Reklama

Na „piastowskiej ziemi”. Kim są tenisiści stołowi z Gryfina?

Tradycja gryfińskiego tenisa stołowego sięga głębokiego PRL-u, gdy sekcja tej dyscypliny znajdowała się w strukturach niegdysiejszej Polonii i koła LZS. Po latach LKS Piast postanowił nawiązać do korzeni, ponownie grupując pod swoim szyldem grupę sympatyków „odbijania piłeczki nad siatką”

Zdzisław Obst to mieszkaniec Gryfina, który w obiekcie przy ulicy 1 Maja 30 czuje się jak w domu. Nic dziwnego – bywa tu kilka razy w tygodniu, trenując w pocie czoła wspólnie z pozostałymi członkami sekcji tenisa stołowego.

- To dla mnie powrót do młodości – przyznaje 66-latek, który w tej dyscyplinie zakochał się jeszcze w latach sześćdziesiątych. Razem z rodzicami mieszkał w Poznaniu.

- Miałem 10 lat, gdy zacząłem grać w Sanie Poznań. Szło mi nawet nieźle. Miałem smykałkę do tego sportu i jako 12-latek wygrałem kilka zawodów, w tym okręgowe. Dobrze wypadłem też na mistrzostwach województwa i wywalczyłem kwalifikację do turnieju ogólnopolskiego – relacjonuje, dodając, że wtedy właśnie pojawiły się kłopoty.

Reklama

- Żeby pojechać na zawody centralne musiałem wykonać badania. Nie pamiętam już co to było, ale coś na nich wyszło. Jakaś wada, przez którą lekarz nie podbił mi karty. O mistrzostwach mogłem zapomnieć. Było mi tak głupio, że… nie powiedziałem o tym trenerom i już nigdy nie pojawiłem się w klubie – przyznaje Zdzisław.

W Gryfinie pojawił się dziesięć lat później, z tych samych względów co większość gryfinian, zamieszkałych w naszym mieście w połowie lat 70. XX wieku.

- Miałem 22 lata i przyjechałem na budowę siódmego bloku Dolnej Odry. Zarówno miasto, jak i elektrownia tętniły życiem. Organizowano różne imprezy, które miały scalić społeczeństwo, w tym sportowe turnieje zakładowe – opowiada Obst.

Reklama

Wtedy po raz kolejny sięgnął po rakietkę. Jak twierdzi, z równie dobrym skutkiem, co przed laty. Nie był to jednak początek płomiennej miłości „po latach”, lecz zaledwie krótki romans.

- Takie turnieje odbywały się raz na kilka miesięcy, jeśli nie dłużej. Graliśmy przez dzień, może dwa. W międzyczasie nie trenowałem a gdy przestano organizować zakładowe mistrzostwa, znów odłożyłem rakietkę do szafki – opowiada z zapałem.

 

Więcej w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama