W poprzedniej części naszego historycznego cyklu, dotyczącego Dni Gryfina, opisywaliśmy przygody, które w naszym mieście przeżyli muzycy Lady Pank. Nie tylko oni zapisali się w zbiorowej pamięci gryfinian
Nie było oczywiście tak, że Panasewicz z Borysewiczem cały dzień spacerowali ulicami miasta popijając czerwonego „Jasia Wędrowniczka”.
Wspomniany w powyższej anegdotce Andrzej Socha był właścicielem „Czterech Kątów”, czyli miejsca, w którym majowej nocy ’95 bawili się muzycy. Pierwotnie zamierzaliśmy opisać w tym tekście również bogatą scenę imprezową Gryfina, która skupiała się wokół dwóch miejsc: Disco Variette/Joya, które mieściły się w dzisiejszym sklepie chińskim na tyłach Odysa oraz prawdziwego „imprezowego zagłębia”, ulokowanego przy stadionie (m.in. „Cztery Kąty”, „Grąbal”, „Manhattan”, „Perfect 2000” „Kulki” i wiele innych).
Ze względu na obszerność tematu, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Zebrane materiały od byłych właścicieli, DJ-ów, ochroniarzy i barmanów wykorzystamy w specjalnym cyklu o „imprezowym Gryfinie lat 90.”. W wymienionych lokalach bawiły się zresztą również inne gwiazdy Dni Gryfina. M.in. Skiba i koledzy z Big Cyca, albo kabaret OT.TO.
Kontakt ze znanymi artystami pokazał miejscowym, że ocena artystów, poprzez wizerunek sceniczny, jest nieadekwatna.
- Uwielbiam Janusza Gajosa. Gdy przyjechał do Gryfina, z tego co pamiętam, to z kabaretem z okazji właśnie Dni Gryfina, to myślałem, że będzie to taki zawadiacki mężczyzna z poczuciem humoru. A zobaczyłam bardzo skupionego przed występem człowieka. Cichego, skromnego, skoncentrowanego. Jakby ktoś podmienił Janusza, którego obraz miałam przez całe życie w głowie – śmieje się Ewa De La Torre.
Wizerunek sceniczny artystów rozjeżdżał się często przy bliższym poznaniu. Nie wszyscy bratali się z miejscowymi jak Lady Pank. Niektóre gwiazdy, swoją postawą rozczarowały organizatorów. Tak, jak w 1996 r. Beata Kozidrak. Jej majówkowy występ zapadł w pamięci mieszkańców miasta. Zwłaszcza piosenka „Nie ma wody na pustyni”, śpiewana wspólnie z uczestnikami, przy ogromnej ulewie, która przechodziła nad Gryfinem. Wokalistka Bajmu zdobyła serca obecnych na wydarzeniu. Mało kto wie, co działo się na zapleczu sceny.
- Najbardziej oryginalna była Beata Kozidrak, która kazała wyprosić wszystkich z tyłu kortów, z całego zaplecza technicznego - napomknęła przed laty na naszych łamach śp. Maria Zalewska (dyrektor GDK w latach 1999-2019), gdy zapytaliśmy ją o dziwne wymagania gwiazd.
Dzwoniąc do kilku osób, zaangażowanych wówczas w organizację imprezy, udało się nam dowiedzieć jeszcze więcej o kulisach. Beata Kozidrak przyjechała do Gryfina wcześniej, niż zakładał kontrakt.
- Nie mieliśmy tyle pomieszczeń, jeśli chodzi o garderobę, by pomieścić wszystkich w jednym czasie. Pomieszczenie zajmowali Skaldowie, którzy grali o godz. 16.40. Bajm przyjechał w czasie ich koncertu, choć sami mieli wystąpić dopiero o godz. 19.00. Kozidrak poprosiła o wskazanie garderoby. Staraliśmy się robić wszystko, by nie zepsuć atmosfery. „Czy byłaby pani tak uprzejma poczekać?” Proponowaliśmy kawę, coś dla jej córki. Beata Kozidrak zagroziła jednak, że albo natychmiast otrzyma garderobę, albo wyjeżdża. Zamurowało nas – usłyszeliśmy od jednego z organizatorów.
Pożar udało się jednak ugasić. Wokalistka zgodziła się pójść do „Gema” i tam poczekać na zwolnienie garderoby.
- Była bardzo obrażona. Nie odzywała się do nikogo. Dodatkowo, przed samym występem jej mąż zażądał, by ściągnąć ochroniarzy i stworzyć szpaler, przez który Beata miała wejść na scenę. Wiadomo, artyści. Akceptowaliśmy takie zachowania, spuszczając zasłonę milczenia. Ale trzeba oddać, że była sceniczną bestię. Podczas koncertów rozwalała system. Miała niesamowitą interakcję z publicznością i dała w Gryfinie show, którego widzowie długo nie zapomnieli – dodaje jeden z naszych rozmówców.
Gwiazdy i gwiazdorzenie
Swego czasu niezbyt dobre wrażenie zrobił Ryszard Rynkowski. Przyjechał z innej okazji, niż Dni Gryfina. Organizatorzy zapamiętali, że spóźnił się na tyle, że konferansjer stawał na rzęsach, by ludzie nie rozeszli się do domów. Dodatkowo zakończył swój występ po bardzo krótkim czasie.
- I nie pamiętał słów. Przyczepił kartkę do pleców kolegi, który siedział przed nim i czytał z niej – wspomina Ewa De La Torre.
Lista takich sytuacji jest dłuższa.
- W ubiegłym roku Krzysztof Krawczyk zażyczył sobie umożliwienie wjazdu samochodem pod samą scenę, podobnie Kayah. Stachursky też kiedyś, tutaj na kortach, podjechał pod samą scenę, zaśpiewał dwa bisy, wsiadł do samochodu i odjechał, ale większość artystów jest jednak naturalna i sympatyczna – opowiadała nam Maria Zalewska w 2009 r., dodając że w gronie tym znalazł się m.in. Grzegorz Markowski z Perfectu.
- Przywitał się z nami, jak ze starymi znajomymi. Dopadł naszą Patrycję i mocno ją wycałował, chyba dlatego, że to imienniczka jego córki. Naprawdę było bardzo sympatycznie – mówiła.
Lata lecą, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne. W ostatnich edycjach również doświadczaliśmy zmiennych zachowań gwiazd, opisując „przesympatycznego” Roberta Rozmusa, otwartych na fanów chłopaków z Comy i Poparzonych Kawą, niezbyt skorego do rozmów Sławomira, czy „głodnego Kamila Bednarka”, który spóźnił się na obiad, po czym zrobił raban w jednej z gryfińskich restauracji, nie zostawiając później napiwku.
Naćpani plecakowcy i surfowanie w sieci
Niekiedy jednak występ na gryfińskiej scenie przynosił ogromne zaskoczenie, w sytuacjach, w których nikt się go nie spodziewał. Organizatorzy potrafili bowiem wykazać się nosem do talentów.
- Usłyszałam ich na próbie. Aż szczęka mi wypadła. Jak oni grali i śpiewali?! Byłam zauroczona – mówi Ewa De La Torre, opisując swoje wrażenia z maja 2000 r., gdy w Gryfinie pojawili się Golcowie.
Trzy tygodnie później Golec uOrkiestra otrzymali Fryderyka w kategorii „Debiut Roku”. Podobnie, a jednak nieco z innej strony ich koncert zapamiętał dziennikarz „7 Dni Gryfina”.
- Już podczas prób rozgrzewali oni nieliczną wówczas publiczność do czerwoności. Gdy rozpoczął się ich występ, niewiadomo skąd, nagle na placu podwoiła się ilość publiczności. Jak spod ziemi wyrosły grupki rozwydrzonych plecakowców, pijanych lub naćpanych, z jednej strony doskonale się bawiących i rozbawiających publiczność, z drugiej zaś zachowaniem swoim zagrażając bezpieczeństwu innych. Na szczęście po zakończeniu występu zniknęli jak kamfora - zrelacjonował Andrzej Szczepanik.
O tym, że idą nowe czasy świadczył nie tylko występ przyszłych gwiazd polskiej sceny.
- Dodatkową ciekawostką dwóch pierwszych dni było udostępnienie przez Telekomunikację Polską S. A. możliwości bezpłatnego korzystania z internetu. Każdy, kto miał ochotę, mógł skorzystać z możliwości połączenia się ze światem a pomocą urządzeń wieku XXI – pisał ten sam autor.
żeby przypomnieć o jakich czasach mowa, nadmienimy, iż na przełomie wieków mało kto mógł pochwalić się tel. komórkowym.
- Jako organizatorzy mieliśmy do dyspozycji „komórki”, żeby ułatwić sobie szybki kontakt, ale problemem był brak sieci. Pamiętam, że na placu Barnima „pole” znajdowało się w dwóch miejscach. Pamiętam pewien poranek. Plac pusty, stoi dwóch mężczyzn, ale akurat tam, gdzie była sieć komórkowa. Podeszłam więc do nich i spytałam czy mogą się przesunąć. Spojrzeli na mnie jak na nienormalną. Ma tyle miejsca, a chce stać akurat tutaj! – uśmiecha się De La Torre.
Dla ułatwienia życia organizatorzy zaznaczyli krzyżykami dwa miejsca, w których na pewno zadziałać miały ich telefony.
Koniec części III.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze