W najnowszym wydaniu Gazety Gryfińskiej piszemy m.in. o artykule jednego z portali, który z niewinnego mężczyzny zrobił mordercę matki. To sprawa, którą żyło całe Gryfino
Pani Elżbieta chorowała?
Magdalena Wołotkiewicz: Teściowa chorowała przez całe życie. Ostatnie lata spędziła w domu. Cierpiała na schizofrenię, ale nie wychodziła na zewnątrz z innego powodu. Dwa lata temu "wysiadły" jej nogi.
Była sparaliżowana?
- Nie. Poruszała się o własnych siłach między sypialnią, kuchnią a pokojami. Sama robiła herbatę, była w stanie się wykąpać, ale miała problemy, by zejść z czwartego piętra i zrobić zakupy. Pomagał jej w tym syn.
Od kiedy mieszkali razem?
- Jarek mieszkał z rodzicami przez całe życie. W 2010 roku zostali we dwójkę, gdy zmarł jego tata. Od tamtej pory wzajemnie się sobą opiekowali. On wychodził rano, robił zakupy, generalnie pomagał jej w codziennych czynnościach. Teściowa miała bardzo pokaleczone nogi. Ciągle tworzyły się nowe rany, które nie chciały się goić. Unikała jednak lekarza. Jarek przynosił jej różne maści, masował, zmieniał bandaże.
Nie wymagała dodatkowej opieki?
- Namawialiśmy ją, choćby na wizytę domową, ale nie chciała się zgodzić. Powiedziała, że nie wpuści lekarza, bo poza tymi nogami czuła się bardzo dobrze. Na nic nie narzekała, nic ją nie bolało. Nigdy nie była też hospitalizowana. Zmarła nagle.
Co wykazała sekcja zwłok?
- Ostre niedotlenienie mięśnia sercowego. Teściowa miała nadwagę, można powiedzieć, że była otyła, co wynikało z siedzącego trybu życia. Lekarz stwierdził, że nawet gdyby otrzymała natychmiastową pomoc, to nie udałoby się jej uratować.
W momencie śmierci przebywała w domu sama?
- Jarka przy niej nie było. Każdy jego dzień wygląda tak samo. Wyszedł po zakupy, przyniósł mamie śniadanie i powiedział, że idzie pokręcić się po mieście. To towarzyski chłopak, który szuka kontaktu. Zagaduje sąsiadów, z każdym zamieni kilka zdań i po południu wraca do domu na obiad. Tego dnia był również u mnie w pracy. Przyszedł pożyczyć pieniądze. Często to robił, zawsze chodziło o niskie kwoty.
To on odkrył zwłoki.
- Tak. Chwilę po godzinie 12.00, gdy wrócił z codziennego spaceru po mieście.
Świadkowie mówią, że wpadł w panikę.
- Wybiegł z domu. Krzyczał, że jego mama nie żyje. „Zabili ją, udusili mi mamusię”.
Skąd ten pomysł?
- Jarek, podobnie jak jego mama, cierpi na schizofrenię. Spanikował. Myślał, że to morderstwo i swoim krzykiem postawił na nogi całą klatkę. Po kilku minutach na ulicę Asnyka przyjechała karetka pogotowia, która stwierdziła zgon. Na miejscu pojawiła się też policja i zabrała Jarka do aresztu.
Wyprowadzili go w kajdankach?
- Chyba tak, nie było mnie przy tym. Weszli do domu i znaleźli ciało teściowej na kanapie. Miała obsuniętą głowę, która opadła jej na ramię. Ze względu na rozległy zawał na szyi zrobił jej się ślad, który mógł wyglądać jak po uduszeniu.
Jeszcze tego samego dnia rozmawialiśmy z gryfińskimi policjantami. Powiedzieli, że dokonali aresztowania w ramach czynności wyjaśniających.
- My to w pełni rozumiemy. Jarek krzyczał, że mama została uduszona, więc policja musiała sprawdzić ten trop, także ze względu na jego chorobę psychiczną.
Opuścił już areszt?
- Tak i nie zostały mu postawione żadne zarzuty. Sekcja wykazała, że śmierć mamy nastąpiła bez udziału osób trzecich.
Informacje o tym, że było inaczej, obiegły Gryfino już kilkanaście minut po znalezieniu zwłok pani Elżbiety.
- To kłamstwo, które rozpowszechniło igryfino.pl. Mama zmarła chwilę po godzinie 12.00. Nie wiem jakim cudem redaktor tego portalu już o godz. 14.00 wiedział, że to było morderstwo. Czynności wyjaśniające dopiero się zaczęły, a on napisał z przekonaniem, że zostało dokonane z rąk syna. Tak brzmiał zresztą tytuł artykułu: "Syn zamordował matkę".
W jakich okolicznościach dowiedziała się pani o "morderstwie"?
- Byłam na komisariacie. Wtedy koleżanki zaczęły wysyłać mi screeny i linki do tego artykułu.
Uznała pani, że to prawdopodobne? Że teściowa mogła zostać uduszona przez pani szwagra?
- Nie dochodziło to do mnie. Jarek zawsze był kochanym synusiem mamusi. Nigdy nie zrobiłby jej krzywdy. Przez kilkanaście lat nie było ani jednej sytuacji, która by nas zaniepokoiła. Dbał o mamę, którą kochał jak nikogo na świecie. Oboje brali leki. Jarek nie jest ubezwłasnowolniony, regularnie chodził do lekarza po recepty dla siebie i dla mamy. Dzięki lekom żyli jak normalni ludzie. Dlatego ani przez moment nie wierzyłam w morderstwo. I słusznie, bo jak dziś wiadomo, nic takiego nie miało miejsca.
Kontaktowała się pani z dziennikarzem wspomnianego portalu?
- Zadzwoniłam jeszcze w poniedziałek. Spytałam skąd ma takie informacje, skoro dopiero wyszłam z komisariatu, a tam nikt nie mówił wprost o morderstwie.
W jaki sposób to wytłumaczył?
- Głównie mówiłam ja, a on milczał. Co jakiś czas powtarzał tylko, że nie usunie artykułu.
Ale jeszcze tego samego dnia zmienił jego treść.
- Zmienił tytuł z "Syn zamordował matkę" na "Tragedia w Gryfinie. Znaleziono ciało kobiety" i usunął fragment, w którym pisał, że Jarek udusił Elżbietę. Zanim jednak to zrobił pół Gryfina przeczytało pierwszą wersję i zdążyło przekazać drugiej połowie miasta.
Telefony się rozdzwoniły?
- Odbierałam je przez cały poniedziałek, a później przez kilka następnych dni. Dzwoniły nawet moja mama i moja siostra. Pytały czy to prawda... Rozpoczęła się nagonka. Weszłam w komentarze na igryfino. Ludzie wyzywali naszą rodzinę i Jarka. W kilka chwil zostaliśmy rodziną mordercy. Wszystko przez artykuł "dziennikarza", który mimo naszych żądań i próśb, nie zamierza sprostować swoich kłamstw. Na początku miałam jeszcze złudzenia, ale po drugiej rozmowie wiem, że ten człowiek nie ma żadnych skrupułów. Zadzwoniłam do niego ponownie, już po pogrzebie teściowej, ale tym razem wszystko nagrałam. Tłumaczyłam mu, że swoim działaniem uderzył w rodzinę, która przechodzi tragedię po śmierci bliskiej osoby. Odpowiedział wtedy: "Ale ja nie opisywałem żadnej rodziny". Mówiłam, że dziennikarz powinien odpowiadać za swoje słowa, a on, że nie wie za co ma nas przepraszać. Napisał kłamliwy artykuł, nie poczuwa się do winy, a my musimy żyć z piętnem.
Spotkaliście się od tego czasu z jakimiś nieprzyjemnościami?
- Ludzie bywają bezwzględni. Jedna z sąsiadek, jeszcze feralnego 13 lipca przyszła i zaczęła mówić: "Co, Jarek zamordował matkę nożem?". Gdy tłumaczyliśmy jej, że to głupota, powiedziała: "Bo wy tam nic nie wiecie".
Rozmawiała pani na temat ze służbami?
- Zadzwoniłam na policję i spytałam, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. Usłyszałam w odpowiedzi: "Wie pani, to jest prasa, oni mogą sobie pisać takie domysły i hipotezy". Dla mnie to niepojęte. Ktoś napisał, że było morderstwo, w sytuacji, gdy zgon nastąpił naturalnie i według policji nie musi prostować swoich słów!
Jak na całą sytuację zareagował Jarek?
- Wylądował w szpitalu. Gdy został wypuszczony z aresztu, poszedł do mieszkania i źle się poczuł. Ktoś z sąsiadów wezwał pogotowie. Dziś mija ósmy dzień, a on cały czas przebywa w Zdrojach.
Ma świadomość tego, że „został mordercą”?
- Wydaje mi się, że nie. We wtorek go aresztowano, a gdy wyszedł, to praktycznie od razu znalazł się pod opieką lekarzy.
Informowaliście go o całej sytuacji?
- Ze względu na koronawirusa szpital nie zezwala na odwiedziny. Rozmawialiśmy przez chwilę. Powiedzieliśmy mu tylko, że jego mama zmarła na rozległy zawał. Ucieszył się, że wszystko wyjaśniono i że nikt jej nie zabił. Trzeba pamiętać, że to osoba ze schizofrenią, która odbiera świat we własny sposób.
Gdy wyjdzie ze szpitala czeka go zetknięcie z rzeczywistością.
- Dlatego zgłosiłam się do waszej redakcji. Jako jedyni opisaliście sprawę subtelnie, bez wyroków i oskarżeń. Chcemy, by sąsiedzi przeczytali, że Jarek nie zamordował mamy, że to wymysł jednego człowieka, który nie potrafi teraz przyznać się do błędu. Wykorzystał chorego człowieka i dla lepszej klikalności nazwał go mordercą. Gryfino to małe miasto, a osiedle Górny Taras, to miejsce, gdzie wszyscy się znają. Mam dzieci i nie chcę, by koledzy z podwórka mówili, że wujek zabił ich babcię. My nie oczekiwaliśmy żadnych przeprosin, ani finansowego zadośćuczynienia. Chcieliśmy jedynie, by Andrzej Kordylasiński napisał wprost, że „To nie było morderstwo”. Nie wiem dlaczego ma przed tym aż takie opory. Jako dziennikarz oraz właściciel portalu, jest osobą publiczną. Powinien ponosić konsekwencje swoich czynów, albo chociaż wykazywać się minimalną empatią. Mimo dotychczasowych doświadczeń mamy jednak nadzieję, że ostatecznie zachowa się jak przyzwoity człowiek i sprostuje swoje kłamstwa.
Rozmawiał: Grzegorz Racinowski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nie znałam tej sprawy. Naprawdę igryfino nie odpowiedziało w żaden sposób za taką haniebną sprawę? Co to za człowiek ten Kordylasiński. Bez krzty empatii i klasy

Nie znałam tej sprawy. Naprawdę igryfino nie odpowiedziało w żaden sposób za taką haniebną sprawę? Co to za człowiek ten Kordylasiński. Bez krzty empatii i klasy