Ciekawa i atrakcyjna, szczególnie dla pań, inicjatywa mieszkanki ul. Artyleryjskiej 15 już jutro - w sobotę 25 stycznia w godz. 9-16.
Poniżej publikujemy cały wywiad z pomysłodawczynią gryfińskiego pchlego targu, który ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej w wydaniu 14 stycznia. Dowiecie się z niego wszystkich niezbędnych szegółów.
Pani Beata zapewniła dzisiaj, że wszytsko jest jak najbardziej aktualne, zaprasza do siebie w sobotę od 9:00 do 16:00 oraz (jeśli w sobotę nie sprzeda się wszystko) w niedzielę od 9:00 do 12:00.
Adres: ul. Artyleryjska 15 (na Grajdołku)
---------------------------------------------------------------------------
Tytuł: Sprzedać co się da, resztę podarować
Wprowadzenie: Mieszkanka Górnego Tarasu postanowiła połączyć pożyteczne z przyjemnym i w sobotę 25 stycznia organizuje przy swoim domu pchli targ. Dla chętnych będzie to okazja nie tylko do nawiązania bliższych sąsiedzkich kontaktów, ale też do nabycia po okazyjnych cenach atrakcyjnej jakościowo garderoby. Inspiracją dla pani Beaty są tzw. flomarkt’y, rozpowszechnione u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie na co dzień nasza rozmówczyni pracuje.
Gdzie to wszystko ma się odbyć?
- Na tzw. Grajdołku, ul. Artyleryjska 15.
WYJŚĆ Z CZYMŚ INNYM
Pani jest gryfinianką z urodzenia?
- Szczecinianką, ale mieszkam już tutaj tak długo… Osiedliliśmy się tutaj i fajnie jest. Moich trzech dorosłych synów już wyniosło się z domu. Najmłodszy czasami jeszcze przylatuje z pracy i pomieszkuje. Jako jedynej dziewczynie w domu, przysługiwały mi wszelkie względy.
Mowa o ciuchach??
- Tak. Przez te wszystkie lata nazbierało mi się tak dużo różnych rzeczy. Zawsze zwracam uwagę na gatunek, na firmę. Chociaż są też takie zwykłe, ale nie niszczę tych rzeczy. Raz na dwa, trzy lata robię taką czystkę w szafach i większość z nich pakowałam do wora.
I co z nimi pani robiła?
- Albo oddawałam sąsiadom, albo zanosiłam do tych boksów, skrzyń PCK. No, ale czytałam, że to nie koniecznie trafia potem tam, gdzie powinno.
To prawda.
- Dlatego, chodząc tak po tych Niemczech, postanowiłam wyjść z czymś innym. Chętnie zaglądam w Niemczech na „flomarki”. Wiele razy kupiłam na nich różne rzeczy bardzo dobre gatunkowo za bardzo niską cenę.
Co to jest ten „flomark”?
- To nic innego jak taki polski pchli targ. Chociaż dokładnego znaczenia tego pojęcia nie znam.
W międzyczasie szybki rzut oka do tłumacza Google weryfikuje hasło „flomarkt” jako literalnie „pchli targ”.
- Zależnie od okazji, uczestniczy w nich wiele osób, na terenie wydzielonym przez organizatora, którym mogą być lokalne władze…
Albo zwykły pojedynczy „Kowalski”?
- Dokładnie. Ludzie wystawiają wszystko, co chcą upłynnić, czego chcą się z domu pozbyć. Na dużych flomarkt’ach widziałam nawet studentów, którzy sprzedawali czyste zeszyty, jakie zostały im na koniec semestru. Kobiety chętnie sprzedają swoje ubrania, których już nie noszą, które zalegają w szafach, a gatunkowo nadal są bardzo dobre. Zdarzają się buty, płaszcze, kurtki, bluzy, czapki, spodnie, torebki, sztuczna biżuteria… no wszystko. I wszystko za bardzo dobre pieniądze.
Cokolwiek.
- Od A do Z, przez cały rok.
Prywatne flomarkt’y muszą w Niemczech być zgłaszane władzom?
- Nie, jest to tylko w gestii osoby, która go organizuje. Zdarzają się „flomarki” organizowane przy kościołach. W większości przypadków o wszystkim informuje się lokalną społeczność z odpowiednim wyprzedzeniem. No więc, pomyślałam sobie, że skoro siedzę sama w domu z mężem, nie ma już dzieciaków, które plączą się pod nogami, co komplikuje takie sprawy, więc przedwczoraj naszła mnie myśl o generalnych porządkach w domu. Jak zabrałam się tylko za moje rzeczy, to się przeraziłam.
CAŁY WIELKI WÓR
?
- Uzbierał się tego cały dwustupięćdziesięciolitrowy worek! Wie pan ile to jest?
Cztery worki sześćdziesięciolitrowe?
- Brawo. No to taki cały wielki wór nazbierałam, a nie wrzucałam do niego kurtek. Gdybym wrzuciła jeszcze kurtki, których nie noszę, buty, torebki… Pomyślałam: Boże, nawet gdybym sprzedała to za symboliczną złotówkę.
Podejrzewam, że tak wygląda wiele szaf gryfińskich pań.
- Jest bardzo dużo rzeczy, które sprzedam za pięć złotych, za dziesięć, do pięćdziesięciu – za te, które nosiłam naprawdę na jakieś szczególne okazje. Adekwatnie do wartości, jakie sobą przedstawiają. Na przykład, mam piękne kozaki, skórkowe, wysokie, nowiutkie – Sergio Rossi. Nawet nie będę mówiła, ile pieniędzy się za to zapłaciło.
To powiedzmy już przy tej okazji, jaki rozmiar?
- Trzydzieści dziewięć, ale takie dobre trzydzieści dziewięć. Piękne, nowiutkie kozaki. To są te „muszkietery”, typowy model Sergio Rossi. No nie sprzedam ich za tyle, ile kosztowały, ale być może za trzykrotnie mniejszą cenę? Jeżeli dziewczyna jest fajna, taka z pazurem, no to… naprawdę są super. W kwestii ubrań, mam różne rozmiary – od L do 2XL.
Co jeszcze będzie można kupić?
- Mam bardzo dużo fajnych okularów oryginalnych producentów: Dolce & Gabbana, Prada. Nowiutkie, niezarysowane, których po prostu też się nie nosi, więc tak samo bez żalu się ich pozbędę.
Nie myślała pani o tym, żeby wystawić to wszystko na Allegro lub jakimś innym portalu w internecie?
- Nie mam na to czasu. Kiedyś wrzucałam coś na OLX’a, ale to trzeba mieć czas, siedzieć przy tym, śledzić.
Z tego, co słyszę, to nie przyświeca pani jakaś szczególna chęć zysku.
- Nie. Wszystkie ceny będą do negocjacji. Zależy, jaka osoba zgłosi się po daną rzecz. Bardziej patrzę na to, że – acha, kupiła i będzie nosić, a nie gdzieś rzuci. Nie chciałbym, żeby to tak wyglądało.
KOMUŚ MOGĄ SIĘ PRZYDAĆ
Myśli pani o swoim pomyśle w kategoriach takiej prospołecznej akcji? Że przyjdą ludzie, pozna się pani z nimi, a oni z panią?
- Tak. Zdecydowanie jestem otwartą osobą. No i będzie ciasto i kawa. Oczywiście moje ciasto (śmiech).
Przypomnijmy, że wszystko odbędzie się w sobotę 25 stycznia.
- Tak. W godzinach od dziewiątej do czternastej. Jeżeli to wypali, to być może na wiosnę będzie można do tych wszystkich babskich rzeczy dodać również męskie. Nie tylko ciuchy, ale na przykład: kosiarkę, narzędzia, wszystko to, co jest w domu zbędne. No taka jest właśnie idea tej wyprzedaży garażowej. Zbieramy to wszystko latami, składujemy gdzieś, gdzie leży to potem niezauważane nawet.
Zwłaszcza, że chyba jako nacja lubimy te „zbieractwo”.
- Chyba mamy to we krwi.
Myślę, że to raczej pokłosie PRLu, wiecznego niedostatku, deficytu nawet podstawowych produktów.
- Teraz dotyczy to zwłaszcza mieszkańców domków, w których zawsze znajdzie się jakaś dziura, żeby jeszcze coś upchać.
Tak, czy inaczej pani inicjatywa, te otwarcie na sąsiadów, innych mieszkańców jest inicjatywą, którą z przyjemnością nagłośnimy.
- W tym wszystkim sprzedaż jest tylko formą pozbycia się czegoś, co według mnie przedstawia konkretną wartość. Często rozdaję rzeczy, których wiem, że nie chciałabym za nie pieniędzy, ale nadal komuś mogą się przydać. To samo robi moja siostra w Niemczech, z którą często przekazujemy sobie czy sąsiadkom różne ciuchy lub przedmioty. Upłynnienie owszem, jeżeli można choćby część pieniędzy odzyskać, ale co do zasady – sprzedać, co się da, a resztę podarować.
WYGODNI
W razie czego, zawsze można podpytać w Ośrodku Pomocy Społecznej albo na plebanii, kto chętnie przyjmie dobre, nadal nadające się do użytku rzeczy.
- Tak właśnie zamierzam. W razie czego w internecie można takie ogłoszenie zamieścić. Warto tylko pamiętać o jednej rzeczy, że nie zawsze ci, którzy skorzystaliby z naszej oferty i zabrali za darmo niepotrzebne nam rzeczy, że nie zawsze mają możliwość, bo zwyczajnie nie stać ich na transport. Czasami problemem mogą być pieniądze na głupi bilet. Pamiętajmy o tym. Skoro chcemy się czegoś pozbyć w taki sposób, to warto zadać sobie trochę trudu i w razie potrzeby zawieźć takim osobom rzeczy na miejsce.
Może się wydawać, że skoro już coś oddajemy, to chociaż niech to od nas sami sobie zabiorą.
- Jak słyszę tekst, że „ja może bym i oddała, ale oni nie chcą przyjechać”… Jak ktoś ma przyjechać po meble, które chcesz oddać, to musi załatwić transport. Czy wszyscy zdają sobie sprawę z kosztów? No duży. Więc skoro kogoś nie stać na nowe meble, to z kosztem transportu tez może sobie nie poradzić. A wywiezienie samemu na wysypisko, to też koszt. Więc spakuj to, co masz do oddania i zawieź samemu, dogadaj się. Może takie osoby przyjadą pomóc, popakują, powynoszą? Jesteśmy trochę tacy…
Wygodni?
- No właśnie. Damy, ale choć weź sobie sam. A jak nie, to wyrzucę, a sąsiadowi nie dam, bo nie. Wystarczy trochę pomyśleć.
Pamiętam rozmowę z chłopakami, opróżniającymi skrzynie PCK, z których ciuchy rzeczywiście trafiają, tam, gdzie wskazuje szyld. Z ich relacji odnośnie tego, co potrafimy wrzucać do tym skrzyń, wyłania się straszny obraz. Tak, jakby ktoś nie zastanawiał się, czy sam chciałby coś takiego otrzymać.
- To kwestia kultury. Co kto z domu wyssał, już nie wyjdzie z tego. Niestety. Trzeba by na każdej rzeczy, która jest tam wrzucana, był chip albo napisane nazwisko od kogo ta rzecz jest, bo inaczej nie będzie można tej rzeczy w skrzyni zostawić.
Świetny pomysł. To jest właśnie plusem takich przydomowych „wystawek”. Ludzie zobaczą i ocenią, czy komuś aby nie pomyliła się gospodarność i zaradność ze śmietnikiem.
- Trzeba się określić, zająć stanowisko. Ja mam na przykład koszulki, które nosiłam dosyć długo, ale jeszcze można sobie po domu czy na działkę założyć. Wystawię je wszystkie, niewyprasowane, ale wyprane, czyste i bez dziur. Po złotówce, po dwa złote. Może akurat ktoś sobie jeszcze w nich połazi?
JESTEM WODNIKIEM
W sumie lumpeksy bardzo się u nas przyjęły.
- Upowszechniły się, to fakt, ale z lumpeksami trzeb być na bieżąco, wiedzieć kiedy i co można w nich dostać. Są przecież osoby, które chodzą non stop i wiedzą, które rzeczy wiszą od miesiąca, a tak często jest. W moim przypadku nie chodzi o to. Co by nie mówić, lumpeksy ukierunkowane są jednak przede wszystkim na zysk.
No i raczej nie ma tutaj tego czynnika budującego te międzyludzkie więzi, chyba że za takie weźmiemy przypadkowe spotkania w alejce z firanami? Z drugiej strony, anonimowość może sprzyjać takiej formule handlu.
- Ja nie mam problemów tej natury. Zawsze sobie z ludźmi porozmawiam, pośmieję się.
Flomarkty w Niemczech odbywają się w określonych miesiącach?
- Na pewno od wiosny, do późnej zimy. Jak zaczyna się adwent, to już nie ma. Czasami są organizowane całorocznie. Szkoły potrafią wynająć dużą halę i organizować takie targi dla dzieci, które siedzą i sprzedają swoje książki czy zabawki. Od małego uczą się – nie wyrzucaj, sprzedaj za symboliczną złotówkę, która będzie dla ciebie. Uczą się tej kultury. Kiedyś, jak będą już dorosłe, inicjatywy takie jak moja nie będą to dla nich niczym dziwnym.
„Co ta pani wyprawia?”
- Słyszałam już głosy w stylu: „o jej, a co ty chcesz zrobić?”, „jezu, a do twojego domu wejdą”. Nie wejdzie nikt do mojego domu, bo organizuję to na zewnątrz. Normalnie otworze bramę, wystawię trzy stojaki… i tyle.
A jak będzie padało?
- No to zrobię to w kuchni (śmiech). Tak czy inaczej, wszystko odbędzie się zgodnie z planem.
Jaką jest pani osobą prywatnie?
Generalnie jestem duszą artystyczną, lubię plastykę. Będąc samoukiem, dużo prac plastycznych robię sama dla siebie, czasami szkicuję, maluję, szyję lalki lub biżuterię. W międzyczasie słucham muzyki poważnej, choć ostatnio przypadło mi do gustu połączenie muzyki techno i jazzu. Jestem zodiakalnym Wodnikiem.
KOMENTARZ
Co do zasady, nie komentujemy wywiadów. Jest jednak coś, co mnie urzeka w postawie pani Beaty. Stąd krótkie tylko ad vocem. Zapewne znajdą się tacy, którzy z tej rozmowy wyniosą jedynie sprytnie zakamuflowany sposób na spieniężenie i tak bezużytecznej już zawartości szaf. Wedle uznania. Wolę widzieć w tym kolejny objaw dojrzewania naszego społeczeństwa do bardzo pożytecznych zjawisk. Czy ma to związek z tym, że jesteśmy bardziej zamożni, niż jeszcze trzy dekady temu, co pozwala nam patrzeć dalej, niż czubek naszego nosa? Czy może wraz z coraz donioślejszymi apelami, wyrażającymi troskę o środowisko naturalne, bardziej świadomie podchodzimy do tego, w jaki sposób pozbywamy się naszego „dorobku”? Uspokajam, że nie zaliczam się w tym względzie do wielkomiejskiej forpoczty freeganizmu bądź innych „izmów”, z przyswajaniem których, Polska miast takich, jak Gryfino, nie zawsze nadąża… i dobrze. Nie na wariata. Żeby nie zabrzmiało to wszystko zbyt górnolotnie, wyrażę jedynie nadzieję, żeby czasu wystarczało nam na życzliwe, międzyludzkie więzi i otwartość. W sam raz na takie okazje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze