Artur Czyżyński jest z zamiłowania DJ’em. Mieszkaniec Gryfina od kilku lat współpracuje ze znanym w całej Polsce raperem, Sobotą. W rozmowie opowiada o swoich początkach oraz o pracy DJ’a. Odnosi się również do możliwości organizowania imprez i koncertów w naszym mieście
Na koncerty fani przychodzą głównie dla danego rapera. Uważasz, że DJ’e są niedoceniani w kulturze hip-hopowej?
Artur Czyżyński: Uważam, że są niedoceniani, ponieważ jest tak jak powiedziałeś, fani przychodzą na koncerty konkretnego artysty, a ja jako DJ jestem jego wsparciem, odpowiedzialnym za aspekty muzyczne występu. Jeśli fani przychodzą na koncerty Soboty, to wiem, że są tam dla niego i nie mam z tym żadnego problemu. Swoją obecność tam traktuję w kategorii pracy i najważniejsze jest jej profesjonalne jej wykonanie. Znam swoje miejsce w szeregu.
Na czym konkretnie polega rola DJ’a podczas koncertu?
- Jest zależna od utworu, tego, jak jest zaaranżowany. Jeżeli samoistnie dużo się w nim dzieje, to jest to kwestia odtworzenia podkładu i ewentualnie dogrania kilku scratchy (przesuwanie ręką płyty pod igłą gramofonu). Przy koncertach Soboty wspieram go również wokalnie, wraz z innymi członkami grupy.
Jak rozpoczęła się twoja przygoda z gramofonami?
- Zaczęło się to mniej więcej w 2003 roku. Moi znajomi zajmowali się tą muzyką i ja się nią zainteresowałem. Dla mnie, jako dla nastoletniego chłopaka, było to ciekawe, a skoro moi rówieśnicy czy niewiele starsi koledzy mogli się tym zająć, to pomyślałem, dlaczego nie ja. Okazało się, że trwa to do dziś.
Ciekawsza dla ciebie była konsola niż rapowanie?
- Praca z płytą, tworzenie dźwięków, technika jakiej trzeba użyć, żeby je wydobyć, były zdecydowanie ciekawsze. Próbowałem i rapowania, i produkcji muzyki, jak wiele osób ze środowiska rapowego, ale nie odpowiadało mi to tak, jak praca przy gramofonach.
Kiedy kupiłeś swój pierwszy sprzęt?
- W 2004 roku udało mi się uzbierać na pierwszy gramofon i wtedy rozpoczęła się moja przygoda. Mikser odkupiłem od kolegi. Z czasem dokupywałem kolejny sprzęt, zmieniałem go na coraz lepszy. Po około pięciu latach udało mi się już kupić taki, który pozwalał mi pracować bez żadnych ograniczeń technicznych. Gramofony, które udało mi się wtedy nabyć, mam do teraz. Po ponad dwudziestu latach od premiery tego modelu wciąż stanowi on swoisty standard wśród DJ’ów.
Długo ćwiczyłeś, zanim gdziekolwiek zagrałeś?
- Nie. To były takie czasy, że każdy, kto chciał, to nagrywał. Środowisko było małe, wieści rozchodziły się szybko, zawiązywały się lokalne kolaboracje. Po około pięciu miesiącach praktyki nagrałem swoje pierwsze scratche. Nikt nie zwracał uwagi na staż. Każdy chciał pracować z muzyką, kiedy tylko nadarzała się okazja. Z racji, że lokalnie byłem (i jestem) jedynym tego typu DJ’em, wzięcie było spore.
Wtedy głównie współpracowałeś z ludźmi z Gryfina?
- Tak, tylko z osobami od nas. Potem, po około dwóch latach, graliśmy pojedyncze koncerty nad morzem i tam, zupełnie przypadkiem, poznaliśmy raperów z Radomska, z którymi zacząłem współpracę. Oni też działali na poziomie lokalnym, ale dla mnie była to możliwość pokazania swoich umiejętności gdzieś dalej.
Pamiętasz pierwszy koncert, jaki zagrałeś? Ile przyszło osób, gdzie to było?
- Pierwszy koncert pamiętam jak dziś. Przez to nie odrobiłem też zadania domowego z chemii. Teraz mogę się przyznać. Sam koncert odbył się w kwietniu 2004 roku, w nieczynnym już klubie Kontrasty w Szczecinie. To była mała impreza, gdzie grały trzy czy cztery zespoły ze Szczecina, i duży kolaboracyjny projekt z Gryfina. Zabraliśmy wszystkich, o których wiedzieliśmy, że zajmują się rapem. Ostatecznie, więcej tam było znajomych osób grających niż tych, którzy sami przyszli tego dnia do klubu. W tamtych czasach to była nie lata atrakcja, móc zagrać koncert, wyjść do ludzi i zaprezentować swoją twórczość.
Jak to się stało, że nawiązałeś współpracę z raperem Sobotą?
- Grałem kiedyś regularne imprezy w klubie Barrel Whisky Bar w Szczecinie. Zabawne, że odbywały się w poniedziałki. Co ciekawe, około drugiej w nocy zawsze robiło się tam tłoczno. Podczas ich trwania czasami odbywały się bitwy freestylowe, pojedynki raperów. Sobota był tam sędzią. Udział w tych imprezach brał również raper Tony Jazzu, z którym w tamtym czasie zagrałem kilka koncertów. Dałem się poznać jako osoba, która chce się rozwijać. Pewnego dnia Tony Jazzu zadzwonił do mnie z informacją, że szukają DJ’a dla Soboty. Było to na moment przed premierą jego drugiej solowej płyty. Szukali kogoś, kto na stałe będzie z nim jeździł na koncerty. Umówiliśmy się na spotkanie, zagraliśmy kilka prób, przygotowaliśmy formułę naszego występu, i tak od bodajże czterech lat występujemy wspólnie na scenie.
Dogrywasz scratche do różnych utworów, ale samą produkcją się nie zajmujesz?
- Od niedawna się nią zajmuje, ale nie wychodzę z tym nigdzie dalej. Obecnie wszystko trafia do szuflady, a nie jest tego też szczególnie dużo. Pracuję na dwa etaty, kończę studia, gram koncerty, więc siłą rzeczy nie mam zbyt wiele czasu, aby się tym zająć.
Dostajesz dużo propozycji współpracy?
- Kiedyś dużo nagrywałem dla różnych osób z całej Polski. Obecnie robię tego zdecydowanie mniej, ale są to bardziej znaczące rzeczy, o większym zasięgu.
Często gracie koncerty?
- Teraz jest taki okres, że gramy praktycznie co weekend. Bywa, że gramy w czwartki bądź w niedziele, ale to jest rzadkością. Piątki i soboty są standardowymi terminami.
Co się stało z inicjatywą „Rap Gryfino” którą prowadziłeś?
- Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że nie ma dla kogo tego robić. Włożyłem w tę inicjatywę sporo pracy, ale uważam, że nie powinienem się tym zajmować sam, ale również osoby, które chcą na tym skorzystać. Udało się ją uruchomić, zorganizować kilka naprawdę fajnych spotkań z muzyką, nagrać i lokalnie wydać płytę, ale niestety, dopóki chęci będą tylko po mojej stronie, nie widzę sensu ciągnięcia tego dalej. Mówi się trudno. Na pewno było to świetne doświadczenie.
Uważasz, że w Gryfinie udałoby się zrobić imprezę, która przyciągnęłaby dużą liczbę osób?
- Pytanie brzmi, czy miała to by być impreza tylko dla gryfinian, czy festiwal, na którym próbowalibyśmy ściągnąć do nas ludzi z innych miejscowości. Dobrym przykładem imprezy na dużą skalę jest Włóczykij, festiwal o konkretnej tematyce, odbywający się w określonym terminie i przyciągający widzów i słuchaczy z całej Polski. W takiej formie byłoby to możliwe, ale festiwali muzycznych o ugruntowanej pozycji jest cała masa.
Trudno byłoby się przebić, a po drugie do Szczecina mamy blisko.
- Nie trzeba długo szukać. Za miesiąc jest festiwal w Szczecinie, w zeszły weekend podobny odbył się w Poznaniu. Organizacja takiej imprezy byłaby bardzo ryzykowna. A przy mniejszych imprezach, po kilku edycjach, temat w końcu po prostu wyczerpałby się. Żyjemy w małym mieście.
A myślałeś o jakichś warsztatach dla młodych? Wiem, że miałeś okazję takie już poprowadzić.
- Myślałem o tym. Jednak to jest kwestia czasu i odpowiedniej promocji. Miałem okazję przeprowadzić warsztaty dj’skie w Stepnicy, przy okazji imprezy miejskiej. Zainteresowanie było spore. W Gdańsku podczas obozu młodzieżowego o tematyce hip-hopowej, przeprowadziłem kilkugodzinne wykłady i ćwiczenia z gramofonami.
Zastanawiałeś się, jak długo chcesz się tym zajmować? Widzisz siebie, powiedzmy w wieku 50 lat, za gramofonami?
- Nie wyobrażam sobie tego. Obserwuję wcześniejsze pokolenia DJ’ów, i zastanawiam się, czym się będą zajmować mając 40-50 lat. Można się z tego utrzymać, jeżeli gra się odpowiednią liczbę koncertów lub imprez, ale pytanie co potem? „DJ” wpisane w CV nie wygląda zachęcająco.
A trendy się zmieniają.
- Nie do końca je właśnie rozumiem. Ograniczając się do samej muzyki hip-hopowej, jej obraz w ciągu krótkiego czasu uległ diametralnej zmianie. Z perspektywy DJ’a, który skreczuje, nagrywa swoje sekwencje i współpracuje z raperami, ta nowoczesna forma jest nieatrakcyjna. Ze względu na techniczny aspekt nowoczesnej muzyki, ktoś taki jak ja niewiele może z nią zrobić.
Uważasz, że za kilka lat może zabraknąć miejsca na skrecze?
- To już się dzieje w USA. Jest oczywiście scena turntablistyczna, ludzi którzy zajmują się wyłącznie skreczowanie, i która się realnie rozwija. Ale oni stoją w opozycji do głównych nurtów muzycznych. Dj’e grający na koncertach, czy grający imprezy faktycznie wciskają już tylko „play” i nic więcej się w tym temacie nie dzieje. Myślę, że w Polsce pójdzie to w tę samą stronę, w stronę prostoty i atrakcyjnej dla pospolitego słuchacza formy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze