10 marca bieżącego roku, w wieku 88 lat odszedł Grzegorz Krywalewicz, znany i ceniony technik weterynarii z Bań. Zmarłego wspomina jego syn, Andrzej Krywalewicz wraz z najbliższą rodziną
Grzegorz Krywalewicz urodził się w lutym 1937 w wiosce Morecz (obecnie Białoruś) jako trzecie dziecko w rodzinie, po siostrze Irenie i bracie Kostku. Janek, czyli najmłodszy brat Grzegorza, urodził się po wojnie na ziemi gryfińskiej. Ich rodzicami byli Stefan i Jadwiga. Ślub wzięli w 1928 r., gdy pan młody miał 23 lata, a panna młoda zaledwie 16 lat. Pochodziła z oddalonej o piętnaście kilometrów wioski Monastyr. Tam znajdowała się cerkiew i prawdopodobnie kościół. Zamieszkali w wiosce Morecz, w której urodził się Grzegorz. Leżała nad rzeką Słucz, która w latach międzywojennych była rzeką graniczną pomiędzy II RP i ZSRR. Grzegorz wzrastał słuchając opowieści swojego dziadka.
Maksymilian, w okresie rozbiorów, służył przez 12 lat w Wojenno-Morskiej Flocie Imperium Rosyjskiego. Pełnił służbę m.in. na krążowniku „Aurora”. Opowiadał o przeżyciach z okresu służby swoim dzieciom i wnukom. Brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej. W czasie służby w Marynarce Carskiej dopłynął raz aż do Szczecina. Po wojnie, gdy odwiedził to miasto, rozpoznał budynek poczty z czerwonej cegły, który znajduje się koło dworca kolejowego. Gdy zakończył służbę, do rodzinnego domu przyszedł z Moskwy pieszo.
Ojciec Grzegorza, wspierany przez bliskich, wybudował dom z drewna, oddalony o około 20 km na wschód od przedwojennej granicy Polski. Dom z bali powstał pośrodku bagien, w pobliżu wioski Skauszyn, która istnieje do dzisiaj.
Rodzina zamieszkiwała tam do 1942 r. We wsi mieszkali chłopi z rodzinami, posiadający zazwyczaj jedno z dwóch nazwisk: Romanowicz lub Krywalewicz, ale nie byli ze sobą spokrewnieni. Po prostu - te nazwiska w tej i okolicznych wsiach były bardzo popularne. Aby rozróżnić, kto jest z jakiej rodziny, dodawano czasem przydomki lub „pseudonimy” Dom stał samotnie pod lasem na bagnistej polanie. Gdy w 1941 r. wybuchła wojna, rodzina utraciła część zabudowań i ziemi w wyniku komunistycznego nakazu z 1937 r. Wiele miejscowych rodzin nosiło uzasadniony wówczas żal do władzy, ale nie było sensu podejmować walki, bo czasy nie były bezpieczne, ani łatwe. Zagrożenie zsyłką za opór i śmierć groziły zarówno od Sowietów jak i później od Niemców, a także od rozmaitych szabrowników. Do wioski, co jakiś czas, wpadali partyzanci lub raczej bandyci, łupiąc wieśniaków i wymierzając na biednym narodzie „sprawiedliwość” według swojego punktu widzenia. Głód i zagrożenie utratą życia było tam codzienną normą. Każdy w miarę spokojnie przeżyty dzień był zwycięstwem.
Czas wojny to masowe wywózki miejscowej ludności do pracy przymusowej w III Rzeszy. W 1941 r. Niemcy wkroczyli na obszar zamieszkiwany przez rodzinę, rozpoczęła się okupacja, wywózki mieszkańców na roboty przymusowe w III Rzeszy. Dotknęło to również rodzinę Grzegorza. Podczas wywózki rodziny zdarzył się tragiczny wypadek. Przypadek sprawił, że Anastazja, siostra Stefana (ojca Grzegorza) opuściła wagon „na chwilę” (gdzieś na terenie dzisiejszej Warmii i Mazur), w którym znajdowała się miejscowa ludność wywożona, podobnie jak rodzina Krywalewiczów do Rzeszy. Pociąg odjechał, w wagonie pozostała dwójka jej dzieci, którymi zaopiekowali się rodzice Grzegorza.
Siostra Irena w taki sposób, w 2018 r., wspominała drogę do Rzeszy: „Pociągiem wyruszyliśmy przez Prusy do Niemiec. Wyruszyłam z moimi najbliższymi: babcią Teodorą i dziadkiem Maksymilianem, rodzicami i dwoma braćmi: Kostkiem (1932) i Grzegorzem (1937). Z nami wyruszyła siostra mojego taty Anastazja z trójką dzieci: Wołodią (1927) Walentyną (1930), Grzegorzem (1932). Zabrakło wujka Sidora – męża cioci Anastazji, który jak wspomniałam, został okrutnie zamordowany. Pociąg, pamiętam że jechał przez Prusy, tam było kilka dłuższych postojów. Dojechaliśmy do takich dużych „łagrów” do Prus. Tam młodych chłopaków zabierano do pracy przy kopaniu okopów. Wołodię wytypowano wraz z innymi do pracy. Ciocia Anastazja rozpaczała. Ciocia i inne matki, kiedy dowiedziały się, gdzie synowie pracują, poszły do synów. W tym czasie, kiedy ciocia Anastazja poszła poszukiwać syna Wołodi, ktoś zdecydował, że pociąg ma ruszać i moja rodzina odjechała w dalszą drogę do Rzeszy. I w taki sposób nasze drogi się rozeszły. W wagonie obok nas jechali w nieznane kuzyn, dzieci Anastazji: Wala i Grzegorz – nagle osieroceni. Oj, jak oni płakali, kiedy się okazało, że mama z bratem zostali. Przez długi czas mieli nadzieję, że mama ich odnajdzie. Nie odnalazła. Jak się później okaże, kuzynostwo odnajdzie matkę wiele lat po wojnie, dzięki pomocy Czerwonego Krzyża. Anastazja, tam gdzie pozostała, nie odnalazła Wołodi, natomiast spotkała ludzi z rodzinnych stron. Nie była już sama. W dalszą drogę jechaliśmy przez Gdańsk. Dojechaliśmy do Frankfurtu nad Odrą. Tam przebywaliśmy przez tydzień, dwa. Tam panowała straszna wszawica. Zapamiętałam, że wtedy przywieziono w wagonach polskich żołnierzy. My udaliśmy się stamtąd do Angermünde. Tutaj, w umówione miejsce przyjeżdżali gospodarze. Wybierali ludzi do pracy. W taki sposób ostatecznie dojechaliśmy do majątku docelowego. W tym majątku robotnicy pochodzili z różnych krajów. Kucharka była Polką. Codziennie rano z rodzicami i Walą wychodziliśmy do pracy w pole. Chłopaki mieli lżejsze życie. Biegali gdzieś po łąkach, polach. Gdy Rosjanie się zbliżali do Odry, gospodarze, inspektor i kilka innych osób w pośpiechu ewakuowali się na zachód. Później przyszła kolej na nas. Konwój, w których przemieszczaliśmy się na zachód, był długi. Wiele traktorów z przyczepami, koni z zaprzęgami i naprawdę dużo osób wyruszyło pieszo na zachód. Pomiędzy nami ludzie różnych narodowości…”.
Rodzice wcześnie rano wychodzili do pracy, a dzieci pozostawały w małym pokoju na strychu budynku z czerwonej cegły. Piaszczysty teren wokół Biesenbrow mocno przypominał rodzinne okolice Polesia. Nizina poprzecinana była kanałami i rzeczkami. Tutaj do końca wojny Grzegorz z rodzeństwem i innymi dziećmi robotników spędzali dużo czasu.
Gdy wojna się zakończyła, rodzina ewakuowała się na wschód, w kierunku Polski. Droga ich wiodła przez Gryfino, w pobliżu Odry. Tutaj pierwszy polski ksiądz zabiegał o to, aby powracające z Rzeszy polskie rodziny osiedlały się właśnie w tym mieście. Rodzina zatrzymała się w budynku plebanii w Gryfinie, ojciec Grzegorza – Stefan z kilkoma mężczyznami wyruszył drewnianą furmanką w poszukiwaniu poniemieckiego opuszczonego domu. Dotarli do Bartkowa koło Gryfina. Odtąd to ziemia gryfińska stanie się dla rodziny Grzegorza ziemią rodzinną.
Z Bartkowa kolejno drogi poprowadzą do szkół: SP 1 w Gryfinie, później do Goleniowa do szkoły weterynaryjnej.
Żonę - Krystynę - poznał w sąsiednim Wełtyniu w 1960 r. Ślub odbył się w kościele w Wełtyniu, w maju, w 1961 r. Pierwszą pracę Grzegorz Krywalewicz podjął w Lecznicy dla Zwierząt w Widuchowej i tutaj zamieszkał wraz z żoną Krystyną. Jednak najważniejszym miejscem, z którym małżonkowie zwiążą największą część swojego życia jest miasteczko Banie.
Około 60 lat małżonkowie przeżyli i przepracowali właśnie w Baniach. Tutaj urodziły się ich dzieci: Alicja i Andrzej. Mocno przywiązali się przez ten bardzo długi okres do miasteczka i okolic, bogatych w jeziora i lasy, które Grzegorz uwielbiał. To tutaj spędzał dużo czasu, wędkując i wędrując po lasach. Cenił sobie kontakty z ludźmi i swoją pracę. Przepracował w Lecznicy w Baniach ponad 40 lat. Leczenie zwierząt stało się dla Grzegorza prawdziwym wyzwaniem, któremu z całym sercem się poświęcił. W każdej wiosce wokół Bań pozostawił po sobie dobre wspomnienia. Będąc już na emeryturze, często wsiadał na rower i odwiedzał miejsca – wioski, w których spędził lata swojej pracy i życia. Po drodze, tradycyjnie spotykał wiele osób, które znał i z którymi wdawał się w długie i serdeczne rozmowy. To wszystko sprawiało, że czuł się szczęśliwy i spełniony.
Grzegorz Krywalewicz, po 88 latach pracowitego i skromnego życia, 10 marca odszedł na niebieskie pastwiska. Z pewnością troskliwie zaopiekuje się tam wszystkimi istotami, które na swej drodze spotka i obdzieli je swoją dobrocią, życzliwością i ciepłem.
Dziękujemy wszystkim, którzy towarzyszyli mu w jego ostatniej ziemskiej wędrówce.
Żona Krystyna,
rodzina i przyjaciele
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze