Reklama

Jedenaście razy na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Polski

Waldemar Lisicki: Najlepiej smakował pierwszy tytuł Mistrza Polski. Dał mi bodziec do dalszej pracy i z niego wynikły kolejne sukcesy. Skoro zdobyłem jedno złoto, to dlaczego nie miałbym zdobyć drugiego, a nawet trzeciego? Gdy zebrałem już osiem złotych medali, bo kolejne wywalczyłem na Halowych Mistrzostwach Polski, pomyślałem, że fajnie byłoby mieć dwucyfrową liczbę tytułów mistrzowskich. Cały czas chciałem więcej, miałem ambicje do wygrywania – mówi wychowanek Hermesa Gryfino, na przełomie lat 80. i 90. członek lekkoatletycznej reprezentacji Polski

Do osiągania sukcesów sam talent nie wystarczy, musi być poparty pracą. Są jednak dwie grupy zawodników: ci, którzy mają „to coś” oraz biegacze, którzy muszą nadrobić ciężką pracą. Do której grupy pan należał?

Waldemar Lisicki: Analizując moją karierę, raczej do drugiej. Nie odnosiłem sukcesów jako młody zawodnik, dojrzałem do nich dopiero jako pełnoletni biegacz.

 

„Odkryto” pana jednak jeszcze w Gryfinie.

- Selekcja nastąpiła tak, jak zwykle miało to miejsce w latach 70., na zawodach szkolnych. Jako uczeń SP w Żabnicy zostałem wysłany na stadion w Gryfinie, gdzie wypatrzył mnie Andrzej Urbański. Podszedł do mnie i zaproponował, bym przyszedł na jego zajęcia. Chodziłem, początkowo niechętnie, nieregularnie.

Reklama

 

Pamięta pan swój pierwszy sukces?

- W wieku 16-18 lat nie odnosiłem sukcesów na krajowym szczeblu. Pierwszy medal zdobyłem jako 19-latek, jako uczeń szkoły przy ulicy Łużyckiej.

 

W którym roku nastąpił progres i stał się czołowym polskim średniodystansowcem?

- Gdy poszedłem do wojska. Starałem się o przydział do Marynarki Wojennej i możliwość trenowania we Flocie Gdynia. Wcześniej zrezygnowała ze mnie Zawisza Bydgoszcz. Trener, który nie zainteresował się mną, w 1986 roku podszedł do mnie i przyznał, że to był błąd, że nie poznał mojego potencjału.

Reklama

 

Zrobił to po tym, jak wywalczył pan złoto Seniorskich Mistrzostw Polski na 1500 metrów?

- Tak. Już rok wcześniej zrobiłem niespodziankę, bo wszedłem do finału Mistrzostw Polski, jako nieznany zawodnik i zająłem piąte miejsce. Nie liczyłem na finał, a okazało się, że otarłem się o podium, miałem szanse na brązowy medal. To było dla mnie mocne przeżycie. Startowałem z największymi gwiazdami tego dystansu. Wygrał rekordzista Polski, Mirosław Żerkowski. Biegł też Grzegorz Basiak z Pomorza Stargard, Marek Adamski. I ja, pośród nich wszystkich.

Reklama

 

Cały wywiad znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama