Gryfińscy strażacy zostali nagrodzeni za akcję ratowniczą, w której brali udział. W sierpniu 2022 r. znaleźli się w międzynarodowym module, który stoczył walkę z jednym z największych pożarów, które w ostatnich latach nawiedziły Francję
- Niektóre obrazki pozostaną z nami na zawsze – uznał jeden, a pozostali pokiwali głowami.
Spotkaliśmy się w środowy poranek. Obok obowiązkowej o tej porze dnia mocnej kawy, na stole wylądowały telefony. Nasi rozmówcy włączali kolejne filmiki, pokazywali fotografie. Na jednej z nich udało się uchwycić niezwykłe zjawisko.
- Po przyjeździe Francuzi ostrzegli nas, żebyśmy nie przestraszyli się czegoś takiego, jak sucha burza. Nie pada, a są pioruny. Jeden z nich pięknie walnął za nami, nad naszymi głowami, akurat, gdy stawaliśmy do pamiątkowego zdjęcia – mówi Marcin Janiszyn, jeden z piątki strażaków, którzy w sierpniu udali się do Francji, by pomóc tamtejszej społeczności w walce z żywiołem.
- Za pośrednictwem ERCC (Emergency Response Coordination Centre) Francja wystosowała zapotrzebowanie na pomoc ratowniczą w postaci modułów GFFFV, przeznaczonych do gaszenia pożarów lasów z ziemi z użyciem pojazdów. W związku z powyższym Minister Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji polecił Komendantowi Głównemu PSP zadysponowanie strażaków ze sprzętem, którzy wesprą francuskich partnerów w działaniach. Do Francji udało sie dziś łącznie 146 strażaków i 49 samochodów. W gronie tym znaleźli się również gryfinianie: st. kpt. Jacek Skibiński, st. sekc. Marcin Janiszyn, mł. asp. Rafał Staszak, mł. asp. Sławomir Trzópek i sekc. Jan Krech – pisaliśmy na naszych łamach.
„Jesteśmy jedną drużyną”
Wybór właśnie tej piątki był nieprzypadkowy. To członkowie GFFV. Międzynarodowego modułu, który specjalizuje się w gaszeniu pożarów wielkopowierzchniowych. Gryfińska jednostka należy do niego od pięciu lat, od momentu gdy posiada odpowiedni wóz bojowy.
- DO modułu GFFFV może zapisać się każdy strażak, ale trzeba spełnić kilka warunków. Przede wszystkim chodzi o szkolenia. Część z nas szkoli się w pożarach wewnętrznych, część w ratownictwie technicznym, albo wielkopowierzchniowym. Każdy z nas zbiera doświadczenie, które później wykorzystujemy w terenie. Zresztą mamy w kraju coraz cieplejszy klimat i coraz więcej pożarów. Już w lutym zaczynają się pożary traw, co kiedyś było nie do pomyślenia. Do tego trzeba mieć wszystkie szczepienia, zdać testy językowe, bo moduł działa na terenie całej Unii Europejskiej. Należy potrafić porozumieć się nie tylko ze strażakami z innych państw naszego kontynentu, ale też z miejscową ludnością – tłumaczą.
W Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Gryfinie moduł składa się z trzynastu osób. Poza wymienionymi, pozostali to: Krzysztof Kotowicz, Piotr Rozenblut, Marek Gwiazda, Adam Tomczyk, Bartosz Azarkiewicz, Wojciech Pożyczka, Dawid Bartkowiak, Adam Sienkiewicz.
Naszym rozmówcom bardzo zależało, by wymienić wszystkich z nazwiska. „Jesteśmy jedną drużyną”, mówią, dodając z czego wynikał wybór akurat tej piątki.
- W module mamy zgłoszony jeden wóz bojowy. Jego obsada jest pięcioosobowa, więc do Francji nie mogło pojechać nas więcej. Były wakacje, więc niektórzy byli na urlopach. Niektórzy na zwolnieniach. Pojechali ci, którzy mogli – tłumaczy Sławomir Trzópek, dodając że w wozie musiało znaleźć się dwóch kierowców, dowódca oraz dwóch dodatkowych ratowników.
- Stworzyłem szybko listę pięciu osób będących na pewno na miejscu. Obdzwoniłem ich, wszyscy krzyknęli: „Jadę!”. Bez namawiania, czy dodatkowego zachęcania. To był czwartek. Najpierw odbyła się zbiórka kontrolna i sprawdzenie gotowości bojowej, a już o godzinie 4.00 stawiliśmy się na zbiórce strażaków z naszego województwa w Myśliborzu – dopowiada Rafał Staszak.
Tempo akcji przygotowawczej nie było przypadkowe.
- Szalejące w departamencie Żyronda pożary w ciągu ostatniej doby zniszczyły kilkanaście domów. Służby ewakuowały już ponad 6 tysięcy osób. W tej chwili z ogniem walczy ponad tysiąc strażaków. Strażacy określają sytuację jako poważną. „Ogień jest bardzo niebezpieczny i rozprzestrzenił się na departament Landes. Gminy Hostens, Saint-Magne i sektory Belin-Beliet zostały ewakuowane", podano w komunikacie prasowym - pisały ogólnopolskie media (w cytowanym przypadku RMF FM), informując o wsparciu nadciągającym z naszego kraju, a dokładniej z województw zachodniopomorskiego oraz dolnośląskiego.
- To dlatego, że te dwa województwa miały wówczas miesięczny dyżur – wyjaśnia Marcin Janiszyn.
Trudne rozmowy z żonami
Wszystko działo się w ekspresowym tempie i przygotowania zamknęły się w kilkunastu rodzinach. Jak mówią jednak nasi rozmówcy, ze względu na specyfikę pracy, takie nagłe wyzwania nie są dla nich niczym szokującym. Są przyzwyczajeni, że w momencie, gdy ojczyzna wzywa (w tym przypadku Prousta i Mbappe), muszą działać automatycznie. Pakują najbardziej potrzebne rzeczy i ruszają na ratunek. Wcześniej muszą tylko znaleźć chwilę na przeprowadzenie „ważnej rozmowy”.
- Nasz dowódca siedział do godziny 8.00 na służbie. Musiał znaleźć zastępstwo i powiadomić żonę, że nie wróci po pracy do domu, bo jedzie do Francji – opowiadają strażacy.
Rafał i Sławek są mężami oraz ojcami. Pozostała dwójka nie poznała jeszcze wprawdzie uroków ojcostwa, lecz również nie mogą mówić o pełnym kawalerstwie. Wszyscy wymienieni musieli przekazać partnerkom informację o wyjeździe. Nie w każdym przypadku okoliczności były sprzyjające.
- Rozpoczynałem urlop. Mieliśmy jechać na weekend. Gdy powiedziałem o Francji, to padło kilka niemiłych słów… - wspomina Sławomir.
- Ja próbowałem mówić z poważną miną. „Wiesz kochanie, trzeba jechać i pomóc tym ludziom”. „Dobra, przecież widzę jak ci się oczy świecą. Przestań ściemniać i się pakuj” – przytacza ze śmiechem Rafał.
Gdy zauważamy, że to pewien rodzaj męskiej przygody, cała czwórka głośno przytakuje.
- Wiadomo, że okoliczności nie są fajne. We Francji rozgrywały się ludzkie tragedie, ale taka już jest nasza praca. Musimy być gotowi ni odporni na każdy widok – mówi najmłodszy z tego grona Janek.
5-kilometrowa kolumna
Do Francji ruszyli 11 sierpnia. Sam dojazd stanowił niemały wyczyn.
- Zrobiliśmy w jedną stronę ponad 2100 kilometrów w wozie bojowym. To wyczyn, bo nie jest to samochód przystosowany do podróży, tak jak osobówka, w której można rozłożyć siedzenia. W kolumnie znalazły się autobusy, w których jechali strażacy, ale w wozie bojowym musiało pozostać dwóch kierowców – mówi Rafał, który był jednym z nich.
Podczas całej trasy zmieniali się ze Sławomirem.
- Jazda w kolumnie wymaga pilnowania przodu i tyłu, kontrolowania odległości, by nie doprowadzić do jakiejś niepotrzebnej stłuczki, bo przy takiej liczbie wozów może spowodować wielogodzinny paraliż. Trzeba było też trzymać „tempo”, które średnio wynosiło 72-75 km/h oraz jechać w miarę ekonomicznie. Oszczędzać opony i paliwo – tłumaczy drugi z kierowców.
Trudność polegała na tym, że kolumna aut, jadących do Francji, rozciągała się do pięciu kilometrów!
- To był niesamowity widok, ale też ogromne wyzwanie logistyczne. Weźmy jako przykład tankowanie. Zjechać musiały wszystkie wozy, bo przecież jechaliśmy w kolumnie. Najkrótsze tankowanie trwało półtorej godziny. Najdłuższe ponad trzy. Mowa przecież o 49 ciężarówkach – wylicza Marcin.
Przed tankowaniem trzeba było „uprzedzić” pracowników stacji.
- Kilkadziesiąt kilometrów przed stacją wyprzedzał nas samochód operacyjny. Jechał, żeby sprawdzić, czy pomieści wszystkie wozy jednocześnie i czy właściciel stacji nas przyjmie, bo w takiej sytuacji zajmujemy całą stację na dobrych kilka godzin – opowiadają strażacy, dodając że w jednym przypadku spotkali się z odmową.
- Jeden pan powiedział, że nie może odmówić cywilom tankowania i zasugerował, żebyśmy poszukali innej stacji – tłumaczą z gorzkim uśmiechem.
Nad całością pieczę sprawowały nie tylko wozy operacyjne, ale też wyznaczone do tego służby pomocnicze. Już po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej, na strażaków czekali policjanci. Analogicznie we Francji. W razie czego pomocy mogli udzielić zresztą… sami zainteresowani.
- To taka wyprawa, że różnie mogło się stać. Dlatego kilka wozów było zaopatrzonych w wodę, na wypadek gdyby któraś z ciężarówek się zapaliła. Trochę byłoby głupio, gdyby w takiej sytuacji strażacy nie mogliby walczyć z ogniem. Trochę jak szewc, co bez butów chodzi – śmieją się nasi rozmówcy.
Księżycowa sceneria
Nastroje w drodze dopisywały, choć prawdopodobnie lepszym określeniem jest, że „były bojowe”. Głośne rozmowy zakończyły się momentalnie, zaraz po wjechaniu w obszar katastrofy.
- Największe wrażenie zrobił na mnie właśnie moment wjazdu. Niewyobrażalna powierzchnia, ponad 20-30 tysięcy spalonych hektarów. To powierzchnia Szczecina. Piękny, zielony teren, bo to okolice Bordeaux, a tu nagle kończy się bajkowa, a zaczyna księżycowa sceneria. Momentalnie zrobiło się czarno. Cała okolica spalona, nad głowami samoloty gaśnicze. Pierwszy raz widziałem takie obrazki – przyznaje Rafał.
Niczym na planie filmowym, z tą różnicą, że w tym przypadku, komenda „cięcie” nie sprawiała, iż sytuacja wracała do normy.
Jan: W wozie zrobiło się cicho, a my zaczęliśmy zastanawiać się, gdzie trafiliśmy.
Marcin: Na miejscu temperatura wynosiła 42 stopnie, a nie było widać słońca.
Sławek: Wszystko zadymione.
Po chwili pojawiła się kolejna „anomalia”.
- Francuzi mówili, że przez trzy miesiące nie padało, a tylko my przyjechaliśmy i od razu zaczęło. Śmiali się, że Polacy przywieźli im deszcz – uśmiecha się Rafał, dodając, że z miejsca ruszyli do akcji.
- Przyjechaliśmy tam około godz. 19.00, a już dwie godziny później ruszyliśmy do boju. Praca była dzielona między sektory. Za każdy odpowiadała inna jednostka. Naszym była obrona linii, by pożar nie przeszedł na drugą stronę – mówi Marcin.
Specyfika działań była zupełnie inna niż na obszarze naszego kraju.
- Inna jest specyfika lasów. To teren Parku Narodowego, który spłonął już w latach 60. XX w. Nowe nasadzenia pochodzą od człowieka. Drzewa są ustawione jak od linijki, dzięki czemu mogliśmy wjechać naszym wozem w sam środek lasu. To było o tyle duże ułatwienie, że gdy deszcz spadł, to większość pożarów była pod ziemią. Szedł mały dymek, a jak się rozproszyło, to pojawiał się żar, temperatura. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie wpaść w wypalone dziury. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że nie widzieliśmy ognia. Gdy w Polsce las się pali, to wiesz czego możesz się spodziewać. We Francji nie – mówi Sławomir.
- Nie wyglądało to spektakularnie. Nie było wielkich płomieni, ale jak stało się dłużej w jednym miejscu, to trzeba było oblewać buty wodą, żeby nie poparzyć stóp. Tamtejsze podłoże jest torfowe, zupełnie inne niż u nas. Korzenie drzew nie idą w dół, tylko się rozkładają. Wszystko powypalane na 40-60 cm, czego nie widzisz. Przejedziesz nogą, bo wydaje się, że jest popiół i pojawia się ogień – wyjaśnia Rafał.
- Nasze zadanie polegało właśnie na dogaszaniu takich miejsc. Musieliśmy je lokalizować i likwidować, by nikt nie wpadł po kolana i się nie poparzył. Tak jak mówią chłopaki, było widać mały dymek, a pod spodem „małe piekło” – dopowiada Marcin.
- Przekonali się o tym Austriacy. Dzień przed naszym przyjazdem dostaliśmy informację, że się poparzyli. Stali po drugiej stronie drogi, a ogień przeszedł dołem i ich „zaatakował”. Ogień potrafił pojawić się też za plecami, nieoczekiwanie i niewiadomo skąd – wyjaśnia Janek.
W miasteczku strażackim
Gryfińscy strażacy spędzili we Francji dziesięć dni. To na tyle długi okres, że musieli jakoś zorganizować sobie życie.
- Przyjechali nie tylko strażacy z Europy. Francuzi ściągnęli też pomoc ze swoich zamorskich obszarów. Na czas akcji powstało
miasteczko strażackie, w którym mieszkało ok. 1400 osób! – opowiadają strażacy.
Pracowali zmianowo. Po powrocie z lasu nie mieli jednak czasu na nic więcej, niż regenerację.
- Prysznic, jedzenie, spanie. Czasami w innej kolejności – wymieniają nasi rozmówcy.
Odrobinę luksusu dawały im wizyty u… masażystów.
- Organizacja naszego obozu, choć polowa, stała na wysokim poziomie. Sprowadzeni zostali m.in. miejscowi fizjoterapeuci, którzy zajmowali się urazami i naciągnięciami. Mogłeś przyjść, położyć się na sole do masażu. Pracowali do ostatniego dnia i ostatniego strażaka, który wyszedł z lasu – przytacza Rafał.
- Mieli roboty na cały dzień. Masowali na okrągło, bo taka praca w terenie jest bardzo kontuzjogenna – dodaje Sławek.
Strażacy mieli oczywiście też zapewnione posiłki, o które dbała lokalna społeczność. Wina, sery, ostrygi i przede wszystkim wypieki. Wszyscy obecni podczas rozmowy byli zgodni, że z całym szacunkiem do polskich wypieków, francuska bagietka to jednak francuska bagietka.
Marcin: Zjadłem tyle, że nie byłem później w stanie przez dwa tygodnie na nie patrzeć.
Janek: Wlewali w nas też litry Red Bulla.
Rafał: Jedzą całkiem inaczej niż my. Śniadania na słodko, obiady na zimno. Dopiero później trzeci posiłek jest ciepły.
Posiłki przywożono nie tylko do strażackiego miasteczka, gdzie trwała walka z ogniem. Czas pracy był bowiem niereglamentowany.
- Zdarzało się, że wracaliśmy ze swoich działań około godz. 20.00, ale po drodze ludzie jeszcze prosili nas o pomoc, żebyśmy pojechali do ich domów i pomogli dogasić ogień – wspomina Marcin, dodając że ci doświadczeni przez żywioł ludzie potrafili okazać wdzięczność. Bordeaux jest obszarem winniczym, wobec czego ratownicy z całego świata, w ramach podziękowań, otrzymywali podarunki od lokalnych winiarzy.
- Jeden mężczyzna, o czym później się dowiedzieliśmy, razem z jedzeniem przywoził dary od siebie. Różne napoje. Chciał w ten sposób podziękować – tłumaczą.
„Zrobiliśmy wielkie wrażenie”
Podczas, gdy miasteczko strażackie tętniło życiem, cała okolica była opustoszała.
- Na czas akcji ratowniczej wszystko było zamknięte. Policja patrolowała ulice, wszędzie znajdowała się żandarmeria. To były miasta widma. Wyludnione, z pozamykanymi stacjami paliw i sklepami – opisuje Sławomir, dodając że razem z kolegami więcej czasu spędził zresztą na terenie wiejskim.
Rafał: Ukształtowanie terenu w tamtym miejscu jest też specyficznie. Nie takie jak u nas, że jedziesz drogą i po bokach masz domy. Tam gospodarstwa znajdują się w lesie. To park narodowy, na podwórkach rosną ogromne drzewa. Gdy jeździliśmy po okolicy i dogaszaliśmy ogień regularnie widywaliśmy identyczne scenerie. Podwórko spalone, płot spalony, samochód też, a dom cały. Dookoła zgliszcza, a chata uratowana. Ludzie walczyli przede wszystkim o swoje domy. Wiedząc że nie uratują wszystkiego, godzili się na straty.
Marcin: Na mnie największe wrażenie robiły takie sytuacje, w których po zakończeniu akcji ludzie wracali do swoich domów. Siadali na ganku a wokół piekło. Wszystko spalone.
Sławek: Mimo całego tragizmu sytuacji, widok był przerażający piękny. W nocy widać było łunę nad całym obszarem. Jak Szczecin oświetlony nocą.
W pamięci zapisali również pozytywne wspomnienia, związane z tamtejszą ludnością.
Rafał: Świetnie nas przywitali i pożęgnali. Wisiały polskie flagi z napisami: „Dziękujemy”.
Marcin: Transparenty, brawa, kciuki uniesione do góry, gdy mijaliśmy ich wracając z akcji. Miłym akcentem było też, gdy już po koniec ludzie zaczęli wracać do wiosek. Dzieci przygotowały nam niespodziankę. Przyszły z ciastkami. Wstydziły się podejść, ale gdy już przełamaliśmy lody, to robiliśmy sobie zdjęcia. Dostały od nas miśki i polską krówkę.
Nie mają wątpliwości, że praca w nietypowych warunkach podniosła ich umiejętności.
- Zdobyliśmy dużo fajnych materiałów do przemyśleń. Mieliśmy świetne dowództwo, które nas słuchało. Na koniec działań nastąpiło spotkanie podsumowujące. Zapytali nas jakie są nasze wnioski. Wszystkie spisali – mówią strażacy.
Dodatkowo ich trud został nagrodzony w stolicy. Podczas podsumowującego spotkania w Warszawie otrzymali pamiątkowe tabliczki. Na podziękowaniach od ministra się jednak nie skończyło. Każdy uczestnik akcji dostał też wynagrodzenie pieniężne od Komendanta Głównego PSP.
- Zwyczajowo wymieniliśmy się też koszulkami z kolegami – nadmienia Rafał, który na naszym spotkaniu stawił się właśnie w t-shircie francuskiej straży pożarnej.
Podczas podsumowującego spotkania akcentowano wagę pomocy, jaką Francuzi uzyskali od polskich strażaków.
- Stawiła się tam mieszanka z całego świata, ale Polacy byli największym modułem. Łącznie pojechało 146 ratowników. Zrobiliśmy na nich naprawdę duże wrażenie. Nasza kolumna, jadąca po autostradzie, miała trzy kilometry– wylicza Marcin.
Nasi rozmówcy – wśród których tego dnia brakowało dowódcy Jacka Skibińskiego – są wdzięczni za możliwość wzięcia udziału w tak dużej akcji.
- Podziękowania należą się też komendantowi naszej jednostki. Należy pamiętać, że „puścił” nas do Francji w trudnym momencie, bo przecież w sierpniu w Gryfinie prowadzone były działania na Odrze. Nasz wyjazd poskutkuje jednak tym, że będziemy jeszcze lepszymi strażakami, na czym na pewno zyska lokalna społeczność – wyjaśniają nasi rozmówcy, akcentując że są gotowi do kolejnej akcji.
Po chwili dodają jednak, że najlepiej, jeśli wcale nie będą do niej potrzebni. Należy pamiętać, że za każdą spektakularną akcją ratowniczą stoją większe lub mniejsze ludzkie dramaty.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze