Agnieszka Sztachelska jest dyplomowaną socjolożką zawodowo związaną z PKP. W styczniu tego roku przeprowadziła się do Gryfina ze Szczecina. Jako świeżo upieczona mieszkanka ulicy Opolskiej, często pieszo udaje się do centrum. Boli ją, że tamten rejon naszego miasta charakteryzuje ewidentny deficyt drzew. Postanowiła coś z tym zrobić. Z przyjemnością oddajemy wam do namysłu naszą rozmowę
W którym rejonie Szczecina pani mieszkała?
Agnieszka Sztachelska: W Dąbiu.
Czyli zielono, Puszcza Bukowa.
- Tak. Dokładnie naprzeciwko moich okien był piękny lasek. Z drugiej strony też było sporo drzew i boisko. Wzdłuż ulic też jest tam sporo nasadzeń wyższych drzew. Takich, które dają cień. To powodowało, że nigdy nie odczuwałam jakichś problemów z wysokimi temperaturami. Wiadomo było, że można było się pod nimi schować.
Dlaczego poświeciła pani Szczecin dla niedużej miejscowości u jego południowych krańców?
- W pewnym sensie uprzedziłam sytuację, która zaczęła się dziać w kraju i na świecie. Wiedziałam, że będzie bardzo duża inflacja, dlatego w grudniu 2020 roku sprzedałam dom i zaczęłam szukać mieszkania. Przypadek sprawił, że trafiło się tutaj. Przyjechałam, zobaczyłam, spodobała mi się bardzo okolica.
Bywała pani w Gryfinie wcześniej?
- Tak, czasem przelotem, czasem na basenie.
Teraz ma pani ten komfort, by patrzeć na nasze miasto świeżym spojrzeniem.
- To prawda. Bardziej na chłodno.
W Gryfinie mieszka pani na jakiej ulicy?
- Na ulicy Opolskiej.
Czyli relatywnie świeże osiedle na terenach, które nie były wcześniej zalesione. Trudno oczekiwać, że wraz z nowym budownictwem wyrosną obok stuletnie lipy.
- Celem mojej wizyty u was nie jest rzeczywistość ulicy Opolskiej. Jestem akurat na dobrej drodze w rozmowach z gryfińskim TBS. Usłyszałam, że po zakończeniu inwestycji związanej z drogą dojazdową zajmą się nasadzeniami drzew wedle wskazań mieszkańców. Bo nie jest sztuka posadzić bez sensu wiele drzew. Lepiej niewiele, ale takich, które cokolwiek mieszkańcom dadzą.
Więc celem pani wizyty jest deficyt drzew?
- Idąc do centrum miasta ulicą… dajmy na to Orląt Lwowskich, w upalny dzień jest strasznie gorąco. Tam nie ma gdzie się schować. Pierwsze sztuki są dopiero w okolicach cmentarza. No i tam jest już pięknie, jest chłodek, kostka brukowa nie jest tak potwornie nagrzana. Natomiast pierwsza część tej ulicy, patrząc od ul. Kołłątaja jest zupełnie tak, jak na pustyni. Sama ulica Kołłątaja to samo zresztą. Chodzę tamtędy. No pustka, ani jednego drzewa. U góry, przy skrzyżowaniu z ul. Krasińskiego jest parę drzew w takim skupisku. Z tym, że słońce zazwyczaj jest po drugiej stronie, więc zbyt wiele i tak to nie daje.
Faktycznie, idąc w dół ulicą Kołłątaja, drzew się nie uświadczy.
- Posadzone są niedużej wysokości krzaczki, które dodatkowo są przycinane i cienia nigdy nie dadzą. To już nawet na ul. Krasińskiego jest lepiej. Jak się tam wchodzi, nie odczuwa się temperatury. Tam jest chłód, bo są drzewa dające właśnie dużo cienia. Nie ma ich tam nie wiadomo ile, ale mają rozłożyste korony.
Paradoksalnie taka jest też w pewnym sensie natura Górnego Tarasu. Bloki są dość blisko siebie i cienia między nimi jest całkiem sporo.
- Mnie chodzi o to, co dzieje się wzdłuż głównej ulicy. Między blokami, gdy nie ma drzew, temperatura i tak robi swoje i upał bywa nie do zniesienia. Weszłam niedawno między blokowisko idąc do kościoła. Nie dość, że nagrzane bloki oddają ciepło, to samo dzieje się z chodnikami. Do tego jeszcze słońce z góry… To są warunki bliższe solarium.
Marne pocieszenie, ale z takimi bolączkami zmagają się miasta nie tylko w Polsce.
- Cofnijmy się do tego, jak wyglądało to „za Niemca”. Zagęszczenie kamienic w miastach było jeszcze większe, niż teraz. Jednak towarzyszyły temu przemyślane nasadzenia i to bardzo dużo dawało. Ja pamiętam jeszcze czasy, gdy rosło ich w Szczecinie dużo więcej. Szczecin w ogóle był kiedyś bardzo zielonym miastem. Z przykrością obserwuję, że jak wszędzie, tak i tam coraz częściej w przestrzeni pojawia się beton. No, ale ja już tam nie mieszkam… Generalnie Gryfino bardzo mi się podoba i chcę, żeby te miasto było zielone. Po prostu.
Do TBS w sprawie drzew wybrała się pani sama z siebie, czy to jakaś szersza inicjatywa?
- Zrobiłam to po rozmowach z mieszkańcami. Byliśmy zgodni w naszych ocenach, no bo rano w upalny dzień wyjść nie można, po południu jest to samo. Jak słońce jest wysoko, to nawet blok wcale nie daje tego cienia nie wiadomo ile. Dopiero po godzinie dwudziestej robi się jako tako. Tam nawet dzieci nie mają się jak w takim skwarze bawić. Tych w wieku przedszkolnym i szkolnym jest całkiem sporo. To skłoniło mnie do tego, że zaczęłam z mieszkańcami rozmawiać. W ramach naszej komitywy napisaliśmy pismo, które zasugerowano nam w TBS, by wskazać konkretne miejsca, w których drzewa powinny rosnąć.
To fajnie, że wyszli wam naprzeciw.
- Zgadzam się. Rozmawiałam też z proboszczem z Górnego Tarasu. Powiedział, że również podpisze się pod taką petycją. Więc tych rozmów przeprowadziłam bardzo dużo. Na ulicy Opolskiej popiera to cały blok.
Tylko przyklasnąć. Tyle kurcze, że piękne i pokaźne drzewa, z roku na rok nam nie wyrosną. A znamy wiele przypadków, gdy nasadzenia okazywały się później usychającymi w ciszy sierotami.
- Do takiej opieki należy zmobilizować włodarzy miasta. Zwłaszcza latem. Zimą, wiosną czy jesienią, takiej potrzeby nie ma. Latem przynajmniej przez pierwsze pięć lat sukcesywne podlewanie i nawożenie jest czymś koniecznym.
Nie chcę wchodzić w buty rzecznika tych władz, ale uczciwie należy zauważyć, że coraz więcej mamy pozytywnych sygnałów w tej materii. Mam na myśli chociażby nawiązanie współpracy z Pracownią Przyrodniczą Sosenka ze Szczecina. Trzy posadzone w parku mamutowce czy działania edukacyjne w postaci spacerów dendrologicznych w naszym parku, to tylko pierwsze z brzegu przykłady.
- To bardzo dobrze. Park miejski w Gryfinie też jest czymś wartym każdej troski. Niestety, z jego uroków korzystają najbardziej mieszkańcy, którzy maja do niego blisko.
W sumie racja. Trudno, żeby ktoś codziennie zasuwał z ul. Opolskiej spacerować po parku, by potem zaiwaniać z powrotem.
- Dla młody osób może to i żaden problem, dla starszych już niekoniecznie. Dlatego warto zwracać uwagę na inne części miasta. W rejonie, w którym mieszkam, nie ma ani drzew ani za specjalnie ławek, żeby odpocząć. W kontekście osób starszych, ja też już nie jestem osobą młodą, nawet wyprawa do sklepu w takich warunkach robi się problematyczna. Sama to na sobie odczuwam. Inną sprawą są nasi pupile, czworonogi. Chodniki nagrzane, brak drzew, cienia… Małym psom grzeje i z dołu i góry. Dla nich też lepsze są nasadzenia drzew, a nie krzaczków. No niech pan mi powie, po co sadzić przy ulicy krzaczki, które nic nie dają?
Czyli drzewa zamiast krzaków.
- Dokładnie. To trzeba samemu zobaczyć. Już nie wspominając o tym, że pielęgnacja, przycinanie tych krzewów, to przecież też są dodatkowe koszty. Po co to nam, skoro nic to nie daje? Zamiast tego lepiej podlewać młode drzewa, gdy tego potrzebują. Odwdzięczą się nam kiedyś. Na koniec powiem tylko, że jestem przeszczęśliwa, że mieszkam w tym mieście. Jest zadbane, bogate i odkąd się tu przeprowadziłam, zauważyłam, że żyją tu bardzo przyjaźni ludzie.
To miłe. Gros osób, które mieszkają tu kupę lat, miewa czasami mieszane uczucia w tym względzie. Może to polska skłonność do malkontenctwa?
- Cudze chwalicie, swojego nie znacie. Ja mam odwrotnie. Chwalę zawsze swoje, tutaj gdzie żyję.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze