Lata 90. były niezwykle barwne. Do naszego miasta przyjeżdżały największe gwiazdy polskiej sceny muzycznej. Niektóre zespoły decydowały się nawet na integrację z miejscowymi. Prezentujemy II część wspomnień dotyczących Dni Gryfina
Majówka, która niezmiennie od dekad i panującego ustroju kojarzy się z czasem odpoczynku i zabawy, stanowi prawdziwe żniwa dla artystów. Gwiazdy Dni Gryfina nie przyjeżdżają wyłącznie do nas, grając jednego dnia na kilku scenach. Stąd opóźnienia, bądź szybka ewakuacja, by zdążyć do kolejnej miejscowości.
- Tak było, jest i będzie. Za naszych czasów również szukało się artystów, którzy mogliby wystąpić w kilku miejscach w regionie. To obniżało koszty, bo jedno miasto dawał pieniądze za przejazd, inni za nocleg. Dlatego nie zawsze było tak, że muzycy nocowali w Gryfinie, ale się zdarzało – mówi E. De La Torre.
Po całonocnej imprezie
Stało się tak m.in. podczas pierwszej edycji w 1995 r. Organizatorzy wykorzystywali do tego hotel „Pod Platanem”.
- Jego kierownikiem był Antoni Rak. Służbista, który bardzo poważnie i odpowiedzialnie podchodził do swoich obowiązków. Dzień po Dniach Gryfina ‘95, wczesny poranek, dzwoni do mnie zdenerwowany i na przywitanie pyta: „Kto za to będzie płacił?!”. Zapytałam za co, a pan Antoni: „Za to, że zespół który miał tu spać dzisiaj w nocy – a którego nazwy nie znał – przyszedł dopiero teraz, gdy już nie ma wykupionego noclegu” – przytacza nasza rozmówczyni.
Tym zespołem był Lady Pank. Dyrektorka GKD niezwłocznie pobiegła więc na ulicę Sprzymierzonych. W tym czasie kierownik zakomunikował już muzykom i ich managerce, że natychmiast mają się wynieść.
- Okazało się, że chłopaki z Lady Pank całą noc imprezowali w Gryfinie. Chodzili po ulicach, siedzieli na krawężnikach, bratali się z gryfinianami i dopiero nad ranem wylądowali w hotelu. Gdy dotarłam, w recepcji był już spory tłum. „Pod Platanem” funkcjonował również jako hotel pracowniczy, więc mieszkali w nim robotnicy z rodzinami. W momencie, gdy rozeszła się informacja, że Borysewicz i Panasewicz stoją w recepcji, ludzie zaczęli schodzić na dół, by zdobyć autograf i porozmawiać. Pan Antoni był zły. „Co to w ogóle za ludzie, jak oni się zachowują? To są artyści”. Pamiętam ten obrazek do dziś. Stoją wyraźnie zmęczeni, strasznie skacowani, ale jednak majestatyczni. Ich stroje, te pióra… Borysewicz odpalił papierosa, ale wcześniej zwrócił się do jednej z dziewczynek, mieszkanek hotelu: „Przepraszam cię dziecko, czy tobie nie będzie przeszkadzało, że taki stary człowiek jak ja zapali sobie papierosa?”. A ona na to: „Ja wiem, że pan jest stary, bo pan już skończył 40 lat!”. Wszyscy gruchnęli śmiechem. Napięcie momentalnie zostało rozładowane. Potem było już łatwiej. Musiałam oczywiście rozliczyć się z panem Rakiem, ale muzycy Lady Pank mogli zmrużyć oko po emocjach gryfińskiej nocy – dopowiada ówczesna dyrektor GDK.
Gryfińska noc z gwiazdami
Wcześniejszy fragment tej samej historii zachował się dzięki relacji Arkadiusza Lebiody. W 1995 r. miał 25 lat i pomagał przy rodzinnym interesie, legendarnym już sklepie „Pod Lipkami”.
- Wstałem rano, żeby otworzyć. Czwartek 4 maja, śliczna pogoda, bezwietrznie, świeci słoneczko. Jakie było moje zdziwienie, gdy w okolicy sklepu zobaczyłem… Borysewicza z Panasewiczem! Byłem olbrzymim fanem Lady Pank, a tu podchodzą do mnie i proszą o przysługę – opowiada gryfiński przedsiębiorca.
Dokładniej - o podwózkę.
- Okazało się, że przez całą noc rządzili w naszym mieście. O poranku towarzyszył im Andrzej Soch oraz Tadek Piekarek, gryfiński stolarz, który tej nocy zakumplował się z chłopakami z Lady Pank i dotrzymał im kroku w zabawie. Zagadał do mnie Andrzej: „Arek, chłopaki jeszcze się bawią, chcą się jeszcze napić…”. Należy pamiętać, że działo się to w połowie lat 90., kiedy ze sprzedażą alkoholu było trochę inaczej. Nie można było kupić go, tak jak dzisiaj, o każdej porze dnia i nocy. Jak małpki na rozruch o godz. 6.00. Wtedy zresztą nie mieliśmy jeszcze nawet alkoholu w sklepie, nie handlowaliśmy nim. Z tego co pamiętam, wyjątek stanowiła jedynie sieć Baltony. Najbliższy jej sklep znajdował się chyba w Kołbaskowie, a na pewno w Szczecinie i stąd ich pomysł, by tam pojechać. Tym bardziej, że zażyczyli sobie whisky. Mamy rok 1995. Wtedy piło się piwo i wódkę. Czerwony Johnny Walker był wtedy synonimem luksusu. Andrzej poprosił mnie, żebym ich zawiózł. Sytuacja dla mnie nieprawdopodobna. Gdyby inne okoliczności, to pewnie bym się zgodził, ale przecież musiałem otworzyć sklep. Proza życia, obowiązki dorosłości… Dlatego grzecznie odmówiłem – opowiada 53-letni dziś gryfinianin.
Nie porzucili jednak planów.
- Widziałem ich, bo kręcili się w okolicy. Usiedli na ławeczce po drugiej stronie ul. Chrobrego. Tej przy pasach, między moim sklepem a waszą redakcją. Wyglądało to komicznie, bo Panasewicz w pewnym momencie przewrócił się do tyłu, pociągając za sobą Borysewicza. Po chwili wstali i zaczęli łapać okazję. Sytuacja była nieprawdopodobna. Muzycy jednej z najbardziej znanych grup chwiali się przy krawędzi jezdni i machali, by ktoś ich zabrał – śmieje się Lebioda.
Sukces był jednak blisko.
- W pewnym sensie im się to udało, bo podjechał traktor z przyczepą. Borysewicz z Panasewiczem ucieszyli się i wskoczyli na „pakę”, myśląc że ktoś rzeczywiście podwiezie ich do Szczecina. Jakie było ich rozczarowanie, gdy dowiedzieli się, że to samochód spółki komunalnej, a jego załoga podjechała, by przesypać śmieci z tamtejszego śmietnika. To był w końcu normalny dzień, służby sprzątały miasto po imprezie, życie wracało na normalne tory. Wyobraźmy sobie, że taka sytuacja ma miejsce dzisiaj. Na pewno ktoś nagrałby na telefon, jak gwiazdy sceny siedzą na przyczepce wypełnionej śmieciami i są zdziwieni, że panowie z PUK nie chcą zawieźć ich na imprezę – opowiada rozbawiony Lebioda.
Kierując się w stronę hotelu, przeszli przez park, mijając budynek gryfińskiego liceum.
- To był 4 maja, pierwszy dzień matur. Andrzej Socha opowiadał później, że jak ktoś przez okno zobaczył, że obok szkoły kręci się Lady Pank, to momentalnie dziewczyny wybiegły na dziedziniec, by zebrać autografy. Wspomniany Tadek Piekarek miał wtedy długie włosy. Licealistki uznały, że należy do Lady Pank, więc jego też poprosiły o podpis – śmieje się nasz rozmówca.
Jeżeli więc miejscowe maturzystki A.D. ’95 zachowały pamiątki z tamtego dnia, gdzieś w ich domach znajdują się kartki, na których obok Panasewicza i Borysewicza podpisał się gryfiński stolarz.
Koniec części II.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pamiętam to doskonale, przyszli do nas na lekcje, po prostu weszli i się przywitali

Pamiętam to doskonale, przyszli do nas na lekcje, po prostu weszli i się przywitali