W ostatniej kolejce gryfińscy szczypiorniści niespodziewanie wygrali z SMS II Płock. O meczu rozmawialiśmy z Filipem Witkowskim, zawodnikiem PGE KPR, który pochodzi z Płocka
W sobotę czułeś się jakbyś grał u siebie?
F. Witkowski: Oczywiście że tak. Kilka ważnych zawodów w tej hali rozegrałem, a Płock, który jest moim rodzinnym miastem, zawsze będzie moim domem.
Czyli miałeś zapewne dodatkowe wsparcie z trybun.
- Nie dało się ukryć obecności mojego ojca (Marek Witkowski jest legendą Wisły Płock. Z Nafciarzami zdobył historyczne mistrzostwo kraju. Łącznie tytuł świętował pięciokrotnie, w tym raz z Vive Kielce – przyp. red.). Mama, z powodów problemów z sercem i ogromnych emocji, jakie jej towarzyszą, wolała zostać jednak przy telefonicznej relacji. Ale wiem, że bacznie obserwowała po meczu czy jestem zdrowy. Podobnie jak mama: dziadkowie i chrzestni również siedzieli przed telefonami. Ponadto dostałem sporo wsparcia od spikera zawodów. Był nim pan, z którym znałem się od najmłodszych lat, więc bardzo miło mnie ugościł.
Jak doszło do tego, że trafiłeś z Płocka do Gryfina?
- Była to dosyć prosta historia. Studiowałem w Warszawie na AWF, grałem w akademickim zespole, z którym udało mi się awansować do 1.ligi. Moja aktualna już narzeczona, którą bardzo kocham i serdecznie pozdrawiam, dostała się na uczelnię medyczną w Szczecinie. Gdy byłem w Warszawie, a ona w Płocku, to w momentach tęsknoty wystarczyła godzinka i bylem obok. Ale w momencie, kiedy dostała się do Szczecina, to daliśmy sobie rok próby życia w tak dużej odległości.
Cała rozmowa znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej. Kupisz ją również TUTAJ.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze