Susza, a w jej rezultacie brak odpowiednio nawodnionych upraw, to od lat zmartwienie wszystkich rolników. Czy zmieniający się klimat pogłębia ten problem? Czy krytyczne warunki pogodowe mają przełożenie na ceny produktów rolnych?
Za nami wyjątkowo zimny maj. Nie była to typowa „zimna zośka”, bo mowa nie tylko o kilkudniowych przymrozkach porannych, ale znacznie niższej temperaturze utrzymującej się przez niemal miesiąc.
- Tegoroczny maj, to były przymrozki idące z falą zimnego powietrza z północy, ciężko przed tym było się uratować, bo to przymrozek, który trwał całą noc. Jeśli w kwietniu lub w maju chmury idą z północy, to wiadomo, że u nas będzie bardzo zimno. Teraz przemieściliśmy się w inną strefę, więc liczę, że w czerwcu przymrozku już nie będzie, nawet mimo wiatru z północy – mówi Tomasz Wiatrak, właściciel plantacji truskawek z Wełtynia, który ma metody na uratowanie swoich upraw od chłodnych nocy, ale nie zawsze można je zastosować. - Truskawki możemy nakryć włókniną, ale tylko do momentu jak kwiatek nie wystaje ponad rośliną, bo jak już wystaje i przykryje się go włókniną, to po nocnym przymrozku materiał zamarznie i automatycznie kwiatek, który ją dotyka zmarznie – wyjaśnia.
W maju nie położył włókniny. Po przymrozkach straty na jego plantacji truskawek wynoszą ok. 30-40%. Czy przełoży się to na cenę owoców? Niekoniecznie. Narzuca ją rynek.
- Nie zrobimy truskawki po 30 zł za kilogram, aby pokryć swoje straty, gdy po 20 zł sprzedawać będą na stoiskach obok, które pochodzące z innych regionów Polski lub Europy – mówi.
Zwracam uwagę, że tegoroczne plony jeszcze nie zostały zebrane, a truskawki dostępne już na wielu straganach przy marketach. Prawdopodobnie pochodzą one z innej części Europy.
- To często nieprawda jeśli ktoś mówi wam, że to truskawki z Polski. Przywożą je z innych krajów, np. z Rumunii. U nas dopiero teraz dojrzewają. Przecież we wschodniej części Polski klimat jest ten sam co u nas – wyjaśnia T. Wiatrak.
Przed przymrozkami może uchronić swoje uprawy - również jeżyny i borówki, które chroni rozpylając glicerynę roślinną zamgławiaczem. Większym problemem jest nagłe, gwałtowne załamanie się pogody, czyli nawalne deszcze lub – co najgorsze – gradobicie. W zeszłym roku w takich okolicznościach stracił niemal całą uprawę.
- Po ulewnym deszczu truskawki są nasączone wodą i nie nadają się do zrywania, dosłownie rozpadają się w rękach. Zawsze ustawiam taczkę tak, aby sprawdzić ile deszczu napadało. W zeszłym roku, jednego czerwcowego dnia, dosłownie przez chwilę znalazło się w niej tyle wody, że przez miesiąc tyle nie napadało. Ratunkiem mogą być szklarnie lub folie, ale owoce z nich nie są te same, dlatego ich nie stosuję – mówi.
Znacznie większe gospodarstwo ogrodnicze prowadzi Łukasz Zabłocki, uprawia na nim zboże i warzywa. Jego produkty przez pośredników trafiają między innymi do popularnych marketów. Jego zdaniem największe zagrożenie dla rolnictwa stanowią susze. Zwraca jednak uwagę, że chodzi nie tylko o długotrwałe okresy bez opadów deszczu. Niebezpieczne są również łagodne zimy. W ostatnich latach śniegu bywa niewiele, wówczas, w tym okresie gleba nie otrzymuje dostatecznej ilości wody, a sytuacja staje się niestabilna. Rozwiązaniem są systemy nawadniające, ale to ogromne koszty, które zwracają się dopiero po latach. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taki wydatek. Ten problem jego tak mocno nie dotyczy, ponieważ posiada pola w Łubnicy, a więc tuż przy Odrze, na dobrze nawodnionej glebie.
Podkreśla, że zmiany klimatu nie muszą spędzać sen z powiek rolnikom. Istnieją bowiem ubezpieczenia chroniące przed występowaniem wiosennych przymrozków, od gradu czy od pożaru. Posiadanie polisy, to wręcz wymóg przy pozyskanie niektórych dopłat. Problemem jest jednak brak oferty na skutki ewentualnej suszy. To sprawia, że rolnicy zmieniają rodzaj swoich upraw.
- Wielu rezygnuje ze zbóż jarych, wchodząc w kukurydzę, bo ona jest bardziej odporna na suszę. Branża cały czas się zmienia, jako producenci rolni staramy się dostosowywać do zmian klimatu – mówi nam Łukasz Zabłocki z Łubnicy, który podobnie jak plantator truskawek z Wełtynia, wyjaśnia, że warunki pogodowe nie determinują ceny produktów. – Obecnie rynki są globalne. Jeśli w naszym województwie będzie potężna ulewa, a uprawy zostaną zniszczone, to nie przełoży się na wyższe ceny w sieciach sklepowych, bo towar może przyjechać z innego rejonu kraju lub Europy. Musiałby być kataklizm w dużej części Europy, aby zjawiska pogodowe miały wpływ na ceny – dodaje.
Takie samo zdanie ma Edward Lebioda – który w 1985 roku wraz z żoną otworzył stoisko z warzywami i innymi towarami spożywczymi w Gryfinie, a do dziś jego rodzina prowadzi już stacjonarny sklep, handlując przede wszystkim warzywami. Lokalny rynek zna więc doskonale.
- Największym problemem nie jest klimat, a rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wielu plantatorów truskawek i innych upraw w naszym regionie, po prostu musiało zlikwidować swoją działalność, bo przychód nie pozwalał na pokrycie szybko rosnących kosztów pracowniczych. Wielu kupców zrezygnowało, a ci, którzy zostali na rynku wciąż zastanawiają się nad tych ruchem – mówi Edward Lebioda, wymieniając wiele innych opłat, które ponosić muszą przedsiębiorcy w Polsce.
Potwierdza to, o czym mówili producenci – to rynek wyznacza ceny w sklepach, a te często handlują towarem, który przyjeżdża z innych rejonów Polski. Rynek się globalizuje.
- Każdy klient patrzy, aby jak najtaniej kupić towar. Dlatego przy wzrostach kosztów przedsiębiorcy od kilku lat bazują na granicy bytu. Jeśli dochodzi do tego problem ze zmianami klimatu, to trudno dziwić się lokalnym plantatorom, że likwidują swoje uprawy - dodaje.
Artykuł powstał w ramach projektu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze