Reklama

Irena Wegner czule wspomina zmarłego męża Tadeusza

- Z ostatniej drogi męża niewiele pamiętam. Znajomi mówili, że Tadeusza pożegnał tłum ludzi, ok. 300 osób. To pokazuje, że był dobrym człowiekiem i nie tylko nam będzie go brakować – mówi Irena Wegner w emocjonalnym i czułym wspomnieniu o zmarłym mężu. Tadeusz Wegner zmarł 4 października, po 72 dniach od diagnozy

Irena Wegner: Poznaliśmy się 4 września 1974 r., w klubie Odys. Pracowałem w biurze PSS Społem, ale koleżanka poprosiła mnie, żebym zastąpiła ją na jakiś czas na sali. Pomyślałam: „Panienka jestem, to mogę trochę dorobić jako kelnerka”. Przychodzili młodzi wojskowi i zaczepiali: „A jaka pani ładna”, „A czy ma pani narzeczonego?”. Mnie to denerwowało, a najbardziej wkurzał mnie… mój przyszły mąż.

 

Też się zalecał?

- Najmocniej ze wszystkich. Robiłam mu trochę na złość. Kiedyś oblałam go herbatą. Powiedziałam, że niechcący, ale zrobiłam to celowo. Myślałam, że się ode mnie odczepi, ale nie miał zamiaru. Zaczęliśmy się spotykać i spędziliśmy razem 50 lat.

Reklama

-------------------------------------------

Mowę pożegnalną wygłosił wasz starszy syn. Powiedział, że „choroba przyszła znienacka, zaskoczyła, nie dała szans na leczenie”.

- Wszystko wydarzyło się na przestrzeni niespełna trzech miesięcy. Mąż na okrągło chodził do lekarza, częściej niż ja. Dbał o siebie ze względu na tarczycę. Miał Hashimoto i trochę przytył, co mu przeszkadzało, bo zawsze był szczupły. Zrobił badania w maju, nic nie wykazały. Jakiś czas później zaczął jednak boleć go bark, później plecy. Ponownie się przebadał. Okazało się, że ma nacieki na kręgosłupie. Przeszedł operację, wzięli próbki do badań histopatologicznych. Wyszedł rak płaskonabłonkowy.

Reklama

 

Lekarze dawali jakiekolwiek nadzieje?

- Powiedzieli wprost, że szanse na wyzdrowienie są bardzo niskie. Podczas kolejnych badań wykryli guza na nerce, zmiany na wątrobie. Później nowotwór „przeszedł” na kości. Mąż bardzo cierpiał, nie mógł chodzić. Załapał bakterię dróg moczowych, był coraz słabszy. We wrześniu, tak jakby się pożegnał. Złapał mnie za ręce i powiedział: „Jesteśmy silni, będziemy silni, bo jak nie my, to kto. Bardzo, bardzo cię kocham”. Na drugi dzień już nie mówił.

 

Cała rozmowa znajduje się w aktualnym wydaniu "Gazety Gryfińskiej".

Reklama

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama