Marian Anklewicz potrafił jak nikt opowiadać o historii regionu, tak samo jak i o swojej twórczości. Zgodnie z zapowiedzią publikujemy wywiad przeprowadzony z regionalistą w 2009 roku z okazji premiery książki Tajemnice Gryfińskiej Historii
Skąd u Pana zainteresowanie historią lokalną?
- Może zabrzmi to niezbyt poważnie, ale zainteresowanie historią i archeologią pojawiło się sie u mnie już w latach dzieciństwa. Mieszkałem w Szczecinie na Pogodnie, w dzielnicy pełnej tajemniczych podziemnych tuneli, w otoczeniu pozostałości II wojny, nieopodal Kopca Napoleona i starego wojskowego placu ćwiczeń. Codziennością były odkrycia materialnych śladów historii. Gdy przyjechaliśmy w 1969 roku do Gryfina, ta ciekawość spraw dawnych i tajemniczych pogłębiła się. Tamto Gryfino także było pełne dziwnych ruin, różnych dziur, wysypisk. Często znajdowaliśmy z kolegami stare monety, jakieś niezidentyfikowane przedmioty, starą broń i amunicję. To wszystko o czymś nam opowiadało, a my nie za bardzo potrafiliśmy zrozumieć te opowieści. W czasach licealnych, czyli w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych rozpocząłem zbieranie informacji o naszym mieście, okolicy i całym Pomorzu. Wówczas najbardziej intrygowały mnie czasy najdawniejsze, średniowieczne, związane z zamieszkującymi tu Słowianami.
Czy rozpoczynając badanie tutejszej historii spodziewał się Pan tak mocnego zaangażowania na tym polu?
- Wtedy jeszcze nie. Dostęp do materiałów był marny, ale myślałem poważnie o studiowaniu historii lub archeologii. Niestety, nie było na to zgody mego ojca, potem musiałem odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu założyłem rodzinę i należało myśleć przede wszystkim o jej utrzymaniu. Historią Pomorza i oczywiście Gryfina zajmowałem się więc amatorsko. Już w połowie lat osiemdziesiątych publikowałem małe kawałki w Głosie Szczecińskim i Kurierze. Działałem w szczecińskim środowisku opiekunów zabytków przy Regionalnej Pracowni PTTK. Zdobyłem uprawnienia przewodnika i woziłem wycieczki, nie tylko zresztą po Pomorzu.
Historia Gryfina to nie jest historia miejsca czysto polskiego. Czy badanie np. losów mieszkających tutaj Niemców nie spowodowało nieprzyjemnych reakcji?
- To delikatnie powiedziane. W Gryfinie nie ma żadnych śladów polskości, bo ich po prostu być nie może. Najdawniejsi mieszkańcy mówili jednym z niemieckich dialektów, a jeśli nawet trafia się w źródłach na polsko brzmiące imiona, to są to imiona ludzi pochodzących z rodów słowiańskich nie mających z Polską nic wspólnego. Pomorskie rody wielmożów szybko przyjmowały kulturę zachodu wraz z językiem. To był warunek przetrwania w godności i znaczeniu. Badanie i opisywanie historii nowożytnej dotyczy przede wszystkim Niemców. Nie odczułem, jak dotychczas, jakichś nieprzyjemności z tego powodu, lecz bardzo często zdarzała się ostentacyjna obojętność, zwłaszcza ze strony mojego pokolenia i pokolenia moich rodziców. Jeśli dochodzi do dyskusji na temat niemczyzny, z góry oświadczam, iż nie jestem germanofilem. Zawsze pamiętam o okrutnych czasach wojen światowych i radzę to wszystkim młodym historykom i regionalistom. W okrucieństwach tych brali także udział byli mieszkańcy Gryfina i całego Pomorza. To właśnie dlatego nie ma ich tutaj od czasu likwidacji nazistowskich Niemiec.
Ma Pan kontakt z przedwojennymi mieszkańcami miasta. Jak oni podchodzą do takich prac?
- Gdy w latach dziewięćdziesiątych zapoznawałem się z nimi, często widziałem pogardliwe grymasy wyrażające lekceważenie na zasadzie „a co ty facet możesz o tym wiedzieć”! Jednak z biegiem czasu coraz częściej spotykałem się z zainteresowaniem, a nierzadko i zdziwieniem, albowiem trafiałem na sprawy, o których nawet byli mieszkańcy nie mieli pojęcia. Przykładem z ostatnich dni jest kwestia gryfińskiej Wieży Cesarskiej, która miała stanąć na „górce miłości” w 1906 roku. Nie wiedzieli o tym nawet ci z byłych mieszkańców, którzy tak jak ja zajmują się historią regionu i mają o wiele większe możliwości dotarcia do źródeł wiedzy, a język źródeł jest ich językiem ojczystym. Podobnie wyglądają sprawy historii zabudowy gryfińskich przedmieść, z których najbardziej tajemniczo przedstawia sie zabudowa ulicy Szczecińskiej. Na moją prośbę w Bersenbruck trwają poszukiwania materiałów.
Pana publikacje cieszą się dużym zainteresowaniem, ale czy są reakcje czynne, nie tylko bierne - np. rozmowy, dyskusje itp.
- Zawsze zdawałem sobie doskonale sprawę z faktu, iż moje zainteresowania podziela określona grupa osób, z którymi mogę podyskutować, które wyrażą czynne zainteresowanie. W ostatnich latach ta nisza zamienia się powoli w dużą komnatę, do której wkracza coraz więcej młodych ludzi trzeciego i czwartego pokolenia Polaków urodzonych na Pomorzu, lub osiadłych tu z wyboru. Coraz większa jest też grupa osób, które może nie interesują się zbytnio historią, ale po prostu chcą coś wiedzieć. Najlepszym przykładem jest tu odzew na serię artykułów w Ekspresie Gryfińskim. Jak pokazały ostatnie wydarzenia, również włodarze naszego miasta wykazują czynne zainteresowanie historią, lecz oczywiście czynią to w swoich celach. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na pokutujące tu i ówdzie przeświadczenie o nieomylności tak zwanych „autorytetów”. Ich rozstrzygnięcia w wielu kwestiach zamykają się w słowach – „dotychczasowe badania nie potwierdzają domniemanych faktów”. Ja się wtedy pytam - jakie badania? Przecież takie badania nie są wcale prowadzone! Nie ma na to funduszy, a żaden z „autorytetów” nie będzie robił tego za darmo! No, może z wyjątkiem Pana Profesora Rymarka.
Czy ta książka to tylko pierwszy etap pracy, czy będzie kontynuacja?
- Będzie kontynuacja. Rosnące zainteresowanie czytelników obliguje mnie do wytężonej pracy, i nie będę ukrywał, że kocham to, co robię. Jeśli zdrowie pozwoli, to do końca życia będę prowadził moje badania i publikował ich wyniki w dotychczasowej, przyjaznej dla wszystkich formie.
Które z odkrytych zdarzeń historycznych wywołały u Pana największe zaskoczenie?
- Niemieccy regionaliści gryfińscy z niewiadomych nam powodów niezwykle enigmatycznie opisywali siedemnastowieczne dzieje miasta i regionu. Do niedawna też traktowałem ich stwierdzenia jako wyrocznie, wszak kto jak kto, ale starzy gryfinianie powinni o swoim mieście wiedzieć najwięcej. Nie dawała mi jednak spokoju ta historia, która w całej Europie miała niezwykle skomplikowany przebieg. W końcu zacząłem głębiej kopać w materiałach pisanych nawet na bieżąco w XVII wieku. Okazało sie rychło, że natrafiłem na nieodkrytą skarbnicę wiedzy o wydarzeniach dawno zapomnianych. To wszystko, co dotychczas napisałem o wojennych losach Gryfina w siedemnastym stuleciu, to zaledwie szkic do pełnego obrazu. W swoich poszukiwaniach natrafiam na coraz to nowe źródła i materiały, coraz częściej też myślę, że Gryfino wieku siedemnastego godne jest osobnej grubej książki. Podobnym zaskoczeniem mogą okazać się odkrycia związane z dziejami miasta w czasach nazistowskich, lecz na tym polu, jak dotychczas, natrafiam na mur milczenia ze strony archiwów niemieckich.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze