Reklama

Krzysztof Rozpara (1994-2023): tragiczna śmierć młodego piłkarzaMarcin Zaremba (1978-2023): wspomnienie o wielkim miłośniku sportuMarian Rostkowski (1927-2023): najstarszy szewc w PolsceKazimiera Dalidowicz (1942-2023): dyrektorka biblioteki i działaczka społecznaKazimierz Kędziora (1947-2023): czło

Podczas minionych dwunastu miesięcy odeszło wielu mieszkańców regionu. W tym artykule przypominamy ich sylwetki oraz dokonania

Krzysztof Rozpara (1994-2023)

W Lubanowie do dziś nie mogą pogodzić się z nagłą i tragiczną śmiercią Krzyśka. Przyjaciele wspominają jego „uśmiechniętą gębę”, „roześmiane oczy” i „kocie ruchy”, które wykorzystywał nie tylko na parkiecie (był świetnym tancerzem), ale również na boisku. Był piłkarzem Czarnych Lubanowo, ostoją defensywy zespołu. Obrońcą bardzo zaciętym.

- Na murawie nie odpuszczał, zwłaszcza, gdy ktoś z rywali zaszedł mu za skórę. Był charakterny, można było na niego liczyć – oceniali koledzy z boiska, dodając, że czuli się pewni mając „Bombla” za swoimi plecami. Tak mówiła na niego mama, później ksywkę przejęli wszyscy w małej społeczności. Odszedł 1 stycznia. Osierocił dwójkę dzieci.

Reklama

 

Marcin Zaremba (1978-2023)

Jego śmierć wstrząsnęła wieloma mieszkańcami miasta. Odszedł siedem dni po ukochanej mamie, której śmierć bardzo przeżył.

- Marcin, byłeś jednym z nas. Byłeś wielkim miłośnikiem tego sportu. Kochałeś trenować na siłowni ,ale też dałeś się w końcu namówić na rozciąganie swoich wielkich mięśni. Trenowałeś prawie codziennie. To było Twoje życie. Twoje godziny treningu to były godziny wieczorne i tak jak piszemy tego posta, byłbyś teraz na treningu... zawsze byłeś. Dzięki Twojej pomocy powstała nowa cześć klubu. Zawsze już będziesz częścią tego miejsca. Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach i pamięci – napisało The Body, gdzie ćwiczył i pracował.

Reklama

Zmarł 9 stycznia w wieku 45 lat.

 

Marian Rostkowski (1927-2023)

Reportaże o nim tworzyły nie tylko media z regionu, tytułując 96-latka najstarszym szewcem w Polsce. Po ucieczce z Wołynia zamieszkał w Mieszkowicach, gdzie wyuczył się na szewca i uprawiał zawód nieprzerwanie od 1952 r. Najpierw w spółdzielni, zaś od 1958 r. we własnym zakładzie, przy samym rynku.

- Był Zasłużonym dla Gminy". Jako Radny kilku kadencji zawsze skory do pomocy, której nikomu nie odmawiał. Człowiek renesansu: „najstarszy szewc w Polsce”, działacz sportowy i społeczny, honorowy członek PZW. Człowiek otwarty, pełen pasji, cieszący się szacunkiem i uznaniem wśród wszystkich mieszkańców gminy - napisały we wspomnieniu władze Mieszkowic.

Reklama

 

Kazimiera Dalidowicz (1942-2023)

Wielkopolanka z Kiedrowa, która do Gryfina przyjechała z rodzicami w 1947 r. Skończyła tu liceum, a od 1961 r. rozpoczęła pracę jako instruktor w Bibliotece Publicznej. Od 1979 r. pełniła funkcję dyrektorki, a następnie przez wiele lat wicedyrektorki placówki. Wielokrotnie odznaczana, w tym Złotym Krzyżem Zasługi (1985). Należała do Związku Zawodowego Pracowników Kultury i Sztuki, NSZZ Solidarność, Towarzystwa Wiedzy Powszechnej i Ligi Kobiet. Jej pasją było m.in. ogrodnictwo.

Reklama

- Była osobą wrażliwą, pomocną, dobrą koleżanką i człowiekiem. Miała ogromną wiedzę o zawodzie i humanistyce w ogóle. Oddana żona, mama i babcia – mówią jej koledzy i koleżanki z pracy.

 

Kazimierz Kędziora (1947-2023)

Był chłopakiem z Pniewa, gdzie spędził życie. Miał kilka fachów, z czego korzystała cała społeczność.

- Z wielkim poświęceniem i miłością służył swojej rodzinie i najbliższym, ale również mieszkańcom Pniewa. Służył innym dobrym słowem, radą, sercem i czynem. Szczególnie ukochał parafialny kościół w Pniewie – wspominali bliscy. W 1990 r. został radnym gminy. Był współzałożycielem Błękitu Pniewo, jego skarbnikiem i wiceprezesem ds. organizacyjnych.

Reklama

- Zawsze był bardzo pracowity i sumienny. Własnoręcznie wykonał m.in. piłkochwyty i prysznice. Gdy coś się zepsuło, przychodził i naprawiał. Wszyscy go bardzo ceniliśmy i szanowaliśmy – powiedział ówczesny prezes.

 

Olga Pytlik (1922-2023)

Żyła aż 101 lat i przeżyła bardzo wiele. Również trudnych chwil. Urodziła się w miejscowości Równe, która przed wojną znajdowała się w granicach woj. wołyńskiego. Na własne oczy widziała zbrodnie zarówno nazistowskie, jak i ukraińskie. W naszym regionie najpierw zamieszkała w Sosnowie (gm. Banie) a później w Żabnicy, gdzie założyła rodzinę. Gdy jej mąż zginął tragicznie, sama musiała wychować piątkę dzieci, przez dwadzieścia lat łącząc to z codzienną pracą w Fabryce Suchej Destylacji Drewna w Żabnicy.

Reklama

Pod koniec życia mieszkała w Gryfinie, gdzie miała spokojną starość. Długowieczność zawdzięczała zdrowej diecie. Lubiła jeść owsiankę, ryby, jabłka.

 

Czesław Walter (1947-2023)

W historii regionu zapisał się ze względu na swoją działalność sportową. Był wychowankiem Polonii Gryfino. Bramkarzem, który po kilku latach przeniósł się do Odrzanki Radziszewo. Był jej zawodnikiem przez pięć sezonów, na przełomie lat 60 i 70. XX w.

- Ile on serca oddawał. Był bardzo zawzięty. Robił wszystko, by nie dopuścić do straty gola – wspominał Zenon Trzepacz,

Reklama

Sympatyzował z klubem nawet po zakończeniu kariery. Na emeryturze (pracował na kolei) regularnie przyjeżdżał z Gryfina na stadion w Daleszewie.

- Był na każdym meczu. Nie opuszczał żadnego, aż nagle przestał przyjeżdżać i w maju okazało się dlaczego. Był fajnym kolegą – powiedział Jan Kamiński.

 

Mirosław Wilczek (1954-2023)

Był żołnierzem, pracownikiem elektrowni i związkowcem. W pierwszej roli spędził pół roku na misji pokojowej ONZ w Egipcie. Podczas II zmiany (od czerwca do grudnia 1976 r.) trafił tam jako kierowca do plutonu pralni wodnej oraz chemicznej.

Reklama

- Za zadanie miałem dopilnować, żeby sprzęt pracował. Pralnia miała być sprawna, musiałem nad tym sprawować pieczę. Zdarzały się też inne obowiązki  – wspominał po latach.

Po powrocie został pracownikiem Dolna Odra i członkiem związku zawodowego Ruchu Ciągłego.

- Był bardzo dobrym kolegą i aktywnym działaczem naszego związku. Do tego fachowcem najwyższej pracy. W Dolnej Odrze pracował jako elektryk blokowy – wspominał kolega Jerzy Pęciak.

 

Róża Kraska (2022-2023)

Życie Róży było krótkie i nacechowane cierpieniem. Nie przyszła na świat chora. Diagnoza przyszła dopiero po 6-7 tygodniach od narodzin. U Róży stwierdzono wodogłowie. Podczas rezonansu okazało się, że powodują je „dwa guzy w jednym”: złośliwy gwiaździak i wysiółczak. Leczenie nie przynosiło skutków, a guz stale się rozrastał. W zbiórkę na rzecz leczenia Róży zaangażowało się wielu mieszkańców regionu. Jej bliscy wierzyli w powodzenie tej walki. Z czasem sytuacja stawała się coraz poważniejsza.

Reklama

- Jestem załamana... Nie wiem już co robić i gdzie szukać pomocy. Stan Róży jest tak krytyczny, że szpitale za granicami odmawiają nam wsparcia – mówiła jej mama.

Róża zmarła 25 maja.

 

Bogusław Leczyk (1934-2023)

Do Żabnicy przyjechał 5 czerwca 1946 roku, jako 12-letni chłopiec. Pochodził z Hajówki na Podlasiu, skąd jego ojciec przybył tu na rozruch żabnickiej fabryki, a następnie ściągnął całą rodzinę. Po skończeniu szkoły Bogusław zaczął pracę w POM. Po epizodzie w Służbie Polsce i WOP zatrudnił się w Zakładzie Suchej Destylacji Drewna, a później przez 15 lat, jako marynarz pływał po świecie. W regionie znany był przede wszystkim jako… Św. Mikołaj, w którego rolę wcielał się przy okazji Bożego Narodzenia. Działo się tak za sprawą charakterystycznej siwej brody, nasuwającej jednoznaczne skojarzenia, ale również jego charakteru. Był bardzo wrażliwy i empatyczny. Rodzina i sąsiedzi nazywali go dobrym człowiekiem.

Reklama

 

Włodzimierz Świderski (1940-2023)

- Z wołyniaka z urodzenia stałem się gryfiniakiem z wyboru – opowiadał o tym, jak w 1969 r. zamieszkał w naszym mieście. Był fanatykiem historii. Nazywaliśmy go „Szlachcicem z ul. 1 Maja”, bo badania własnych korzeni doprowadziły go do informacji, że jego przodkowie legitymowali się herbem Lubicz. Wydał łącznie kilkanaście książek, w tym wspomnienia własne i ojca oraz niezliczoną liczbę wierszy.

-  Swoją przygodę ze słowem pisanym rozpoczął po przejściu na emeryturę w 1990 roku. W prezentowanych wierszach zabiera nas w podróż przez całe swoje życie, od rodzinnego Wołynia, przez czasy szkolne, które przeżył w Sarbii w Wielkopolsce, kończąc na życiu w Gryfinie – pisaliśmy.

 

Piotr Kołodziejczyk (1982-2023)

Strażak z OSP Żelisławiec, który przez lekarzy nazywany był medycznym ewenementem.

- Żyje z nowotworem złośliwym jelita grubego od trzech lat. Żadnej z osób, które zaczynały z nim leczenie nie ma już na świecie, a Piotrek przyjął... 50 dawek chemioterapii. Cały czas chodzi, jest aktywny. Ma ogromną wolę przetrwania – mówili koledzy. Jak dodawali, miał dla kogo żyć i walczyć. Jego oczkiem w głowie była 11-letnia córka Zuza. Gdy zmarł, płakała cała gmina.

- Był dla nas kimś niezwykle ważnym i jest nam trudno pogodzić się z jego śmiercią… Piotrze dzielnie walczyłeś do końca, teraz już odpoczywaj w spokoju. Niebo chciało mieć cię bliżej - napisało OSP Żelisławiec.

 

Robert Szumowski (1965-2023)

Na świat przyszedł 25 sierpnia 1965 roku. Pochodził ze Świnoujścia, czym tłumaczył „wodne” zamiłowania i pasje.

Święcenia przyjął 24 czerwca 1990 r. w Szczecinie. W lipcu 1991 r. rozpoczął posługę w parafii pw. NSM w Gryfinie. W naszym mieście przebywał przez dwa lata. Na stałe osiadł na południu województwa, gdzie przez 10 lat był proboszczem w Cychrach, a kolejnych 12 w Dębnie. Bohater filmu „Tylko powiedz każdemu”. Jego ciało znaleziono w lesie. Zmarł podczas jazdy rowerem.

Parafianie z całego województwa wspominają go jako księdza od gitary na plecach, śpiewania, ognisk parafialnych, jazdy na rowerze i motocyklu i że nie był głuchy na potrzeby innych ludzi.

 

Jadwiga Wełpa (1934-2023)

W Widuchowej nazywano ją „panią babcią”, bo nigdy nie odmówiła nikomu pomocy. Mówili również, że była historią miasteczka, jedną z najbardziej znanych mieszkanek. Z rodziną pojawiła się w nim w 1961 r. Pracowała razem z mężem w GS-ie, później została kierowniczką Gminnego Domu Kultury, a w 1973 roku objęła stanowisko sekretarza gminy Widuchowa. Pełniła tę funkcję przez ponad osiemnaście lat.

- Mama była bardzo silną i zaradną kobietą. Pracowała, prowadziła dom i wychowywała trójkę dzieci, a mimo to znalazła czas na naukę i ukończyła studia historyczne. Nie zaniedbywała żadnego z obowiązków – wspomina córka, która opiekowała się mamą w ostatnich miesiącach życia.

 

Teresa Grzybińska (1963-2023)

Była nauczycielką języka niemieckiego i geografii. Pracowała w I LO w Gryfinie, szkole, do której sama chodziła jako uczennica. Odeszła nagle, niespełna miesiąc po diagnozie.

- Niedawno poszła na emeryturę, cieszyła się z niej, miała plany – mówili koledzy z pracy, żegnając ją w emocjonalny sposób.

- Zapamiętamy cię jako człowieka życzliwego, mądrego, cierpliwego, nienarzucającego poglądów, szanującego innych i ich uczucia. Prawdziwą nauczycielką i wychowawczynią. Nie szukałaś poklasku, cierpliwie, jak rzeźbiarz, kształtowałaś swoich uczniów, wprowadzając ich w świat nauki

Szanowałaś i ceniłaś innych. Wydobywałaś z nich to, co dobre i piękne – powiedzieli na pogrzebie.

 

Marcin Jangas (1977-2023)

Jeden z najbogatszych gryfinian.

Był znany nie tylko ze swojej działalności zawodowej. Mowa wszak o przedsiębiorcy, który prowadził popularną stację paliw oraz posiadał dużą flotą pojazdów przeznaczonych do transportu ludzi. Szeroko komentowano też jego przeszłość i ekstrawagancki styl życia, w tym drogie samochody, które były jego oczkiem w głowie. Bez echa nie przeszła też jego przedwczesna śmierć. Pisały o niej krajowe media, włącznie z Faktem i TVN. 9 lipca, około godz. 7.00,

podczas przejażdżki po weselu wjechał swoim Manhart Audi RS Q8, autem wartym 1,5 mln zł., w budynek mieszkalny w Dolicach.

Reanimacja nie przyniosła skutku. Zginął pięć dni po 46 urodzinach.

Osierocił trójkę dzieci.

 

Edmund Radke (1929-2023)

Pionier Bań, gdzie przybył w 1946 r. z siostrą i matką z łódzkich Podębic. W 1950 r. ściągnął tu z Sandomierza 17-letnią Leokadię, która została jego żoną, o czym pisaliśmy z okazji Diamentowych Godów. Doczekali się sześciorga dzieci. Pracował jako doręczyciel pocztowy, codziennie jeżdżąc po okolicy motorami, które były jego największą pasją. Miał SHL i WSK, samochód kupił dopiero w 1972 r. W wolne dni zabierał bliskich na przejażdżki, wspominał  wypad z żoną do Sandomierza. Pochodził z rodziny leśników i sam kochał przyrodę. Oglądał o niej filmy w telewizji, bądź obserwował ptaki przez lornetkę w ogrodzie. (też trasy samolotów). Lubił strzelać z wiatrówki i chwalił się „celnym okiem”.

 

Mikołaj Korsak (1923-2023)

Stulatek z Górnego Tarasu, który w Gryfinie spędził jednak tylko 9 lat życia. Pochodził z terenów dzisiejszej Białorusi. Był na zsyłce, a później, dwukrotnie ranny, przeszedł cały szlak bojowy. Jako żołnierz doszedł do Drezna i Berlina. W 1947 r. (po akcji w Bieszczadach) został zdemobilizowany i trafił do woj. gorzowskiego, gdzie założył rodzinę. Z żoną doczekali się dwóch córek. Przez czterdzieści lat zamieszkiwali ziemię wolińską. Był kowalem w zakładach drobiarskich. Do Gryfina trafił w 2014 r. z córką Zenoną.

- Tata świetnie wygląda, ale gorzej z pamięcią. Ożywia się tylko wtedy, gdy mowa o wojnie – usłyszeliśmy podczas jego urodzin.

Odszedł pięć miesięcy później.

 

Bartosz Łapiński (1983-2023)

Pochodził w piłkarskiej rodziny w Widuchowej. Grał nie tylko jego ojciec, ale również trzech braci. Wypatrzony na zawodach szkolnych trafił do Energetyka Gryfino, słynnego rocznika 1983 Marka Blumki. Później przez wiele lat grał w zespole seniorów. Tylko w lidze rozegrał 111 meczów strzelając 16 goli. Reprezentował również barwy innych klubów z regionu: Łabędzia Widuchowa, Odry Chojna, czy FC Schwedt, gdzie swego czasu występowała cała czwórka braci. Zginął tragicznie. 31 lipca rodzina zgłosiła jego zaginięcie. W akcję poszukiwawczą zaangażowane były służby z całego powiatu. 2 sierpnia odnaleziono ciało Bartka w gęstym lesie, zaledwie 400 metrów od miejsca zamieszkania.

 

Leopold Kemmling (1954-2023)

Rodowity gryfinianin. Po studiach Komendant ZHP w Gryfinie, a od 1981 r. dyrektor Biblioteki Publicznej. Funkcję pełnił przez 27 lat, doprowadzając m.in. do gruntownej przebudowy budynku. Był też naczelnikiem Wydziału Spraw Społecznych w UMiG, zaś w latach 1990-98 radnym.

- Niestrudzony pomysłodawca działań promujących kulturę i historię regionu: organizował wystawy poświęcone zabytkom Pomorza Zachodniego, zainicjował współpracę polsko-niemiecką, kolekcjonował pamiątki, które pragnął udostępnić jak największemu kręgowi odbiorców. Marzył o rozbudowie biblioteki i o powstaniu Muzeum Regionalnego – wspomnieli go koledzy. W ostatnich latach życia zmagał się z bezdomnością i alkoholizmem.

 

Piotr Wojtiuk (1982-2023)

W mieście był znany m.in. ze swojej postury i groźnej ksywy „Maszyna”. Jak mówią jego bliscy, była to jedynie fasada.

- Mimo że był postawny i sprawiał wrażenie groźnego, to był bardzo wrażliwy. Nigdy nie pozwolił zrobić krzywdy słabszemu, zawsze stawał w obronie innych. Był lubiany przez wszystkich. Nie dawał po sobie poznać, że ma jakiś problem, wszystko trzymał w sobie – mówi jego żona Ola.

Miłości do piłki nożnej i kochanej Pogoni Szczecin zaraził syna oraz dwie córki, nie tylko zabierając ich na mecze, ale również zapisując do jednego z miejscowych klubów.

- Pogrzeb miał taki jak chciał. W dresie Pogoni i w szaliku z kibicowską oprawą. Racami i hymnem Pogoni – mówi żona.

 

Stanisław Zając (1935-2023)

Pochodził z Nastasowa w powiecie lwowskim. W 1940 r. wywieziony z rodziną na Syberię. W 1946 r. zamieszkał we wsi Daleszewo. Był kinooperatorem w kinie w Radziszewie, które mieściło się w sali gimnastycznej. Był też twórcą kina objazdowego. Po 21 latach został zatrudniony na stanowisku kierownika kółka rolniczego. W 1964 r. został sołtysem wsi, pełniąc tę funkcję do 2003 r. 39 lat jest rekordem w gminie Gryfino.  Od 1954 r. związany był z Odrzanką Radziszewo, pełniąc w niej m.in. funkcje kierownika sekcji piłki, skarbnika i przewodniczącego. Kiedy w 1974 r. zespół stracił poniemiecki stadion, był w grupie, która uzyskała nowe boisko. Odrzanka do dziś rozgrywa tam mecze.

 

Janina Jarocka (1934-2023)

Zmarła dwa tygodnie po artykule, w którym opowiadała na naszych łamach o swoim życiu. Miała 11 lat, gdy razem z rodzicami przyjechała do Gryfina z Kałusza. O tym, że wysiedli z pociągu zadecydował ksiądz Palica. W naszym mieście skończyła szkoły i podjęła pracę na poczcie, gdzie w 1954 r. poznała Stefana Jarockiego. Pół roku później wzięli ślub. Małżeństwem byli przez 69 lat, doczekali się czwórki dzieci. Wspólnie pracowali w GS „Samopomoc Chłopska”, gdzie Janina była zatrudniona przez 18 lat, a Stefan przez sześć lat pełnił funkcję wiceprezesa. Zmarła nagle, krótko po swoich 89 urodzinach. Rodzina nie miała wątpliwości, że z tęsknoty po mężu zmarłym trzy miesiące wcześniej.

 

Kazimierz Dulak (1932-2023)

Był pionierem Chwarstnicy, do której przyjechał z dziadkami we wrześniu 1945 r. z Tłumacza.

 Jego rodzice i siostra wyjechali przed wojną do Argentyny, gdzie kontakt z nimi się urwał.

- Dostaliśmy tu trzy hektary ziemi. Niestety nie przywieźliśmy ze sobą praktycznie nic. Nie mieliśmy więc ani krowy, ani pieniędzy. Musieliśmy bardzo kombinować. Miałem 13 lat a dziadkowie byli po 60 – opowiadał na łamach książki „Pionierzy Gryfina”.

Przez całe życie mieszkał w tym samym domu. Po wyjściu z wojska, w 1956 r., wziął ślub z Marią. Doczekali się syna. Kazimierz pracował w Gryfinie.

- Przepracowałem na kolei 27 lat, w ruchu drogowym 38. I czego się dorobiłem? – pytał z żalem.

 

Henryk Siebert (1955-2023)

Przyjechał do Dębogóry w 1983 r., po studiach Wyższej Akademii Rolniczej, gdy dyrektor PGR szukał ludzi z otwartą głową i szerokimi horyzontami. Przyjechał z żoną, która była zootechniczką. Przez 15 lat był kierownikiem zakładu, a w latach 1990-2002 radnym gminy Widuchowa (przez dwie kadencje nawet jej przewodniczącym). W 2006 r. wystartował w wyborach na wójta, lecz nie został wybrany.

- Henryk był wymagający, ale sam też dawał z siebie wiele. Zawsze starał się widzieć człowieka. Jego mottem było: „Łączyć ludzi, a nie dzielić”. Był zacnym człowiekiem z zasadami, na którym można było polegać – ocenił jego bliski współpracownik Wacław Gołąb.

Zmarł po wieloletniej walce z chorobą nowotworową.

 

Jan Szostak (1951-2023)

Do naszego regionu ściągnęła go miłość. Pracując na budowie elektrowni poznał przyszłą żonę, z którą po 50 latach świętował Złote Gody. Zamieszkali w Gryfinie a od 1992 r. w Pniewie, gdzie po teściu odziedziczył fermę drobiu (wcześniej był kierownikiem kółek rolniczych). Bliscy opowiadają, że był zawsze uśmiechnięty i miał niesamowite poczucie humoru.

Pięknie śpiewał (w młodości nawet na festiwalach). Uwielbiam sport. Sam uprawiał piłkę nożną, grał z kolegami w siatkówkę. Jego pasją były też zwierzęta i jazda autem (niebieską toyotą). Przez ostatnie dwa lata żył z wyrokiem. Miał raka trzustki, której wycięcie przedłużyło mu życie o kilkanaście miesięcy. Aż pojawiły się przerzuty na wątrobę. Zmarł we wrześniu 2023 r.

 

Czesława Mikołajko (1922-2023)

Jej rodzina należała do pierwszych polskich osadników, którzy zamieszkali w Bartkowie. Stało się to już w marcu 1945 r. Wcześniej przebywali na III Rzeszy na robotach przymusowych, w momencie wywózki miała 11 lat.

- Po wojnie chcieliśmy wrócić do Będzina na Śląsk, ale wojsko nam nie pozwoliło tam jechać. Kazali osiedlić się w Bartkowie – mówiła.

W 1948 r. założyła własną rodzinę z Piotrem Mikołajko, którego rodzina przyjechała tutaj z Sybiru. Ślubu udzielił im ks. Jan Palica. Doczekali się ośmiorga dzieci, gromadki wnuków i prawnuków.

- W życiu spotkało mnie wiele złego, ale i dobrego. Warto było to wszystko przeżyć – mówiła na łamach „Pionierów Gryfina”, gdzie znajdują się jej wspomnienia.

 

Bogdan Łęczewski (1956-2023)

Przez 51 lat, czyli od momentu stworzenia Łabędzia Widuchowa, był związany z klubem. Jako zawodnik, działacz i organizator życia sportowego w miejscowości.

- Zawsze służył pomocą, przy pracach na stadionie, ale też w codziennym życiu naszych zespołów. Był na wszystkich meczach bez względu na to, czy odbywały się u siebie, czy na wyjeździe. O piłce mógł mówić godzinami, cenił walecznych piłkarzy  – mówił prezes klubu.

Przez ostatnie dwa lata nadzorował piłkarski rozwój wnuków, z którymi jeździł na wszystkie mecze i przeprowadzał treningi indywidualne. Gdy zachorował i nie mógł chodzić, żona przyprowadzała go na wózku na stadion. Ostatni mecz obejrzał trzy tygodnie przed śmiercią.

 

Roman Mosakowski (1948-2023)

Pochodził ze wsi Szczechowo na Mazowszu. Jego droga prowadziła przez Szczecin, gdzie uczył się w technikum przy ul. Racibora, a następnie, założył rodzinę i podjął studia. Z żoną Teresą i córką Wiolettą zamieszkał w Gryfinie w 1975 r. Zadecydowały kwestie mieszkaniowe. W stolicy województwa nie było widoków na własne cztery kąty, w odróżnieniu od Gryfina.

Pracował w szczecińskiej gazowni, z której został delegowany na kierownika gryfińskiej rozdzielni gazu. Na stanowisku tym zasiadał przez trzydzieści lat, do emerytury, na którą przeszedł w 2008 roku.

- Emeryturę spędził w Steklnie, gdzie przeniosła się nasza rodzina. Uwielbiał wędkowanie na jeziorze Wełtyń oraz grzybobranie w tutejszych lasach – mówią jego bliscy.

 

Jerzy Giernatowski (1950-2023)

Był synem legendarnego działacza gryfińskiego sportu, współtwórcy Polonii oraz prezesa LZS Gryfino. Wzorem ojca nie zauroczył się jednak kolarstwem, lecz ciężarami.

- Przy wzroście 160 cm ważyłem 52 kg, byłem cenny jako mucha – mówił, nawiązując do kategorii wagowej, w której wyrównał rekord Polski juniorów w wyciskaniu (75 kg, 90 kg jako dorosły) oraz zdobył srebro i brąz na mistrzostwach polskiej wsi. wojsku z jego usług korzystał Orzeł Łódź i Flota Gdynia, która występowała w najwyższej lidze. Żałował, że nie skorzystał z oferty z Polkowic, a wrócił do Gryfina, gdzie w elektrowni (jeździł w karetce), otrzymał mieszkanie.

- Trochę żałuję, bo nie zrobiłem takiej kariery jak mogłem – mówił.

 

Robert Janik (1970-2023)

Obudzić go chciało całe Gryfino. W śpiączce znalazł się w maju 2019 r., gdy doznał zawału ściany przednio-bocznej, a w wyniku zatrzymania krążenia doszło do niedotlenienia pnia mózgu. Zmarł 4,5 roku później, nie odzyskując już nigdy przytomności. Urodził się w Szczecinie, w Gryfinie zamieszkał w wieku 13 lat. Grał w zespołach młodzieżowych, a później w rezerwach Energetyka. Był też piłkarzem Czarnych Czarnówko, Polonii Gryfino oraz Wranglera w rozgrywkach GLHA.

- Na boisku waleczny, zawzięty, nigdy nie odstawiał nogi. Zawsze pełno było wokół niego ludzi. „Bocian” był prawdziwą duszą towarzystwa, jajcarzem. Przy nim cały czas coś się działo i było wesoło – mówili koledzy z boiska.

 

Krystyna Wysokińska (1935-2023)

Urodziła się na Kresach Hosnichich. W wieku 5 lat została wywieziona na Syberię. Po wojnie jej rodzina zamieszkała w Mieszkowicach. Od 1955 r., po skończeniu Liceum Pedagogicznego, uczyła dzieci w Boleszkowicach, Wysokiej, Dębnie. W podstawówkach, w domu dziecka, w bibliotece pedagogicznej, a w 1975 r., rozpoczęła pracę w Gryfinie. Do 2005 r. uczyła w klasach nauczania początkowego w SP 1, a później przeniosła się do ZS Specjalnych, gdzie była kierownikiem internatu.

- Pogodna, skromna, empatyczna, ale i wymagająca. Uczyła patrzeć sercem na świat, by już nigdy nie było głodu i cierpienia. Zawsze dostrzegała pozytywne aspekty życia, doszukiwała się dobra w drugim człowieku – mówi córka.

 

Roman Łopata (1951-2023)

- Twoja postawa, twoje podejście do życia, twoja solidność i smak czyniły cię osobą niezwykłą. Byłeś marką samą w sobie: elegancki, wyjątkowy, pewny siebie i pełen klasy – mówili w pożegnaniu bliscy, porównując zmarłego do Mercedesa. Przez piętnaście lat jeździł ciężarówką w Transbudzie, później został ślusarzem. Swój własny zakład otworzył w 1983 r. w sklepie „Maciek” (dziś Netto) na Górnym Tarasie. W 1992 r. przeniósł się na ulicę Chrobrego.

- Od najmłodszych lat lubiłem sobie „dłubać”, coś majsterkować, poprawiać, modernizować. Jestem zupełnym samoukiem, sam doszedłem do swoich umiejętności – opowiadał na naszych łamach.

Był mężem (obchodzili Złote Gody) i ojcem trójki dzieci.

 

Tadeusz Fabisiak (1968-2023)

Angażował się społecznie, pomagając niepełnosprawnym sportowcom. Został prezesem Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Gryf, wspierał R. Chilewską, gdy sięgała po paraolimpijskie medale.

Był pomysłodawcą i organizatorem wyścigów smoczych łodzi w Gryfinie. Jego zasługi doceniono w 2006 r., gdy dostał „Bociana”. Sam przez całe życie zmagał się z problemami zdrowotnymi. Błąd medyczny sprawił, że nie mógł normalnie chodzić, dodatkowo cierpiał na skrzywienie kręgosłupa.

- Był bardzo oczytany. Pochłaniał książki historyczne, interesował się też polityką, dyplomacją i psychologią.. Był bardzo uczciwym człowiekiem. Miał twarde zasady moralne – mówił nam jego najbliższy przyjaciel.

 

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama