Reklama

Dariusz Koszykowski: Po Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie zostałem z niczym

Dariusz Koszykowski to 49-latek, który całe życie spędził w Gryfinie. Jako jego mieszkaniec wystąpił na dwóch igrzyskach olimpijskich: w Barcelonie i Atlancie. Był jednym z najlepszych polskich kajakarzy, medalistą mistrzostw świata i pięciokrotnym mistrzem kraju. To jednak opowieść nie tylko o rywalizacji i sukcesie, ale także o drugim obliczu sportu i problemach, gdy „sportowa fikcja” zmienia się w „normalne życie”. Przypominamy wywiad z 2021 roku

W życiu każdego sportowca pojawia się moment, w którym zaczyna myśleć o igrzyskach olimpijskich.

Dariusz Koszykowski: U mnie trudno wskazać jeden, konkretny moment. Na początku sport jest celem samym w sobie. Dopiero po kilku latach treningów, gdy robi się nieco bardziej poważnie, młody sportowiec zaczyna marzyć o igrzyskach. Bardzo szybko zrozumiałem, że udział w tych zawodach jest najważniejszym wyzwaniem dla zawodnika. Mistrzostwa Świata odbywają się w kajakarstwie, co roku. Igrzyska Olimpijskie raz na cztery lata i próg kwalifikacyjny jest znacznie wyższy. Zbiera się tam najlepszy kwiat sportu, nie ma nikogo z przypadku. Wyjazd na igrzyska, to coś najpiękniejszego, co może spotkać sportowca. Żyłem tym, by kiedyś zostać olimpijczykiem.

Reklama

 

Kiedy stało się to realne?

- Przez większość kariery znajdowałem się w różnych reprezentacjach Polski, więc siłą rzeczy byłem blisko tego celu. Gdy ukończyłem podstawówkę w Gryfinie, trafiłem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wałczu. Trenowali tam najlepsi młodzi kajakarze z całego kraju. Nie było Mistrzostw Polski, z których nie wróciłbym do domu z medalem. Udawało się też za granicą, bo w 1989 roku, razem z kolegami,  wywalczyłem dwa medale na Mistrzostwach Świata Juniorów. Srebro w C-4 na 500 metrów i brąz w C-4 na dystansie 1000 metrów w Dartmouth. To było rok po Seulu, a trzy lata przed Barceloną. Myślę, że cała nasza czwórka zaczęła wtedy myśleć, że kolejne igrzyska są realne.

Reklama

 

Z tego grona olimpijczykiem zostałeś jednak wyłącznie ty, najmłodszy z całej ekipy.

- W Dartmouth miałem siedemnaście lat, moim koledzy po dziewiętnaście, ale nie było widać między nami różnicy. Natura mnie uzdolniła. Miałem nie tylko dobre predyspozycje fizyczne do sportu, ale łatwiej przychodziło mi też podnoszenie umiejętności i ściganie się ze starszymi. Myślę, że miałem też trochę więcej szczęścia od moich kolegów z juniorskiej reprezentacji.

 

Sport juniorski i seniorski, to dwa zupełnie różne światy. Okres przejścia do rywalizacji z dorosłymi sportowcami jest newralgicznym momentem dla młodych sportowców.

Reklama

- To bardzo dobre określenie. Często mówi się o zmarnowanych talentach, ale żeby móc zrobić karierę i utrzymać się na powierzchni w dorosłym sporcie, nie wszystko zależy wyłącznie od zawodnika.

 

Mówi się, że wystarczy poprzeć talent ciężką pracą.

- Talent, to bardzo ogólne sformułowanie. Sam w sobie nic nie daje. Może jedynie na wczesnym etapie, gdy sport jest zabawą. Ale co w momencie, gdy w jednym miejscu zbierani są najlepsi z całego kraju?

 

Zakładam, że w kadrze Polski juniorów wszyscy są utalentowani i większość ciężko pracuje.

Reklama

- Kiedy jednak zaczyna się ściganie na poważnie, a mam tu na myśli okres seniorski, często to nie wystarcza. To newralgiczny czas, bo młodzi ludzie nie są jeszcze ukształtowani. Największą rolę odgrywa trener. Bez względu na to, jak sportowiec jest uzdolniony i rozwinięty fizycznie, sukces może dać tylko dobry szkoleniowiec. Widać to także po mojej karierze, wzlotach i upadkach między poszczególnymi latami. Ale o tym opowiem w kontekście igrzysk.

 

GRYFINO

Odpowiednia osoba na stanowisku trenera jest ważna także na początku kariery.

Reklama

- To prawda i tu również podam swój przykład. Nie osiągnąłbym tak wiele, gdybym jako dzieciak nie trafił na trenera, który mnie ukształtował.

 

Zaczynałeś u Lesława Dumy?

- Nie tylko zaczynałem. Trener Duma stworzył mnie jako zawodnika. Wychował, a później pomagał przez lata, konsultowałem z nim wiele kwestii. Lesław Duma to fanatyk kajakarstwa, gryfińskie dobro, o które powinniśmy dbać, postawić mu pomnik. Wychował kupę ciekawych sportowców i ludzi. Nie każdy może zostać olimpijczykiem, ale sport posiada znacznie więcej funkcji. Trener wiele osób wyciągał na powierzchnie, czynił z nich wartościowe jednostki. Nie wiem jak wyglądałoby moje życie, gdybym w 1984 roku nie przyszedł na trening do pana Dumy.

Reklama

 

Lata 80. to rozkwit gryfińskiego sportu. Poza piłkarzami nożnymi, finansowanymi przez elektrownię, istniał klub piłki ręcznej, prężnie działał lekkoatletyczny Hermes. Kajakarstwo jest najmniej popularne z tego grona.

- Gryfino posiadało wtedy bardzo dużą ofertę. To były inne czasy. Sport był chlubą narodu, szansą na wyrwanie się z biedy, zobaczenie świata. Stawiano duży nacisk na to, żeby ludzie byli sprawni. Także w naszym miasteczku nie było osoby, która nie przewinęłaby się przez jakąkolwiek sekcję. Dlatego, gdy miałem dwanaście lat, siłą rzeczy musiałem trafić do jakiegoś klubu. Zrządzeniem losu moim kolegą był syn trenera. Hubert Duma nakłonił mnie na kajaki, mówiąc, że jako zawodnik dostanę dresy. To na mnie zadziałało, bo w domu się nie przelewało. Mówiąc wprost, byliśmy bardzo biedni.

Reklama

 

Jeśli dobrze liczę, po trzech latach treningów byłeś już w SMS-ie, a po pięciu stałeś na podium juniorskich mistrzostw globu.

- Tak jak mówiłem, miałem predyspozycje trochę lepsze od swoich rówieśników. Byłem wyższy, silniejszy i chyba trochę więcej chciałem. Wszystko przychodziło z łatwością, co nakręcało mnie do treningów. W sporcie widziałem swoją szansę. Kusząca była też perspektywa igrzysk. Pytałeś o moment, w którym poczułem, że są blisko. Myślę, że był to 1991 rok i udział w Mistrzostwach Świata seniorów.

Reklama

Jechaliśmy po medal. Nie wyszło, ale wystartowaliśmy w finale A. Miałem 19 lat i znalazłem się w gronie najlepszych kajakarzy na świecie. Rok później zdobyłem natomiast podwójne mistrzostwo kraju. Wygrałem w jedynce na 500 i 1000 metrów, co ugruntowało moją pozycję w kadrze.

 

BARCELONA I ATLANTA

Działo się to akurat w roku olimpijskim. Mistrzostwo Polski dawało automatyczną kwalifikację, czy jak to młody, musiałeś jeszcze dodatkowo udowadniać wartość?

- Kwalifikacje krajowe to jedno, ale później trzeba jeszcze wziąć udział w kwalifikacjach międzynarodowych. Dlatego z taką estymą mówię o igrzyskach, bo odczułem na własnej skórze, ile trzeba dać z siebie, żeby móc wziąć w nich udział.

Reklama

 

W Barcelonie miałeś dwadzieścia lat. Każdy marzy o medalu, ale realnie patrząc, jechałeś raczej po naukę.

- Rozmawiałem z kolegami olimpijczykami. Mówili, że igrzyska to zupełnie inne zawody, niż mistrzostwa globu. Przytaczali przykłady mistrzów świata, którzy nie tylko nie wywalczali medalu olimpijskiego, ale czasami nie zdobywali nawet kwalifikacji. Na igrzyska trzeba jechać z pokorą i ja też to robiłem. Chciałem zdobywać wiedzę.

 

Igrzyska i ich otoczka spełniły twoje oczekiwania?

- Jak najbardziej. Atmosferę sportowego święta czuć było już w Polsce. Jeździliśmy na wiele spotkań. Mierzyliśmy garnitury, spotykaliśmy się z działaczami, odbieraliśmy sprzęt. Wszystko, co dostaje zawodnik należy do niego. A byliśmy ubrani od stóp, do głów: skarpetki, koszulki, torby, dwa garnitury. Wyposażenie jest pełne. Odświętnie ubrani składaliśmy też przysięgę olimpijską. Później było pożegnanie na Okęciu i oficjalne przywitanie w Barcelonie.

Reklama

 

Cały ceremoniał ma uświadomić rangę imprezy, wprowadzić w odświętny, podniosły nastrój.

- To najpiękniejszy etap przygotowań, forma docenienia wielu lat pracy, ale też element wieloletniej tradycji. Dziś również sportowcy odbywają te wszystkie spotkania, przygotowując się mentalnie do najważniejszego startu w karierze. Pozwala to poczuć się częścią wspólnoty. Nie inaczej jest podczas igrzysk, gdzie też odbywa się osobny ceremoniał. Przywitanie z wioską olimpijską, wciągnięcie flagi na maszt.

 

Wszystko to prowadzi do najważniejszego elementu, jakim jest ceremonia otwarcia.

-Miałem to szczęście, że zawody kajakarskie odbywały się na początku igrzysk i mogłem wziąć w niej udział. Jest na to namacalny dowód. Miałem podwójne szczęście, bo gdy polska reprezentacja wchodziła na stadion, kamera pokazała, jak ściągam kapelusz i kłaniam się do publiczności.

 

Rozmawiałem z wieloma olimpijczykami. Kilku z nich stwierdziło, że ceremonia otwarcia, to… straszna nuda. W ich ocenie, najpierw długo czeka się na wejście, później trzeba stać przez kilka godzin. Niewiele widać, niewiele słychać…

- Mam zupełnie inne wspomnienia i odczucia. Reprezentacje maszerują wspólnie na stadion, wchodzą na płytę przy owacji kibiców. Flagi idą w górę, trwają koncerty, przemówienia, po czym następuje najpiękniejszy moment zapalenia znicza. Miałem przyjemność uczestniczyć też w ceremonii zamknięcia, która ma nieco inną specyfikę. Sportowcy wychodzą na stadion wspólnie, bez podziału na kraje. To też świetne przeżycie dla sportowca.

 

Znam takich sportowców, którzy między startami zwiedzali i starali się poznać kulturę kraju organizatora oraz takich, którzy nie wyściubili nosa poza areny sportowe i teren wioski.

- Należę do tej pierwszej grupy. Miałem dwadzieścia lat, wszystko to było dla mnie niesamowitym doświadczeniem . Zwiedzałem miasto, ale chodziłem też na zawody sportowe. Mieliśmy akredytacje na wszystkie olimpijskie areny. Ale życie w wiosce olimpijskiej też miało wiele atrakcji. Zobaczenie na żywo Borisa Beckera, Carla Lewisa, Magica Johnsona, czy Scottiego Pippena stanowiło spore przeżycie dla chłopaka z Polski.

 

Michał Bieniek, gryfiński olimpijczyk z Pekinu, opowiadał, że Polacy mieszkali w sąsiedztwie Argentyny. Wspominał opalającego się Lionela Messiego, mówił też o koszykarzach z NBA, którzy w stołówce olimpijskiej jedli prawie wyłącznie hamburgery z Mc’Donalds.

- Stołówka w Barcelonie mogła pomieścić dziesięć tysięcy osób. Czego tam nie było… Kucharze serwowali dania z całego świata. Porównałbym to do hoteli dziesięciogwiazdkowych, których przecież nie ma. Stołówka znajdowała się na terenie wioski olimpijskiej. Stanowił ją kompleks budynków. Domki były trzypokojowe, mieszkaliśmy w nich w sześciu. Teren był ogromny i znajdował się przy wodzie. Mieliśmy dostęp do jachtów i innych atrakcji. Po całej wiosce rozrzucone były saturatory z napojami i lodami. Wystarczyło podejść i nacisnąć. Pod tym względem, między igrzyskami w Barcelonie i Atlantą była przepaść. Na korzyść hiszpańskich igrzysk.

 

Prezes MKOL, podczas zakończenia igrzysk w 1996 r., nie wypowiedział formuły: „To były najlepsze igrzyska olimpijskie”.

- Bo nie byłoby to prawdą. Kwestie organizacyjne leżały.

 

W 1996 roku było aż tak źle?

- Gdybym wystąpił tylko w Atlancie, pewnie mówiłbym, że było świetnie. Miałem jednak porównanie z Barceloną i dlatego twierdzę, że Amerykanie wypadli bardzo przeciętnie. Podczas rozmaitych ceremonii była wielka pompa i show w amerykańskim stylu, a poza tym nie było nic. Pełno niedociągnięć i niedoróbek.

Hiszpanie zrobili wszystko pod igrzyska. Wybudowali nową wioskę olimpijską. W Atlancie organizatorzy umieścili nas w kampusie akademickim. Przed igrzyskami przenieśli gdzieś studentów, a ich pokoje zajęliśmy my, olimpijczycy. Każdy kto był w akademiku, ten wie, jakie panują w nim warunki. Spaliśmy na piętrowych łóżkach, które często były za małe dla wysokich zawodników. Mieliśmy wspólne łaźnie i toalety. Aby z nich skorzystać trzeba było odczekać swoje w kolejce.

 

Studenckie klimaty!

- W kwestii jedzenia również. W Barcelonie mogliśmy wybierać, na co tylko mieliśmy ochotę. W Atlancie natomiast, przy wejściu dostaliśmy plastikowe talerzyki i sztućce, stawaliśmy w kolejce i gdy podchodziliśmy do okienka, kucharz nakładał nam jedzenie chochlą, dorzucając garść chipsów. Wtedy się dowiedziałem dlaczego Amerykanie tak tyją.

 

Mogliście opuszczać wioskę?

- Sportowcy posiadali akredytacje, które pozwalały jeździć po całym mieście. Nie mogliśmy jednak wprowadzać nikogo obcego do środka. Względu bezpieczeństwa.

 

Po każdych igrzyskach powstają legendy na temat tego, co dzieje się za bramą wioski olimpijskiej. Mówi się o hucznym imprezach i ogólnym rozprężeniu.

- Sportowy po swoich startach chcą odreagować. To normalna sprawa, że młodzi ludzie, którzy przez lata odmawiali sobie wielu rzeczy, chcą się pobawić. Nie przypominam sobie jednak żadnych wielkich imprez i grubych akcji. Wszystko działo się we własnym gronie, często w zamkniętych pokojach. Na terenie wioski znajduje się sporo ochrony i nie ma miejsca na ekscesy. Przynajmniej nie na takie, jakie wyobrażają sobie kibice.

 

Naprawdę nic w Atlancie nie przypadło ci do gustu?

- Podobało mi się to, że pojechałem do Stanów Zjednoczonych. To robi wrażenie na chłopaku z małego miasta. Oglądamy amerykańskie filmy, czytamy o tamtejszych karierach. Człowiek chce zobaczyć to na własne oczy. Niestety jednak igrzyska były słabe.

 

OLIMPIJSKIE STARTY

Nie poruszyliśmy jeszcze najważniejszego wątku. Jak oceniasz swoje olimpijskie starty?

- W Barcelonie startowałem z Mariuszem Walkowiakiem w C-2 na 1000 metrów. Przeszliśmy eliminacje, później odpadliśmy w półfinale. Nie mieliśmy większych szans na olimpijski finał, ale też nikt od nas tego nie wymagał. Ja miałem dwadzieścia, a Mariusz dwadzieścia dwa lata.

 

Nie było poczucia zawodu?

- Nie liczyliśmy na dużo więcej, ale pozostał niedosyt. W odróżnieniu od Atlanty, gdzie czuliśmy rozgoryczenie.

 

W 1996 roku startowałeś już z nowym partnerem.

- Moje drogi z Walkowiakiem rozeszły się w 1993 roku. W 1994 roku zacząłem pływać z Tomkiem Goliszem, swoim kolegą z Wiskordu Szczecin. Razem osiągnęliśmy największy sukces w karierze, brązowy medal mistrzostw świata w Meksyku.

 

Zadecydowała zmiana partnera?

- Trenera. W 1994 roku stery reprezentacji kajakowej objął Iwan Klemientiew i zrobił z nas zawodników. To legenda światowego kajakarstwa, pięciokrotny mistrz świata, zdobywca trzech medali olimpijskich, w tym złota w Seulu, a do tego znakomity trener, co nie zawsze jest regułą w przypadku byłych zawodników. Z kajakarzy, którzy na zawodach ocierali się o miejsca 7-8, w krótkim czasie zrobił z nas medalistów mistrzostw świata. Mało brakowało a z Meksyku wrócilibyśmy zresztą ze srebrem. Przede wszystkim jednak rozbudził nasze nadzieje w kontekście igrzysk w Atlancie, które miały odbyć się dwa lata później.

 

W USA poszło nie lepiej niż w Hiszpanii.

- Bo po zakończeniu sezonu 1994  Klemientiew zrezygnował z prowadzenia naszej reprezentacji. Władze związku nie spełniły tego, co wcześniej mu obiecały. Doszło do zmiany trenera, przez którą omal nie straciliśmy z Tomkiem Goliszem olimpijskiego występu.

 

Sezon 1995 był dużo słabszy?

- Najgorszy w mojej karierze. Jechaliśmy na mistrzostwa świata w 1995 roku jako brązowi medaliści sprzed roku i faworyci do złota. Tymczasem nie zdołaliśmy nawet wejść do finału A. Nasz występ był katastrofą. Najgorsze, że nikt nie wyciągnął z niego wniosków. Trener nie tylko został, ale nie dokonał żadnych zmian w cyklu przygotowawczym. Trenowaliśmy tak samo jak rok wcześniej i efekty były podobne. Sęk w tym, że 1996 rok był rokiem olimpijskim. O ile do Barcelony jechałem po naukę, w Atlancie liczyłem na więcej.

 

Na medal?

- Miałem do tego prawo. Skoro razem z Tomkiem zdobyliśmy brązowe medale mistrzostw świata, to znaczy, że należeliśmy do światowej czołówki i mieliśmy predyspozycje, by powalczyć na igrzyskach. Tak jak jednak mówiłem, bez odpowiedniego trenera nie ma szansy na sukces.

 

Może zostać to odebrane jako brak autorefleksji i próbę zrzucenia winy na kogoś innego.

- Kibice widzą w telewizji nie działaczy i trenera, lecz sportowców, którzy nie spełniają oczekiwań. Sukces ma wielu ojców, porażka to rzecz dotycząca wyłącznie sportowca. To teoria. W praktyce wygląda to inaczej. Człowiek, który znajduje się w systemie nie ma za wiele do powiedzenia. A ja byłem wychowany przez system i robiłem to, co kazał trener. Nie ma tu miejsce na życzenia i interpretacje. Jako zawodnik musiałem wykonywać polecenia, słuchać trenera i bezgranicznie mu wierzyć. Dlatego twierdzę, że połowa sukcesu to dobry trener. Klemientiew miał zarys planu, ale tworzył cykle treningowe z miesiąca na miesiąc. Widział jak się czujemy. Gdy byliśmy zmęczeni, odpuszczał. Robił nam biegi, kazał grać w piłkę, żebyśmy odetchnęli. Nie wszyscy tak do tego podchodzili.

 

Nie reagowaliście, widząc, że

sprawy idą w złym kierunku?

- Na tym poziomie nie jest tak, że podczas treningów czujesz, że dzieje się coś złego. Po tylu latach ćwiczeń ciała olimpijczyków są wytrenowane. Nawet, gdy bolą nogi, zrzuca się to na karb przygotowań, wierząc, że podczas imprezy docelowej przyjdzie świeżość.

 

Jadąc na igrzyska do Atlanty nie czuliście, że coś jest nie tak?

- To okazało się dopiero na miejscu, podczas zawodów. Już w trakcie eliminacji zauważyliśmy z Tomkiem, że jesteśmy gorsi od rywali pod względem technicznym i fizycznym. Wydawało się nam, że jest dobrze. Dopiero w wodzie wyszło, że coś nie gra. Że świat nam odpłynął.

 

Weszliście do półfinału, ale do finału zabrakło bardzo dużo.

- Kibic widzi, że zawodnik jest bez formy i myśli sobie, że nie trenował dostatecznie mocno. Z Tomkiem trenowaliśmy równie ciężko, co w 1994 roku, a mało brakowało, że nie pojechalibyśmy do Atlanty. Należeliśmy do międzynarodowej czołówki, więc świat kajakarski przecierał oczy widząc nasze wyniki, pytając, jak to możliwe, że zajęliśmy trzecie miejsce na świecie, a rok i dwa lata później nie weszliśmy nawet do finału? Zapomnieliśmy jak się pływa?

 

Rozgoryczenie musiało być wielkie.

- Na tyle duże, że zakończyłem karierę.

 

Z własnej inicjatywy, czy pod wpływem związkowych działaczy?

- Po Atlancie nie odbyły się żadne spotkania. Nie podjęto też żadnej próby wyjaśnienia co poszło nie tak. To był temat tabu. Gdy zrezygnowałem ze sportu, nikt ze związku nie odbył ze mną rozmowy. Wypluł mnie system, który prowadził mnie przez 15 lat. Była postać i postać umarła.

 

PIENIĄDZE

Miałeś 24 lata. Nie myślałeś, by spróbować jeszcze w Sydney?

- Nie mogłem sobie na to pozwolić.

 

Chodziło o dumę, czy pieniądze?

- O kwestiach finansowych nie ma sensu rozmawiać, bo z kajakarstwa nie było żadnych pieniędzy. Gażą za dwa medale mistrzostw świata juniorów był dyplom, kwiaty i kryształowy puchar. Wtedy to się jednak nie liczyło. Jeśli ktoś zdobywa medale na takiej imprezie, to wykazuje potencjał i działacze rozkładali nad jego głową parasol ochronny. Miałem zapewnione warunki do rozwoju: zaplecze na wysokim poziomie, zapewniony sprzęt, posiłki, hotele. Tu system się sprawdzał. Dopóki jesteś członkiem kadry narodowej, wszystko jest dobrze.

 

Byłeś jednak nie tylko medalistą mistrzostw świata juniorów. Zdobyłeś medal na seniorskiej imprezie. Nie przysługiwała za to nagroda od ministra sportu?

- Przysługiwała. Za medal z 1994 roku dostałem od ministra… 500 złotych. Jadąc do Warszawy nie wiedziałem, jaką kwotę otrzymam. Liczyłem, że będzie dużo wyższa, więc kupiłem bilet na pociąg w pierwszej klasie, a z dworca do ministerstwa pojechałem taksówką. Uznałem, że zasługuję na odrobinę luksusu.

 

Ile zostało, po odliczeniu kosztów?

- 300 złotych. Zostało mi tylko na jakieś rachunki. Wtedy w mojej głowie zapaliła się lampka. Zapytałem siebie, co ja tutaj robię. Przy sporcie trzymała mnie tylko perspektywa igrzysk w Atlancie, chęć zdobycia medalu.

 

Dwadzieścia dwa lata to jednak nie wiek, by kończyć karierę.

- Czasy były inne. Miałem 22 lata, ale byłem już mężem i musiałem utrzymać dwójkę dzieci. W owym czasie moje stypendium wynosiło 1500-2000 złotych, gdzie piłkarze z Pogoni Szczecin otrzymywali miesięcznie 40 tys. Rozumiem, że piłka jest dużo bardziej popularna, niż kajakarstwo. Chcę jednak pokazać, że nawet najlepsi w Polsce, w mniejszych dyscyplinach nie mogli wyjść na prostą.

 

Wasze pokolenie miało tego pecha, że nie mogliście skorzystać z uroków fikcyjnego etatu.

- Sportowiec w czasach PRL może nie miał wiele pieniędzy, ale miał zapewniony byt, mieszkanie, stałą wypłatę. Dostawał fikcyjne zatrudnienie w przedsiębiorstwie, które opiekowało się klubem i nie musiał martwić się o utrzymanie rodziny. W latach 90. nie można było liczyć na takie luksusy. Nie w biednym Wiskordzie. W latach 70-80. zakład ten dbał o sportowców, ale po zmianie ustroju nie miał podobnych możliwości.

 

Na początku lat 90. bardzo dobrze radziła sobie za to elektrownia Dolna Odra. Nie było chęci pomocy z rodzinnego miasta?

- Jedyną osobą, która w owym czasie wyciągnęła do mnie rękę w naszym mieście był Wojciech Długoborski. Był burmistrzem, gdy przyszedłem do niego i przyznałem, że nie mam gdzie mieszkać. Razem z żoną i córkami zajmowaliśmy pokój w mieszkaniu mojej babci. Pan Długoborski wysłuchał mnie i załatwił lokum zastępcze. Inni odmawiali, uśmiechali się, że olimpijczyk prosi o jałmużnę. A nie prosiłbym o pomoc, gdyby nie wymagała tego sytuacja.

 

To było po Atlancie?

- Dwa lata wcześniej, po mistrzostwach świata w Meksyku. Sądziłem, że ten sukces zmieni moje życie, ale wszystko pozostało po staremu. Dlatego, gdy odpadliśmy w półfinale igrzysk w Atlancie, zakończyłem przygodę ze sportem. Zadziałała matematyka. Bez miejsca w finale A nie mogliśmy liczyć na stypendium sportowe. W tamtych czasach nie organizowano jeszcze Mistrzostw Europy, więc nie istniała dodatkowa opcja na otrzymanie pieniędzy. Tymczasem miałem zadłużone mieszkanie i kilka innych rachunków do opłacenia. Odprowadzałem córki do przedszkola. Na drzwiach wisiała czarna lista dłużników, na niej moje nazwisko. A Gryfino to przecież małe miasto, gdzie każdy każdego zna.

 

Drugie oblicze sportu.

- Takie, o którym często się nie mówi. W latach 90., jeśli nie było się piłkarzem, czy tenisistą, to po karierze zostawało się z niczym. Ja i wielu moich kolegów zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Nie mogłem się odnaleźć. Nie wiedziałem, jak mam zarabiać pieniądze. Przez piętnaście lat wykonywałem polecenia. Kazali jechać na obóz, to pakowałem się i jechałem. Trenowałem trzy razy dziennie, jadłem wtedy, kiedy podawali posiłek, chodziłem spać o 22.00.

 

Trudno przestawić się z takiego cyklu po zakończeniu kariery?

- Nie da się tego zrobić. Miałem rozregulowany organizm. Nie byłem już zawodnikiem, ale cały czas budziłem się o 6.00. Mój organizm był tak zaprogramowany, że o godzinie 13.00 jadłem obiad, a po nim następowała drzemka. Byłem całkowicie podłączony pod system kadry narodowej.

 

Jak w szkole, gdzie dziecko prowadzone jest za rękę, aż następuje dorosłość.

- To coś bardzo podobnego. Tyle że nawyki sportowca bardziej przypominają nawyki żołnierza. Do tej pory o pewnych porach dnia robię się senny.

 

Czyli siłą rzeczy, po Atlancie i tak musiałeś zostać w treningu?

- Nie. Obraziłem się na życie i na sport. Przez 10-12 lat nie robiłem zupełnie nic, nie odbyłem ani jednego treningu. Aż zacząłem mieć problemy zdrowotne i siłą rzeczy musiałem zacząć się ruszać.

 

Ciało nie domagało się treningu?

- Domagało, ale były inne priorytety. Musiałem znaleźć pracę i zacząć zarabiać. Problem leżał w tym, że potrafiłem tylko trenować. Na niczym innym się nie znałem. Miałem 24 lata i zaczynałem od zera. Jeszcze niedawno startowałem na igrzyskach, a teraz pukałem od drzwi do drzwi, szukając jakiejkolwiek pracy. Długo bez efektu, bo kto zatrudni człowieka, który nic nie umie?

 

Rzeczywiście, można obrazić się na sport.

- Można. Wielu moich kolegów nie poradziło sobie z tą sytuacją. Lata 90. były czasem kryzysu gospodarczego. Naprawdę było ciężko, ale wtedy znalazła się druga osoba, która wyciągnęła do mnie rękę. To pani Wanda Konieczna. Jej firma Teksal działała na terenie Wiskordu. Zatrudniła mnie w fabryce, gdzie pracowałem fizycznie na najniższym stanowisku. Musiałem schować dumę do kieszeni, bo dzięki temu miałem ubezpieczenie i pieniądze na życie. Byłem wdzięczny pani Wandzie. Dzięki niej stanąłem na nogi i z czasem mogłem wyjść na prostą.

 

POWRÓT DO SPORTU

Sport uczy jednak pewnych zachowań. Systematyczności, dążenia do celu, co jest pomocne w prawdziwym życiu.

- To prawda. Musiałem jednak mieć pewien punkt zaczepienia.

Przeprogramować swoje życie, nauczyć się nowych rzeczy. Miałem dużo szczęścia. Nie każdy z kolegów może powiedzieć to samo. Wielu nie ma już zresztą na świecie.

 

Po latach wróciłeś do sportu.

- Ćwiczyłem sam do siebie, dla poprawy zdrowia i samopoczucia.  Kilka lat temu znalazłem nową formę sportowej rywalizacji. Razem z kolegami ścigam się na smoczych łodziach. Nawet z sukcesami. Dwa lata temu zostałem nawet mistrzem świata w kategorii +40 w łodziach dziesięcioosobowych.

 

Wróciły stare nawyki? Poświęcenie, dieta?

- Dziś podchodzę do sportu spokojniej. To zupełna zabawa, dla zdrowia. Trenuję, gdy mam czas.

 

Ile razy w tygodniu?

- Cztery.

 

Sporo!

- Czy ja wiem… Nie jest to taka intensywność, jak w czasach olimpijskich. Sport nie jest już jedynym zajęciem.

 

Obowiązki pozwolą ci na śledzenie igrzysk w Tokio?

- Szczerze mówiąc, nie zamierzam.

 

Nawet rywalizacji kajakarskiej?

- Nie śledzę jej od 25 lat. Już nie jestem obrażony na sport, ale moje zainteresowani kajakarstwem po 1996 roku kompletnie umarło.

 

A innymi dyscyplinami?

- Lubię lekkoatletykę, a zwłaszcza bieg na 100 metrów. Gdy jest jakaś świetnie zapowiadana walka bokserska, potrafię nie spać pół nocy, by ją obejrzeć. Ale kajaków nie oglądam.

 

Znam sportowców, którzy po karierze oddali, a nawet wyrzucili sportowe pamiątki na śmietnik.

- Ja zachowałem wszystko. Trzymam w domu wszystkie medale, puchary i dyplomy. Mam też album z wycinkami z gazet, które prowadziła moja żona. Zachowałem też garnitury olimpijskie.

 

Czyli pozostał jeszcze sentyment.

- Cały czas mam sentyment do dawnych czasów. Po prostu musiałem zamknąć pewien rozdział. Przejść ze świata fikcji do prawdziwego życia. Medale to pamiątka. A garnitury trzymam, by kiedyś przekazać je na jakąś aukcję charytatywną.

 

Jeśli chodzi o twój rozrachunek z igrzyskami…

- Wychodzi na to, że byli lepsi. Miejsca na podium są tylko trzy, a chętnych kilkudziesięciu. Ktoś musi przegrać. Wielu sportowców mówi, że zmieniłoby medale mistrzostw świata na igrzyska. Ja również, chociaż trudno mi powiedzieć, co cenię bardziej: medal MŚ, czy start na IO. Igrzyska stanowią całą ideę sportu. Wielu mistrzów globu nie mogło w nich wystartować. Dlatego doceniam, to co osiągnąłem.

 

Rozmawiał: Grzegorz Racinowski

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/07/2024 15:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama