Reklama

Plebiscyt Przeglądu Sportowego: Iga Świątek, najlepszym sportowcem roku?

- Marzę o własnym probostwie, bo dopiero wówczas kapłan jest w pełni duszpasterzem. Proboszcz, to przecież ojciec, który prowadzi swoich wiernych. Jeszcze nie doczekałem się tego zaszczytu, ale wiem że taki czas w końcu nastąpi. Kiedyś myślałem, że trochę się to przeciąga. Mam 47 lat i cały czas czekam, ale teraz myślę, że najwyraźniej tak ma być. Nie narzekam, bo są tu fajni ludzie. Nie spieszy mi się jeszcze, choć wiem, że kiedyś przyjdzie czas pożegnać się z Gryfinem - mówił przed rokiem ksiądz Tadeusz Łapyr, wikariusz z parafii pw. Niepokalanego Serca Maryi w Gryfinie. Przypominamy wywiad świąteczny z grudnia 2022 r.

Kto zostanie sportowcem roku w Plebiscycie Przeglądu Sportowego i dlaczego Iga Światek?

T. Łapyr: Dlatego, że jest najlepszym polskim sportowcem. Zdobyła w tym roku French Open i US Open. Wygrała 37 meczów z rzędu. Jako dopiero czwarta tenisistka w historii wygrała w jednym sezonie turnieje Indian Wells i Miami. Nie ma innej opcji, by nie zwyciężyła w plebiscycie. Bo kto inny?

 

Jeżeli ktoś jeszcze się nie zorientował, pytam o to jednego z największych fanów polskiej tenisistki. Księdza konto na Facebooku jest kroniką występów Świątek.

Reklama

- Oglądam każdy mecz Igi i bardzo wszystkie przeżywam. To świetna, zdolna dziewczyna. Jest naszym skarbem narodowym. Czasami do niej piszę.

 

Prywatne wiadomości?

- Nie, nie. Chodzi o komentarze na jej profilu. Raz nawet mi odpowiedziała! Uwielbiam Igę. Wcześniej kibicowałem Agnieszce Radwańskiej. „Isi” nie udało się niestety wygrać żadnego turnieju wielkoszlemowego. Brakowało jej trochę siły i miewała na korcie humorki. W przypadku Światek od razu wiedziałem, że daleko zajdzie. „Wypatrzyłem” ją jeszcze jako zdolną juniorkę i obserwowałem całą karierę. Nie tylko świetnie gra, ale też ma mocną psychikę i jest zadziorna. Kibicuję też naszym chłopakom. Wierzę, że Hubert Hurkacz w końcu się przełamie, bo ma wielki potencjał, tylko troszkę słabszą głowę niż Iga. W ostatnich dniach bardzo przeżywam, że Kamil Majchrzak został posądzony o zażywanie dopingu…

Reklama

 

Czyli nie chodzi wyłącznie o Świątek.

- Jestem księdzem, ale też człowiekiem. Muszę mieć jakieś zainteresowania. Moją największą pasją jest właśnie sport. Oglądam i kibicuję wszystkim polskim sportowcom. Zawsze, gdy jest jakieś wydarzenie z udziałem biało-czerwonych, mówię na koniec mszy parafianom, by trzymali kciuki i kibicowali naszym. Oglądam wszystko. Piłkę nożną, lekkoatletykę, biathlon. Ale najbardziej kocham tenis.

 

Skąd to się wzięło?

- W 2008 r. zaraził mnie inny ksiądz. Opowiadał o tenisie, o turniejach wielkoszlemowych, zasadach, historii. Zacząłem oglądać i wpadłem po uszy. Zarywałem styczniowe noce, bo wtedy rozgrywa się Australian Open. Wracałem o godz. 22.00 z kolędy i siedziałem kilka godzin przed telewizorem. Następnego dnia byłem ledwo żywy, więc w kolejnych latach zmieniłem taktykę. Nagrywałem mecze i oglądałem je rano. Wiadomo, że nie wszystkie, ale wielkich mistrzów zawsze.

Reklama

 

Do kogo z „Wielkiej Trójcy” – tej tenisowej – księdzu najbliżej?

- Moim idolem jest Roger Federer. Uosobienie wielkiej klasy i kultury. Ale dwóch pozostałych też lubię i szanuję. Rafa jest przecież idolem Igi, o Świątek mówi się, że to „Nadal w spódnicy”. Djokoviciowi ostatnio kibicuję mniej. Nie chciał się zaszczepić przeciwko koronawirusowi, do tego Serbowie są prorosyjscy. Nie można odbierać mu jednak klasy sportowej. Wygrał 21 turniejów wielkoszlemowych. Więcej o jeden ma tylko Nadal, a Federer skończył karierę mając 20. Gdy Peter Sampras miał 14 tytułów wszystkim wydawało się, że to wyczyn nie do pobicia, a pojawiło się trzech takich gigantów i zdominowali świat tenisa na wiele lat. Każdy miał swoje królestwo. Federer osiem razy wygrał na kortach trawiastych Wimbledonu. Świetnie radził sobie też na szybkich kortach w Australii, ale tam najwięcej, bo dziewięć tytułów ma Djoković. A Nadal to oczywiście francuska mączka. W Roland Garros tryumfował czternastokrotnie!

Reklama

 

I to wszystko powiedziane z głowy. Jestem pod wrażeniem.

- Jak coś lubię, to zgłębiam od razu wszystko. Dlatego zapoznałem się z historią tenisa. Wypisałem zwycięzców wszystkich turniejów wielkoszlemowych. Zarówno przed, jak i po „erze Open” oraz w którym roku dochodzili do której rundy. Rok mi to zajęło, ale wiele się nauczyłem. Kiedyś zrobiłem to samo z pontyfikatami i nauczyłem się wszystkich papieży na pamięć.

 

GRYFINO

Sport jest wyłącznie pasją bierną, czy może ma ksiądz za sobą sportową przeszłość? 

Reklama

- Nie uprawiałem sportu zawodowo, nie grałem w żadnym klubie, ale jak każdy chłopak biegałem za piłką, chodziłem na SKS-y. Grałem w piłkę ręczną w szkole podstawowej w Rzeplinie, a w seminarium w siatkówkę. Trochę biegałem, teraz lubię spacery. Przede wszystkim jednak kibicuję.

 

Również gryfińskim klubom? Nie spotkaliśmy się chyba nigdy na żadnym meczu.

- Bo nie mam czasu chodzić w weekendy na stadiony. Ale wiem co się dzieje. Czytam gazetę, rozmawiam z parafianami. Chłopaki, których uczę religii w SP nr 3 grają w Energetyku i opowiadają mi o swoich meczach.

Reklama

 

Pytam, bo kilkanaście lat temu ksiądz „zaczepił” mnie przy tartanowym boisku i wypytał właśnie o lokalne drużyny.

- To było zaraz po tym jak trafiłem do Gryfina. Interesowało mnie kto korzysta z boisk przy kościele i szkole. Jakie są tu zespoły, czym żyją miejscowi kibice.

 

Który to był rok?

- Przyszedłem tu w sierpniu 2011 r. Jestem najdłużej urzędującym wikarym w historii diecezji. W przyszłym roku będę świętował dwunasty rok w parafii na Górnym Tarasie.

 

Jaka jest średnia?

- Pięć, sześć lat. Ksiądz Sebastian, którego zmieniałem, był wcześniejszym rekordzistą. Spędził w naszej parafii osiem lat.

Reklama

 

Od czego to zależy?

- Często od tego, jak dany ksiądz dogaduje się z przełożonym. Jeśli współpraca z proboszczem jest dobra, to może trwać przez wiele lat, choć bywa, że zostaje zakończona po roku. W moim przypadku nigdy nie było wiele przenosin. Zostałem wyświęcony w 2001 r. Moja pierwsza parafia była w Goleniowie, później na Bukowym w Szczecinie i cztery lata na Pomorzanach. Spędziłem  w tych miejscach łącznie mniej czasu niż w Gryfinie.

 

I jak księdzu u nas?

- Bardzo mi się podoba. Pochodzę ze wsi, więc wolę klimat miasteczka, niż dużego miasta. W takich miejscach jak Gryfino jest zupełnie inny rodzaj relacji z ludźmi, niż w Szczecinie.

Reklama

 

Czym się różnią?

- Różnice widać m.in. na przykładzie pogrzebów. W Szczecinie robione są na szybko. W Gryfinie spokojniej płynie czas. Jest go więcej na nawiązanie więzi z parafianami. A w naszej parafii jest wielu fajnych i dobrych ludzi, co pokazały choćby ostatnie miesiące i zbiórki charytatywne dla potrzebujących w Ukrainie. Znam też mieszkańców Dolnego Tarasu, bo w 2000 r., rok przed święceniami, miałem praktyki u księdza Kozłowskiego.

 

I naucza ksiądz religii w SP 3, co też sprawia, że poznaje sporo osób.

Reklama

- Wcześniej uczyłem jeszcze przez cztery lata w SP nr 2. Teraz już tylko w SP 3. Mam klasy 1-3, przygotowuję dzieci do komunii. Chwalę sobie to zajęcie. Staram się mieć z dziećmi wspólny język. Przeczytałem wszystkie części Harrego Pottera, by wiedzieć o czym rozmawiają uczniowie. To samo Opowieści z Narnii, które bardzo lubię. Ba, uwielbiam!

 

WOJNA I PANDEMIA

Statystyki pokazują, że coraz mniej młodych ludzi - i niekoniecznie mam tu na myśli uczniów podstawówek - mówi o swoich więzach z kościołem. Jak to wygląda w Gryfinie?

Reklama

- U nas również jest przewaga starszych parafian, ale to też specyfika miejsca. Społeczeństwo Górnego Tarasu się postarzało. Jest dużo emerytów, w tym dawnych pracowników elektrowni. To ich widujemy w kościele. Młodych jest zdecydowanie mniej. Wielu wyjeżdża za pracą, wracają raz na jakiś czas. Na święta i urlopy. A ci, którzy są na miejscu, są zajęci. Pracują do wieczora, nie zawsze mają czas na kościół. Ja to rozumiem, takie nastały czasy.

 

Nie zmieniły tego ostatnie miesiące? W Ukrainie trwa wojna. W obliczu zagrożenia za naszą wschodnią granicą wierni nie zaczęli wracać na łono kościoła?

- Raczej nie ma takiej zasady, choć wielu, z tych którzy przychodzą, rozmawia z nami o wojnie. Mówią, że czują strach. Potrzebują wsparcia psychicznego. To osoby starsze, które albo pamiętają II wojnę światową, albo wychowały się w jej cieniu, słuchając opowieści swoich rodziców. Widząc zdjęcia z Buczy, zwłoki które miały zawiązane ręce, Polak automatycznie myśli o Katyniu.

 

A społeczność ukraińska? W naszym mieście pojawiło się sporo rodzin ze wschodu. Nie szukają wsparcia w kościele?

- Nie uczestniczą w mszach, ale czasami przychodzą do kościoła z pytaniami i problemami. Nie po paczki, ale po to, by porozmawiać. Chętnie opowiadają o swoich doświadczeniach. To samo ukraińskie dzieci, które uczę w szkole. Mówią o wojennych traumach oraz martwią się o bliskich, którzy zostali w kraju.  Proszą, żeby się o nich modlić. Jestem myślami przy Ukraińcach. To nasi bracia.

 

Nie wszyscy Polacy tak myślą.

- Ja wiem, że historia polsko-ukraińska nie zawsze była pozytywna. Nie możemy zapomnieć o tym co działo się na Wołyniu. Pamiętajmy, ale też przebaczajmy, bo tak nakazuje nasza wiara. Dlatego modlę się za naród ukraiński i ich dzielnego przywódcę. Prezydent Żelensky jest moim idolem. Wojna pokazuje kto jest naprawdę kim. Był komikiem, a został mężem stanu. To wielki człowiek. Ukraina walczy również za nas, bo nie wiadomo, czy Rosja nie zaatakowałaby naszej ojczyzny. Mamy wspólny interes i dlatego Putin chce skłócić nasze kraje. Stąd pełno fake newsów w internecie. Jak choćby ten, że Polacy zamierzają odebrać Lwów.

 

Wojna to jedno, a i bez niej czasy są trudne.

- Inflacja, drożyzna, dwuletnia pandemia, podczas której wielu parafian straciło bliskich. Przychodzą do kościoła, by porozmawiać z nami o swoich stratach. Wielu z nich, z powodu obostrzeń, nie mogło nawet pożegnać się ze swoimi zmarłymi. To był bardzo trudny czas, a skala pogrzebów była bardzo duża. Niestety, cały czas się utrzymuje. W tym roku mieliśmy aż sto pogrzebów parafian.

 

A ilu wiernych liczy parafia?

- Niecałe dziesięć tysięcy, z czego do kościoła chodzi 10-12%.

 

Nie brzmi dobrze.

- Bo to mały procent, ale taka już specyfika regionu. Znam Stargard, bo mieszka tam teraz moja mama z bratem. To większe miasto od Gryfina, ale frekwencja utrzymuje się na tym samym poziomie. W innych miastach zachodniopomorskich jest podobnie.

 

A porównując do sytuacji w innych częściach kraju?

- Na południu, czy wschodzie Polski chodzi do 40% wiernych. Ksiądz z Gliwic opowiadał mi ostatnio, że u niego frekwencja to 30%. Sporo więcej niż u nas, ale tak jak mówię, to specyfika regionu. Jesteśmy tutaj, w zachodniopomorskim, od 77 lat. Wcześniej to było niemieckie. Kościół katolicki trzeba było budować tu od podstaw, czym zajęli się chrystusowcy. Ale kościół, to ludzie. Osadnicy przyjechali z różnych stron kraju, wymieszali się. Nie u wszystkich kultywowane były katolickie tradycje. A na południu i wschodzie były przypisane do ziemi. Przekazywane z dziada pradziada. Dlatego nie możemy porównywać się do Małopolski, czy Lubelszczyzny.

 

ŻYCIOWA DROGA

A mówi to specjalista, który pisał pracę magisterską na temat historii kościoła na Pomorzu Zachodnim.

- Pisałem o dziejach parafii św. Ottona w Kamieniu Pomorskim. Istnieje od XII wieku i jest owocem misji chrystianizacyjnej przeprowadzonej przez św. Biskupa Ottona z Bambergu. Parafia katolicka istniała do 1534 r., później stała się kościołem luterańskim. Aż do 1945 r. Kocham historię, to mój konik. Studiowałem ją przez rok.

 

W czasie pobytu w seminarium?

- Wcześniej. Maturę napisałem w 1994 r. i nie zdecydowałem się od razu wstąpić do Seminarium Duchownego, tylko właśnie na studia historyczne w Szczecinie.

 

Powołanie przyszło z czasem?

- Że zostanę księdzem wiedziałem już od dzieciństwa. Razem z bratem służyliśmy do mszy. Pochodzimy z małej wsi Krępcewo pod Stargardem.  W takim miejscu bycie ministrantem jest zupełnie innym zajęciem niż w mieście. Byliśmy blisko kościoła, mogliśmy lepiej poznać jego historię, jak wszystko funkcjonuje i na czym się opiera. To umacniało wiarę i wytyczyło nam, mnie i mojemu bratu życiową drogę.

 

On również został księdzem?

- Stanisław wstąpił do seminarium, ale nie doczekał święceń. Dwa razy podchodził, ale też dwa razy opuścił seminarium. Był zbyt szczery. Ale nie załamał się tą sytuacją.

 

Pozostał wierzący?

- Tak. Pracuje jako katecheta w szkole specjalnej w Stargardzie. Nie odwrócił się od kościoła, cały czas służy do mszy, jest też lektorem. To fajny, wyluzowany człowiek, który czyni w swoim życiu wiele dobrego. Zawsze powtarzam, że lepiej być dobrym człowiekiem, niż złym księdzem. Bo czynić dobro może każdy. Stanisław jest kawalerem. Mieszka razem z naszą mamą. Tata zmarł w 2008 roku.

 

Wciąż mieszkają w Krępcewie?

- Już nie. W 2017 r. sprzedaliśmy gospodarstwo i przenieśliśmy się do Stargardu. Kupiliśmy tam mamie mieszkanie w szeregowcu, z przydomowym ogródkiem. Opiekujemy się nią wspólnie, bo często tam bywam. Napracowała się przez całe życie, więc teraz ją odciążamy.

 

To niezwykłe, by dwóch braci wybrało duchowieństwo.

- Nie wiem, czy niezwykłe. Pracę magisterską pisałem u ks. dra Grzegorza Wejmana, którego brat też był kapłanem. Znam więcej takich przykładów. Zdarza się nawet, że księżmi zostaje trzech braci. Albo brat księdzem, a siostra wstępuje do zakonu.

 

Jak zareagowali wasi rodzice?

- Cieszyli się. Zawsze powtarzali nam, że najważniejsze, byśmy byli szczęśliwi w życiu. Robili to, co chcemy. Jeden z moich kolegów był pchany w kapłaństwo na siłę.

 

Przez rodziców?

- Tak. Wymyślili sobie, że będą mieli syna księdza i zmusili go, by poszedł do seminarium. Ale to były inne czasy. Lata 90., żył Jan Paweł II, a w społeczeństwie była jeszcze silna pamięć o kardynale Wyszyńskim. To były dwie wielkie postacie polskiego kościoła. Giganci. Teraz naszemu kościołowi brakuje autorytetów. Stąd coraz mniejsza liczba powołań. W Szczecinie, na sześciu latach, jest zaledwie szesnastu kleryków. Ja wiedziałem, że chcę zostać księdzem i nigdy nie zszedłem z tej drogi.

 

To skąd te studia historyczne?

- Poszedłem na historię, bo uznałem, że nie ma się co spieszyć. Chciałem poznać życie studenckie, żeby później nie mówić, że coś mnie ominęło. Wielu kolegów kierowało się emocjami. Poszli do seminarium od razu po maturze, na hurra. Ja jestem bardziej poukładany. Wolę działać spokojniej. Wstąpienie do Seminarium Duchownego nie oznacza, że zostanie się księdzem. Na pierwszym roku zaczynało nas trzydziestu jeden. Jeden się zakochał, inny uznał, że nie będzie potrafił tak żyć, jeszcze inny przeszedł kryzys wiary. I tak odchodzili. Wyświęconych zostało czternastu. Ja wiedziałem, że chcę oddać życie Bogu. Ale historia została moją pasją na całe życie. Dlatego, gdy miałem wybierać z czego pisać magisterkę: dogmatyki, filozofii, czy historii, to wybór był oczywisty.

 

Na stronie kurii, wśród zainteresowań księdza pojawia się też egiptologia, paleontologia, kosmologia i archeologia.

- Kiedyś myślałem, by zostać archeologiem. Mówię czasami ludziom, że zawsze chciałem odkopywać z ziemi, a wyszło odwrotnie i zakopuję (śmiech). Dużo czytam o starożytności, albo o dinozaurach.

 

Nie stoją w sprzeczności z wiarą katolicką?

- Czasami pytają mnie o to dzieci i tłumaczę im, że stworzenie świata nie zaprzecza istnieniu dinozaurów.  Mieliśmy w seminarium filozofię przyrody. Jeżeli wierzymy, że Bóg stworzył ziemię i człowieka, to stworzył też cały wszechświat. Wiem, że zaczęło się od Wielkiego Wybuchu, ale musiała być jakaś przyczyna sprawcza. Wybuch nie wziął się z niczego. Też był dziełem Boga. Wielu fizyków i kosmologów było osobami wierzącymi. Swoimi badaniami udowadniali, że nauka nie musi stać w sprzeczności z religią.

 

BOŻE NARODZENIE

Nasza rozmowa ukaże się w wydaniu świątecznym. Grzechem byłoby nie porozmawiać o Bożym Narodzeniu.

- To rodzinny czas, więc należy go spędzać w gronie rodzinnym. Tak też staram się robić od lat.

 

Wikariusz, w napływie obowiązków, ma możliwość spędzania świąt w domu?

- Rzeczywiście obowiązków przedświątecznych jest bardzo dużo, ale pandemia pokazała nam wszystkim, co jest najważniejsze. Dlatego w tym roku Wigilię również spędzę z mamą i bratem. Nie jestem zmechanizowany. Mam problemy z błędnikiem, więc wolałem nigdy nie ryzykować i nie zrobiłem prawa jazdy. W Wigilię przyjedzie po mnie brat, a później odwiezie. Ze Stargardu nie jest daleko, więc mogę spędzić ten czas nie tylko z parafianami, ale też swoimi bliskimi.

 

Jak wyglądają święta u Łapyrów?

- Są bardzo tradycyjne. Moja mama pochodzi z Kutna, a tata ze Wschodu. Jego miejscowość znajduje się teraz na terenie Białorusi. Oboje byli bardzo religijni. Na każdej Wigilii mieliśmy dwanaście potraw. Był opłatek – symbol przebaczenia, sianko pod obrusem, wspólne śpiewanie kolęd. Choinkę ubieraliśmy 24 grudnia, czasami dzień wcześniej. Pochodzę ze wsi. Rodzice mieli gospodarkę, więc podczas wieczerzy odkładaliśmy trochę każdego dnia dla naszych zwierząt. Opłatek również, bo to przecież też jedna z dwunastu potraw, podobnie jak chleb. Tata już nie żyje, święta spędzamy z mamą we troje, ale wyglądają tak samo jak przed laty.

 

Czyli, pomimo dyspensy, potraw mięsnych 24 grudnia się u was nie uświadczy?

- Nie, jesteśmy tradycjonalistami. Dopiero po pasterce można coś tam skubnąć. A podczas Wigilii są przecież ryby. Przyrządzeniem ich zajmuje się brat. Przygotowuje filety, bo tylko takie jadam.

 

Zero karpia?

- Karp jest na naszym stole, ale ja nie jadam, bo mam traumę. W dzieciństwie zachłysnąłem się ością. Dusiłem się, rodzice mnie ratowali i od tamtej pory unikam ryb z ościami.

 

Skoro nie karp, to która potrawa jest księdza ulubioną?

- Zdecydowanie pierogi. Kocham pierogi z kapustą i grzybami. I zupę grzybową! Z innych dań: ciasta, sałatki, kasza, ryż, kutia.

 

Mówi ksiądz o pochodzeniu rodziców. Przyjechali z różnych stron, gdzie istniały odmienne świąteczne tradycje. W przypadku moich pojawił się dyskurs w kwestii grzybowej. U ojca robiło się ją z makaronem, u mamy z ziemniakami. U was też były takie rozbieżności?

- Raczej nie, bo mama zamieszkała po ślubie z rodzicami mojego taty. Gotowała razem z teściową i nie miały problemu. W Krępcewie zamieszkali po wojnie ludzie i z Kresów Wschodnich i z centrali. Później jeszcze przyjechało sporo do pracy z kieleckiego. Wszystkie tradycje się ze sobą wymieszały. Dlatego z zup wigilijnych są u nas i barszcz i grzybowa.

 

Podobno jedną z księdza pasji jest właśnie gotowanie.

- Może nie pasji, ale lubię to robić. Nauczyłem się gotować, by być niezależnym. Nie wiem, czy nie trafię kiedyś na wieś, gdzie będę musiał radzić sobie sam, a lubię dobrze zjeść. Jak jestem w domu to też gotuję. W święta jestem odpowiedzialny za sałatki. Całość przygotowujemy razem z bratem. Mama gotowała całe życie, teraz niech odpoczywa.

 

Ile mama ma lat?

- Rocznik 1937. Ten, w którym Jadwiga Jędrzejowska grała w finale Wimbledonu! W trzecim secie prowadziła już dwoma punktami, ale niestety, nie udało jej się wygrać. Szkoda, bo Wimbledon to mój ulubiony turniej. Bardzo się cieszę, że w tym roku organizatorzy zabronili grać zawodnikom z Rosji. Jestem dumny z decyzji najstarszego turnieju tenisowego świata.

 

A ulubiona kolęda?

- Oczywiście „Bóg się rodzi”. Potężna, dostojna pieśń Franciszka Karpińskiego. Jak tak rozmawiamy, to już nie mogę doczekać się świąt. Już je czuję! Gdy od rana lecą kolędy na Polsacie, albo „Jedynce”, to jestem cały w skowronkach.

 

A później „Kevin sam w domu”?

- Akurat Kevin nigdy do mnie nie przemawiał. Ani razu nie obejrzałem całego. Za to uwielbiam „Titanic”. Gdy leci w święta, to zawsze oglądam. Tak samo wszystkie polskie produkcje.

 

ROMANTYK

Nie wiem skąd u mnie wzięła się ta prywatna tradycja, ale co roku przed świętami oglądam „Lalkę”. Nie film Wojciecha Hasa, tylko serial w reżyserii Ryszarda Bera z Jerzym Kamasą, Małgorzatą Braunek i Bronisławem Pawlikiem, jako Rzeckim.

- A ja oglądam „Chłopców” i „Noce i dnie”. Zawsze na nich płaczę. Uwielbiam nie tylko film Antczaka, ale też powieść Dąbrowskiej. Pięciokrotnie była nominowana do literackiego Nobla i go nie dostała. Szkoda! Tak samo jak Gombrowicz, bo zmarł w 1969 r., a pośmiertnie nie przyznają. Polacy powinni mieć więcej literackich Nobli. Orzeszkowej powinni dać. A Żeromski mógł dostać razem z Reymontem…

 

Herbert podobno nie mógł przeżyć, że zamiast niego nagrodę otrzymała Szymborska.

- Szymborską też uwielbiam czytać, choć to była trochę komunistka… Ale że wiersze pisała piękne. Wzruszam się też przy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, albo przy Halinie Poświatowskiej, która tak młodo zmarła. „Jestem Julią” jest piękne. Kocham też Mickiewicza, Gombrowicza, Słowackiego, Norwida, Tuwima, Przybosia, Leśmiana, Miłosza.

 

Skąd u księdza zamiłowanie do poezji?

- To przez rodziców, którzy zawsze mówili, żebym dużo czytał i się uczył. Nie dla ocen, tylko dla siebie, by poznać świat. A ja kocham świat i chcę wiedzieć o nim jak najwięcej. Poznać jak najwięcej dziedzin życia. Miałem też świetnych pedagogów, w tym polonistkę, która powiedziała mi kiedyś, że literatura uczy wrażliwości. Zapamiętałem to na całe życie. Dlatego czytam różnych autorów. Mam wszystkie książki Olgi Tokarczuk.

 

A z zagranicznych autorów?

- Najbardziej lubię Jane Austin. Uwielbiam „Dumę i uprzedzenie”. Gdy oglądam film, zawsze płaczę. Ale u mnie to nie tylko literatura, czy film, ale też muzyka.  

 

Klasyczna? Rozrywkowa?

- Trudno wybrać jeden gatunek. Kocham Chopnia. Nagrałem wszystkie koncerty podczas tegorocznego Konkursu Chopinowskiego i słucham ich codziennie. Wychowałem się na Foggu, Sipińskiej, Demarczyk, Sośnickiej. Kiedyś nie było łatwo zdobyć takie nagrania. Kupowałem kasety na bazarach, albo nagrywałem audycje radiowe. Wspólnie z mamą oglądaliśmy  „Telewizyjny Koncert Życzeń”. Poza tym Jean-Michel Jarre, a z młodych wykonawców Sanah, która ostatnio pięknie zaśpiewała wiersz Szymborskiej „Nic dwa razy się nie zdarza”. Uwielbiam operę, zwłaszcza wykonania Marii Callas. Mam jej wszystkie płyty. Z filmów lubię też horrory.

 

Jane Austin i horrory, Chopin i  Sanah. Spory rozstrzał.

- To dlatego, że jestem zodiakalną wagą. Interesuję się wszystkim dookoła, choć niektóre moje pasje wydają się sprzeczne. Jestem romantykiem, przedstawicielem wymierającego gatunku. Ale uważam, że to dobrze, bo ksiądz powinien być wszechstronny i wrażliwy.

 

CHCE BYĆ PROBOSZCZEM

Zastanawiam się, czy ma ksiądz czas na wszystkie swoje pasje.

- Niestety nie… Wiele osób myśli, że księża mają tyle wolnego czasu. Jedna msza dziennie i koniec, a wcale tak nie jest. W parafii jest nas dwóch, więc obowiązki zapełniają całe dnie. Dzisiaj rano miałem mszę, później pogrzeb, lekcje w szkole. Do tego dochodzą wizyty w domach u chorych i potrzebujących. Dlatego nie mogę oglądać wszystkich wydarzeń sportowych na żywo. Kibicuję trochę specyficznie, parafianie tego nie wiedzą.

 

No to niech się dowiedzą.

- Nagrywam mecze, ale zanim je odtworzę po mszy, to najpierw patrzę na wynik. Jeśli Polacy przegrywają, to kasuję i nie oglądam! Ale w niedzielę obejrzę finał Mundialu. Jestem za Francją.

 

Papież pochodzi z Argentyny, a ksiądz wybiera Francję?!

- (śmiech) Ostatnio Messi mi podpadł, bo się źle zachowywał wobec Holendrów. Wolę, żeby wygrała Francja. Ale naprawdę nie mogę doczekać się stycznia i Australian Open. Chciałbym żeby Iga wygrała ten turniej, bo brakuje jej tego tytułu w kolekcji.

 

To już wiem, czego życzyć księdzu w 2023 roku.

- Najlepiej, żeby Iga Świątek wygrała cztery turnieje wielkoszlemowe, a w 2024 r. dołożyła do tego złoto olimpijskie. Najbardziej chciałbym, żeby została tryumfatorką Wimbledonu. To najważniejszy z turniejów. Żałuję tylko, że nie żyje już Bohdan Tomaszewski. Jego komentarz na londyńskich kortach to było coś wyjątkowego…

 

Co do przyszłości, myśli ksiądz, że Gryfino jest ostatnim przystankiem na jego duchowej drodze?

- Nie, na pewno jeszcze zostanę gdzieś przeniesiony. Na moim roku w seminarium święconych było nas czternastu. Jeden kolega, ten który nauczył mnie tenisa, zginął tragicznie w wypadku drogowym. Ks. Skiba jest kanclerzem kurii, a ks. Jerzy Głowacki jest sekretarzem biskupa. Pozostali są już proboszczami. Tylko ja czekam.

 

Czyli marzy ksiądz o własnym probostwie.

- Oczywiście, że marzę o własnym probostwie, bo dopiero wówczas kapłan jest w pełni duszpasterzem. Proboszcz, to przecież ojciec, który prowadzi swoich wiernych. Jeszcze nie doczekałem się tego zaszczytu, ale wiem że taki czas w końcu nastąpi. Kiedyś myślałem, że trochę się to przeciąga. Mam 47 lat i cały czas czekam, ale teraz myślę, że najwyraźniej tak ma być. Nie narzekam, bo są tu fajni ludzie. Nie spieszy mi się jeszcze, choć wiem, że kiedyś przyjdzie czas pożegnać się z Gryfinem.

 

Rozmawiał: Grzegorz Racinowski

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama