Reklama

Milena Kowalik: Mój biedny, kochany Magadaskar [GALERIA]

- Najbardziej dobijającym widokiem były półnagie dzieci, które nurkowały w śmieciach i wylizywały papierki, wygrzebywały jakieś resztki jedzenia. Wiedziałam, że jedziemy do biednego kraju, ale nie byłam w stanie wyobrazić sobie tak ogromnej i powszechnej biedy – mówi Milena Kowalik, 19-letnia mieszkanka Wirowa, która w czerwcu tego roku udała się z misją do Afryki

Od mojego powrotu do Polski minęły prawie cztery miesiące. Kiedy jeszcze na Madagaskarze pakowałam walizki, czekałam na wydrukowanie biletów, szukałam w plecaku swojego paszportu, to najbardziej się bałam, że… zapomnę ich imion.

Że wrócę, spojrzę na zdjęcia i nie będę potrafiła nazwać dzieci, które się na nim znajdują. Na Madagaskarze wiele dzieci nie ma aktów urodzenia, co za tym idzie - żadnych dokumentów identyfikujących ich tożsamość. Wygnani przez rodziców z domu na ulicę, tak naprawdę nie istnieją.  

Reklama

Nie istnieją dla państwa, dla nikogo... Bałam się, że przestaną istnieć również dla mnie. Ze praca, studia, obowiązki tak bardzo zajmą moją głowę, że nie znajdzie się ani jedna wolna „szufladka” dla moich dzieci z Fianarantsoa.

Na szczęście jest jeszcze serce. Dzięki niemu nie zapomniałam. Myślę o nich każdego dnia. Zastanawiam się czy Therry (chłopiec z domu Magone) nadal boi się zasnąć, czy Cristina - 10-letnia dziewczynka z oratorium - wciąż każdego wieczoru szuka miejsca do spania dla swojego 1,5-rocznego braciszka Mikaela i 3-letniej siostrzyczki Anity, którymi opiekuje się całkiem sama. Czy Andżi przełamał swoją nieśmiałość i ma z kim zagrać w szachy w oratorium, kiedy mnie nie ma.

Reklama

Czy księża w końcu mają dostęp do wody i mogą się umyć. I czy chłopaki z Magone radzą sobie w szkole i wierzą, że będą w życiu kimś. Że ich los nie jest skreślony.

 

-----------------------------------------------------

 

Miałyśmy świadomość, że jesteśmy białe i będziemy budzić zainteresowanie, ale nie byłam przygotowana na to, co działo się na miejscu. Białego człowieka w Madagaskarze traktuje się jak Boga, albo totalnego kosmitę. Gdy pierwszy raz szłyśmy księdzem do miasta, to podeszło do nas od razu z trzydzieści osób.

Reklama

Do widoku księdza są już przyzwyczajeni. Wiedzą, że mają w parafii kapłana z Polski, ale że dziewczyny... Do tego dwie niebieskookie blondynki.

Słyszałyśmy od miejscowych, że nigdy nie widziały człowieka z całą „jasną głową”. Dzieci dotykały wszystkiego, ale nie byłam przygotowana, że tak samo zareagują dorośli. Kobiety i mężczyźni. Nie dotykali mnie z żadnym podtekstem, ale potrafili podciągnąć nam nogawki, żeby sprawdzić, czy mamy włosy na nogach, bo oni nie mają, ani na nogach, ani rękach.

Potrafili otworzyć nam buzie, by spojrzeć, jakie mamy zęby. Czy takie same jak oni. To było dość szokujące, zwłaszcza gdy otoczyli mnie mężczyźni. Ksiądz szybko ich jednak odgonił. To był jedyny moment, gdy poczułam się niekomfortowo.

Reklama

Wiedziałam, że ci ludzie nie zrobią mi krzywdy, ale podczas każdego naszego wyjścia do miasta musiał nam ktoś towarzyszyć. Byłyśmy dla miejscowych tak dużą atrakcją, że same nie dałybyśmy rady opędzić się od otaczającego nas tłumu.

Dzieci w oratorium też były nami zaintrygowane. Najintensywniej reagowali najmłodsi. Dwu i trzyletnie dzieci bardzo płakały, gdy nas widziały. Potrzebowały czasu, by przyzwyczaić się do naszej obecności.

 

Pełen reportaż znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

Reklama

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama