jak oszalałe, gdy tylko człowiek zwolnił. A w tym lesie nie dało się nie tylko szybko jechać, ale i w ogóle jechać. Wycinka trwała w najlepsze, wszędzie pełno powalonych gałęzi, drzew, błoto też wszędzie. Rowery generalnie najczęściej prowadzimy. Z plusów, że punkty intuicyjne i że zapomniałem o bólu kolana. Najpierw punkt A, potem B, gdzie doganiamy naszych już w zasadzie do mety towarzyszy z feralnego punktu 4 na etapie biegowym (a byli to Joanna Jachym i Łukasz Drewniak), potem C, D, E i koniec, uciekamy jak najszybciej z tego lasu. Ufff... Dojazd do jeziora Komorze to już formalność. Asfalt, z górki. Jest szybko i przyjemnie. Ten etap założyłem w czasie do 2h 15 min. Przejechaliśmy go w 2h i 30 min, robiąc ok. 30km.
Etap 4 to pływanie kajakiem, a do odnalezienia są cztery punkty kontrolne. Rozpoczynamy od PK12. Wraz z Łukaszem wychodzimy na brzeg, chwilę szukamy "noska" z opisu, podbijamy go i płyniemy dalej. Teraz długi fragment do PK11, ale na szczęście płyniemy z wiatrem, więc idzie sprawnie. Ten punkt to było małe wyzwanie. Wbijamy się kajakami w trzciny prawie idealnie na północ od celu. Ponownie ja i Łukasz wychodzimy, brodząc w przybrzeżnym, śmierdzącym mule po kolana. Dalej jest nie lepiej. Po krótkiej chwili namierzamy wzrokowo punkt i napieramy przez bagno, tym razem tylko po łydki. Zawsze jakiś plus ;) Po powrocie do kajaków płyniemy do PK10. Źle spojrzałem na mapę i musimy opływać wyspę, ale znajdujemy. Ostatni PK13 myślę, że był źle ustawiony. Wg mapy powinien znajdować się na południowym brzegu wyspy, a w rzeczywistości był na południowo-zachodnim, co potwierdza ślad zapisany przez zegarek. No ale znajdujemy go i już pędzimy do mety tego etapu. Przy okazji zaczyna padać deszcz, chociaż nie taki jak dopiero spadnie za 1,5 godziny. Na etapie kajakowym zrobiliśmy ponad 7,5km w 1h i 23 minuty, chociaż zakładałem 50 minut. Nie spodziewałem się jednak wyjść z kajaka, a na pewno nie takich. Przy okazji dowiadujemy się, że jesteśmy na 100% na 5-6 miejscu.
Ostatni, piąty etap, to miało być proste rowerowe 10km do mety z jednym, łatwym punktem kontrolnym do zaliczenia po drodze. Dobrze szło w początkowym fragmencie. Jedziemy szybko, gadka szmatka z naszymi towarzyszami. Nagle ostre zatrzymanie. Jezioro przecież miało być po prawej, a jest po lewej. No cóż, tak to jest jak się nie kontroluje mapy i kompasu. Wracamy więc i skręcamy we właściwą drogę. Jedziemy dalej i znowu błąd - omijamy punkt dojeżdżając do samej wsi Nowe Drawsko. Ponownie wracamy, podbijamy ostatni punkt o numerze 15 i gonimy do mety. Końcówka jest asfaltem, ale mimo to niustrzegamy się kolejnego błędu... Już w samym Czaplinku bezsensu objeżdżamy miasto wkoło zamiast skrócić przez Rynek. Przy okazji Joanna i Łukasz wyprzedzają nas na dosłownie ostatnich 2km i zgarniają 5 miejsce. Niecałą minutę za nimi docieramy do mety po prawie 50 minutach rowerowania na tym etapie (założeniem było 30 minut) i wykręconych 13 km.
Na mecie kilka zdjęć, żarełko od organizatora (a było tego sporo, bo i makaron z sosem, ciasto, chleb ze smalcem, ogórki, piwo), prysznic i możemy cieszyć się sukcesem. Zaliczyliśmy oczywiście wszystkie 22 punkty kontrolne, uzyskaliśmy czas 8h i 41 min, do 4 miejsca tracąc 1h i 1 min, a nad 7 miejscem mając bezpieczną przewagę 21 minut. Zasypiamy w dobrych humorach. W niedzielę 6 sierpnia wstajemy o 5:30, bo o 7:07 mamy pociąg do Szczecina. Wysiadamy po 2h w Szczecin Zdrojach i jeszcze jedziemy z całym majdanem na plecach 18km do domu, do Gryfina. Moje kolano umiera, ale co zrobić jak nie ma innego transportu. Trzeba napierać ;)
VIII Rajd Konwalii to były bardzo fajne zawody. Zarówno pod względem organizacyjnym, warunków w bazie jak i samej trasy. Debiut bardzo udany i chyba zostałem zarażony rajdami przygodowymi. Warto było i serdecznie polecam :)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze